poniedziałek, 26 marca 2012

Granie na Fraakranie (20) - Syberia 2


Przez naprawdę długi czas nie wiedziałam, jak zacząć ten wpis. Z pomocą ostatecznie przed kilkoma dniami przyszedł mi któryś z portali społecznościowych, gdzie ktoś zamieścił następujący obrazek: 
(źródło)
To właściwie wiele wyjaśnia.
Bo ja naprawdę, naprawdę jestem w takim właśnie stanie. Za wyjątkiem drobnego detalu, że zamiast „Shepard” słyszę „Kate Walker”.

Początek Syberii 2 (screen z gry)
O tym, że Syberia ma niesamowity i nielitościwie wciągający klimat, wspominałam przy okazji pierwszej części gry. W drugiej odsłonie to się nie zmienia – wciąż jest tak, że jak już się zasiądzie do zabawy, odejdzie się od komputera dopiero jak przewiną się napisy końcowe. Różnica natomiast jest w samym charakterze owego klimatu. W przeciwieństwie do jedynki, w dwójce nie mamy już tej melancholii i poczucia, że oto Kate Walker trafiła do dziwnego miejsca, w którym czas zatrzymał się kilkadziesiąt lat temu. Owszem, prawniczka z Nowego Jorku podróżuje przez przestrzenie odizolowane od jakiejkolwiek cywilizacji, ale izolacja ta wynika z prostej geografii. W końcu bowiem bohaterka Syberii na dobre opuszcza Europę i zagłębia się w bezludną – tak przynajmniej mogłoby się wydawać – tundrę.
Z jednej strony, brakowało mi trochę tamtej atmosfery: nieco ciężkawej, magicznej, nostalgicznej. Z drugiej zaś strony, śnieżne pustkowia i inuickie zagadki również mają swój nieodparty urok. Podkreślony zresztą przepiękną – choć dość cichą i dyskretną – muzyką.
Oto więc Syberia nie jest już tylko mrzonką czy jakąś mętną plotką, ale staje się rzeczywiście celem podróży. Tak naprawdę w drugiej odsłonie gry dostałam dokładnie to, czego spodziewałam się w pierwszej, nim włożyłam płytę do napędu: śnieg, Rosję i mamuty.

Nakręcany pociąg Hansa Voralberga (screen z gry)
O ile więc to nie wzbudziło moich zastrzeżeń, o tyle jednak odczułam duży żal, śledząc wątek samej Kate Walker: w jedynce bohaterka zmieniała się. Z dobrze sytuowanej prawniczki o spokojnym życiu powoli przeobraziła się w kobietę, która dla marzenia (w dodatku nie swojego) była w stanie porzucić wszystko i wszystkich.
W dwójce, co zresztą jest dość logiczne, gracz przychodzi „na gotowe”, więc całość jest uboższa o ten element. Kate Walker jest trochę jak mniej cycata Lara Croft, ot co. Co prawda twórcy próbowali wzbogacić to nieco, wprowadzając prywatnego detektywa, Cantina, wynajętego przez byłego szefa Kate, ale… Ale to wszystko się trochę kupy nie trzyma. Po pierwsze: jaki, u licha, Kate Walker ma telefon i w jakiej jest sieci, że gdzieś na środku tundry, do której jechała nakręcanym pociągiem bogowie wiedzą jak długo, wciąż jest w stanie przeprowadzić mnóstwo rozmów telefonicznych? I po drugie: czemu właściwie wspomniany szef tak bardzo chciał odzyskać Kate? Jasne, gdzieś wspominał, że matka prawniczki suszy mu głowę, ale jakoś nie kupuję tego. Nie mam nic przeciwko inteligentnym automatom, zegarowym pociągom i żywym mamutom, ale to mi po prostu wydało się naciągane.
Poza tym (uwaga, spoiler!), zabrakło mi jakiegoś zakończenia tego wątku z detektywem. Liczyłam na konfrontację czy coś takiego, a tymczasem Cantin w którymś momencie po prostu odmawia współpracy i tyle. Cała ta heca z nim nie ma żadnego wpływu na poczynania Kate i Hansa. No i Oskara, ma się rozumieć. Odczułam tu pewien niedosyt, jakby twórcom zabrakło inwencji, jak to dalej pociągnąć, więc po prostu ucięli.

