niedziela, 27 grudnia 2015

Powrót do Warszawy: "Order" Marcina Jamiołkowskiego

Autor: Marcin Jamiołkowski
Tytuł: Order
Miejsce i rok wydania: Bydgoszcz 2015
Wydawca: Genius Creations

Święta, Święta i po Świętach. A ja mam stertę zaległości, z których pewnie do końca roku się nie wygrzebię – ale na pewno będę próbować! Niemniej, gdyby ktoś był ciekaw, Święta były szalenie przyjemne, a rzeczy, które nagotowałam/napiekłam/nasmażyłam, zapewne starczy do Sylwestra. Szczególnie polecam uszka i grzybową, bo wyszły stosunkowo epickie. No.

A do tematu, bo czas goni: Na Order Marcina Jamiołkowskiego czekałam w dość dużym napięciu. Pierwszy tom, Okup krwi, wciągnął mnie i kupił bez reszty. Czy tom drugi powtórzył ten sukces? Cóż. I tak, i nie.
Zacznę od zarzutów.
Po pierwsze więc, bohaterowie jakoś się rozmywają. Główny bohater jest coraz bardziej bohaterski, tracąc przy tym ten urok nowicjusza i spokojnego krawca, który miał w Okupie. Staje się herosem, który właściwie ani razu nie popada w realne tarapaty, gdzie bałabym się o jego los. Dodatkowo, jego towarzysze są mocno zredukowani. Zezel jeszcze parę razy staje się przydatny, ale Anna właściwie w tym tomie wydała mi się zaledwie statystką. Szkoda, bo to fajna babka i fajnie by było ją, za przeproszeniem, jakoś jeszcze wykorzystać.
Po drugie, opisy. A raczej ich brak. Wspominałam o tym przy okazji Okupu, ale mam wrażenie, że w Orderze to się nasila: Autor jakby stopniowo popada w szynkiewiczyzm: rzuca nazwami ulic, nie dając czytelnikowi szansy na faktyczne wniknięcie w miasto, poczucie jego ducha. Z jednej strony, mi, która spędziła w Warszawie ćwierć wieku, aż tak to może nie przeszkadzało, bo znam miejsca, które Autor wymienia i bez problemu sobie je wyobrażam. Z drugiej strony jednak, gdybym ich nie znała, te nazwy nic by mi nie powiedziały. I mam wrażenie, że Okup krwi staranniej pokazywał miasto niż Order. Choć może to tylko złudzenie wynikające z tego, że po prostu Warszawa w pierwszym tomie jest pięknie potraktowana i nadal mam w głowie scenę rozmowy Herberta z ojcem.

Ale przejdźmy do elementów przyjemniejszych: mimo że nieco zbledli w stosunku do pierwszego tomu, bohaterowie wciąż są fajni i budzą sympatię. Mają dystans do siebie i poczucie humoru, które każą uśmiechać się za każdym razem, gdy wstępują na scenę. Pojawiają się też nowe postacie, które ładnie dopełniają stary zestaw i także budzą pozytywne emocje – szczególnie  mam tu na myśli porucznika Grzybowskiego, którego z miejsca polubiłam. Ot, Marcin Jamiołkowski umie w bohaterów, których z miejsca lubię. Po prostu.
Czytelnik towarzyszy Herbertowi w całym szeregu niezwykłych zdarzeń, z których najbardziej zapada w pamięć wędrówka przez podziemia opanowane przez Bazyliszki. W przeciwieństwie do naziemnej części Warszawy, tutaj opisy wychodzą o wiele zgrabniej, czuć tę nieco klaustrofobiczną atmosferę, otaczające bohaterów zagrożenie i łatwo się wkręcić w akcję.
W ogóle, skoro już piszę o wkręcaniu się w akcję: Order jest dziwną książką. Z jednej strony, trochę brak prawdziwego napięcia i emocji, które kazałyby czytać z wypiekami na twarzy. Z drugiej – przez sympatię do bohaterów i w ogóle do samego pomysłu, tej książkowej Warszawy i magii, człowiek jednak łyka Order w dwa wieczory, a czytanie zwyczajnie sprawia frajdę. Choć po lekturze mam wrażenie, że to ewidentny łącznik między Okupem krwi a czymś większym. Posłużę się przykładem filmowego Hobbita – wiem, że wielu go nie lubi, ale nie w tym rzecz: pierwsza część to zawiązanie akcji i zebranie drużyny. Część druga to… no właśnie, trochę taki łącznik. A dopiero trzeci tom oferuje prawdziwą rozwałkę. Podobnie jest choćby w Matrixie. Mocną stroną pierwszych części jest zazwyczaj to, że czytelnik czy widz po raz pierwszy styka się z pomysłem, światem, bohaterami. Jest oczarowany i urzeczony, fabuła może mieć znaczenie drugorzędne. Druga część siłą rzeczy musi nadrobić czymś innym, bo odbiorca już zna postaci i cały setting. W Orderze zabrakło mi trochę czegoś, co by mi zrekompensowało ten brak powiewu nowości, jaki bił od Okupu krwi.
Dlatego o ile pierwszy tom odbieram jako świetny, drugi – tylko jako dobry. To tak naprawdę szalenie przyjemne czytadło, ze świetnie wkomponowanymi elementami warszawskiej historii i mitologii, z sympatycznymi bohaterami i zgrabnie poprowadzonym wątkiem kryminalnym: są poszlaki, są mylne tropy, jest wreszcie rozwiązanie, które nie okazuje się pójściem na skróty. Jako czytelnik nie czuję się oszukana. Odczuwam po prostu pewien niedosyt i łączę duże nadzieje z kolejnym tomem – interesuje mnie, co dalej spotka bohaterów, szalenie ciekawa jestem Syrenki i Złotej Kaczki. No i mam nadzieję, że tym razem Marcin Jamiołkowski nie poskąpi tak bardzo opisów.
Przy czym muszę tu dodać, że rozwiązanie wątku związanego z bliskimi Herberta bardzo mi się spodobało i jeszcze mocniej nasuwa myśl, że rodzina bohatera wplątała się w coś dużego, czego czytelnik jeszcze w pełni nie dostrzega, ale co jest gdzieś tam, w tle. I czeka na odsłonięcie.

Miła lektura na długi, zimowy wieczór – albo na dwa krótsze. Rozbudza ciekawość i oczekiwania. Ja w każdym razie nie zamierzam porzucać Herberta i czekam z niecierpliwością na kolejny tom jego przygód – wiem, że to będzie przyjemnie spędzony czas, nawet jeśli bez czytelniczego kaca.




Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję wydawnictwu Genius Creations.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...