sobota, 24 marca 2012

Fraa w czytelni (26) - "Coś na progu"


Coś na progu - okładka

W tym miesiącu ukazał się pierwszy numer dwumiesięcznika poświęconego ogólnie pojętej grozie i kryminałowi, lub też – jak można przeczytać na oficjalnym blogu – „czasopisma dla miłośników literatury i dobrych historii”. Nie ukrywam, że z niecierpliwością czekałam na premierę tego pisma, wielce ciekawa, jak to wszystko wyjdzie. Porywanie się na nowy tytuł wydaje się cokolwiek ryzykowne w momencie, kiedy ogłasza zawieszenie działalności taki tytuł jak „Science Fiction, Fantasy i Horror”. A jednak Łukasz Śmigiel podjął to ryzyko – oby nie musiał tego żałować i oby „Coś…” przetrwało bez porównania dłużej, niż magazyn „Lśnienie”.
„Coś na progu” najprościej zamówić za pomocą formularza na stronie wydawnictwa – przesyłka dojdzie do nas szybko i, co jeszcze fajniejsze, za darmo. Cena, niecałe 9 zł, nie jest wygórowana, biorąc pod uwagę fakt, że dostaniemy naprawdę ładnie wydaną rzecz, z wypasioną okładką, w – jak zresztą reklamuje się „Cosia…” na blogu – wygodnym, książkowym formacie, o zawartości mieszczącej się na ponad sześćdziesięciu stronach. Naprawdę: pierwsze wrażenie jest bardzo pozytywne.

Cały spis treści, stopka redakcyjna i wstępniak naczelnego (skądinąd całkiem przyjemny do przeczytania, co jest rzadkością wśród wstępniaków naczelnych – zazwyczaj albo mnie nudzą, albo irytują… no dobrze, może nie powinnam wracać myślami do *tfu!* „Płyń pod prąd”…?) mieszczą się na wewnętrznej stronie okładki, co jest o tyle pozytywne, że już od pierwszej strony mamy solidne kawały mięcha… znaczy artykuły.
A więc przejdźmy do zawartości:
Tematem numeru jest szeroko pojęta twórczość Howarda Phillipsa Lovecrafta oraz wpływ Samotnika z Providence na kulturę popularną. Nic więc dziwnego, że od samego początku znajdziemy teksty temu tematowi podporządkowane. I dobrze – po pierwsze, tytuł czasopisma – „Coś na progu” – zobowiązuje do tego, by w inauguracyjnym numerze poświęcić nieco miejsca Lovecraftowi (wszak zatytułował tak jedno ze swoich opowiadań). Po drugie, szalenie lubię tego autora i taki układ ze wszech miar mi odpowiada.