Ciąg dalszy podróży na Syberię (screen z gry)
Kolejnym minusem Syberii 2 jest… tadam! Cenega. Co prawda w napisach jest mniej byków ortograficznych (co nie znaczy, że ich nie ma, co to to nie!), problem jednak w dubbingu. Po pierwsze: aktorzy. Pozmieniali się. I to akurat ci, którzy podkładali głosy bohaterom z pierwszej części. Zdecydowanie nie odpowiadał mi nowy Oskar – brzmiał jakoś ludzko i mdło, to nie był tamten wkurzający automat-służbista. Szkoda. Nowy Borys, radziecki pilot, którego Kate wystrzeliła w kosmos w pierwszej części, też nie daje rady. I ma strasznie wybiórczy akcent.
Choć to akurat ogólny zarzut do dubbingu: aktorzy cierpią na częściowe zaciąganie. To samo słowo raz wypowiadają z czymś, co przy maksimum dobrej woli można by potraktować jako rosyjski akcent, innym zaś razem – całkowicie normalnie i wyraźnie. Nie ma w tym konsekwencji. W dodatku już nie tylko Kate przekręca nazwisko „Voralberg”.

Ale porzućmy polską wersję językową, bo po co psuć sobie dalej humor… Nieważne, jak słaby byłby dubbing, gra jest na tyle miodna, że nawet alternatywna gramatyka Cenegi tego nie popsuje.
Nie mogę tylko oprzeć się wrażeniu, że w Syberii 2 naprawdę można odczuć krótszy czas jej tworzenia w porównaniu do czasu poświęconego na pierwszą odsłonę gry. Jest takie… niedokończone. Ba! Najbardziej niedokończony jest dla mnie finał, którego po prostu nie mogę pominąć milczeniem – teraz więc będzie giga-spoiler, proszę zakryć oczy, jeśli ktoś z Państwa jeszcze nie grał: czemu, do wszystkich diabłów, Kate Walker pomachała Hansowi, jak odjeżdżał na mamucie, a sama została? Na serio: i co niby dalej? Wróci do Nowego Jorku? Ostatnie tygodnie (miesiące? trudno powiedzieć…) żyła życiem Hansa, całkowicie się dla niego poświęciła, spaliła za sobą mosty. I tak po prostu została na środku mitycznej wyspy, samiutka? Dosłownie i w przenośni: została na lodzie? Szlag mnie trafia, jak o tym myślę. I nie, to nie słabnie, mimo że grę skończyłam przeszło tydzień temu.
Nie zmienia to faktu, że ogólnie końcówka gry była wzruszająca i głęboko przeorała mi psychikę. Choć ja miałam chęć smarkać w rękaw już przy finale epizodu z sercem Oskara, więc może po prostu mam jakiś defekt.
 (koniec spoilera)

W ramach podsumowania mogłabym więc powtórzyć, że gra ma niesamowity klimat, wciąga, porusza i każe zapomnieć o bożym świecie, ma piękną muzykę, oczywiście zachwycającą grafikę w tle oraz fajne zagadki (za wyjątkiem pewnego momentu, w którym człowiek biega po gigantycznej jaskini i czuje narastającą frustrację, bo z biegania w większości niewiele wynika…), niestety jest słabo spolszczona i pozostawia pewien (dość duży, nie bójmy się tego słowa) niedosyt… ale myślę, że zrobię inaczej.
Pokażę Państwu obrazkowo, w czym rzecz.

Tydzień po skończeniu gry, kiedy około siódmej rano szłam do pracy, zobaczyłam w chodniku coś takiego:


Widzą to Państwo w ogóle? I co Państwo przy tej okazji myślą...? Słusznie, nic. Bo i co tu myśleć, prawda? Otóż moją pierwszą refleksją i niemalże odruchem bezwarunkowym było: „Gdzie może być klucz Voralbergów, żeby to otworzyć…?”.
Klucz Voralbergów
Słowem – pozycja obowiązkowa i fantastyczne dopełnienie pierwszej części. Zdecydowane must-have. Ode mnie 8/10 – z najserdeczniejszymi życzeniami, by Cenega nigdy więcej nie brała się za spolszczanie gier...


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...