Pierwszy artykuł to przekład z S.T. Joshiego, hindusko-amerykańskiego światowej sławy badacza literatury H.P. Lovecrafta, pod prostym i wymownym tytułem „Niektóre z inspiracji Wzgórza i W górach szaleństwa”. Muszę powiedzieć, że trochę mnie ten tekst rozczarował. W pierwszej chwili nie zwróciłam uwagi na autora i miałam nawet myśl, że gościu fajnie próbuje bawić się w szukanie tych inspiracji, ale w paru miejscach jednak przegina, poza tym mógłby, u licha, darować sobie zdradzanie zakończeń! A później się zorientowałam, że to nie jest przecież tekst amatora… Czyli to pewnie ja się nie znam. Sniff. Nie zmienia to faktu, że doszukiwanie się inspiracji dla Wzgórza w utworze De Mille’a Niezwykły rękopis znaleziony w miedzianym cylindrze na podstawie kształtu znaleziska wydaje mi się mocnym nadużyciem. Jakkolwiek nie zamierzam dyskutować z faktem inspirowania się jako takim, bo w końcu inne analogie brzmią całkiem sensownie, to jednak cylindryczność obiektu, który znajdują bohaterowie, w mojej opinii, winna tu być najmniej istotna, a w artykule jest jej poświęcone tyle samo miejsca, co innym argumentom. A przecież bohater Wellsowskiej Wojny światów też ma do czynienia z tajemniczym cylindrem. Myślę, że ta cylindryczność pojawia się na podobnej zasadzie, co piramidy w starożytnych cywilizacjach: niezależnie od siebie, po prostu kilka osób wpada na ten sam pomysł.
U Joshiego jeszcze jedna rzecz mnie uderzyła: próba obrony Lovecrafta w obliczu tych wszystkich inspiracji. Tłumaczenie czytelnikowi, że to wcale nie jest źle, że Samotnik z Providence czerpał z poprzedników i że to nie umniejsza wartości jego dzieł.
Ja w takiej chwili mam odruch WTF? A czemu to miałoby być źle? Przecież to naturalne, że twórcy inspirują się nawzajem swoją twórczością, że czerpią jedni od drugich, udoskonalają pewne formy czy idee. Obrona wydała mi się tu zbędna. I to w tym miejscu najsilniej miałam wrażenie, że jednak czytam tekst amatora – myślałam, że doświadczony krytyk literatury nie bawi się w tego typu, zupełnie zbędne apologie. A jednak. Może w USA inaczej patrzy się na pisarstwo i pisarzy i stąd wynikło to zaskoczenie? Nie wiem.
Grunt, że S.T. Joshi mnie nie urzekł.
Dużo pozytywniej oceniłam artykuł Mateusza Kopacza, pt. „W tempie iście karkołomnym” – autor przybliża w nim niebeletrystyczny dorobek Lovecrafta, czyli listy i eseje. I muszę przyznać, że jeśli tylko pojawi się coś z tego po polsku, nie omieszkam po to sięgnąć. Autor rozbudził moją ciekawość, nawet jeśli irytowało mnie podkreślanie, że język listów nie jest tak sztuczny i śmieszny jak w opowiadaniach – ale to czysto subiektywne podejście, bo ja po prostu język opowiadań Lovecrafta wielbię i ubóstwiam.
Joanna Kułakowska w „Bluźnierczej przestrzeni” nie napisała właściwie niczego, czego sama nie mogłabym wymyślić, niemniej prześlizgnęłam się po tym tekście bezboleśnie, by zaraz przejść do „Call of comics” Jana Wieczorka, czyli krótkiego przeglądu Lovecraftowskich inspiracji w komiksach. Mam przy tym pełną świadomość tego, że autor ledwie musnął temat, ba! w ostatnim akapicie zostało to otwarcie powiedziane. Ale i tak wycieczka po Cthulhiańskich komiksach była przyjemna, a nawet wynotowałam sobie kilka tytułów do bliższego zapoznania.
Na podobną skrótowość cierpi kolejny artykuł, „Macki szarpią struny” Kamila Pawłowskiego. O ile mi coś takiego wystarczy, bo ogólnie na muzyce się nie wyznaję, a z tą inspirowaną Samotnikiem z Providence zasadniczo nigdy nie miałam do czynienia, o tyle jeśli ktoś już tyle o ile jest obcykany w temacie, raczej nie znajdzie tu dla siebie niczego odkrywczego.

Potem czytelnik dostaje dział twórczości: wiersz samego Lovecrafta „Prastary szlak” (cóż, w mojej opinii pisarz lepiej sprawdził się w prozie, niż w poezji…), opowiadanie „Makak” Edwarda Lee (dość szybko przewidziałam zakończenie, no i ten rodzaj grozy – czyli zniesmaczenie przeważające nad samym lękiem – zupełnie do mnie nie przemawia) oraz „Engramy Szatery”, nowelę Stefana Grabińskiego. I ten ostatni tekst naprawdę przypadł mi do gustu – rzekłabym, że był bardzo w moim klimacie i, co więcej, zachęcił do sięgnięcia po Demona ruchu.

Kryminalistka ze mnie żadna, więc Strefa kryminału wciągnęła mnie bardzo wybiórczo: z zainteresowaniem przeczytałam „Fandorinadę” Agnieszki Papaj, bo rozchodziło się o Rosję. Przez artykuł Chojnackich „Mordercy przyszli z północy” przemknęłam raczej w pośpiechu, by zatrzymać się na moment nad wywiadem-rzeką z medykami sądowymi. To akurat było o tyle ciekawe, że ładnie burzyło medyczno-sądowe mity ze wszystkich filmów i seriali. Szkoda tylko, że rozmowa toczyła się wyłącznie między medykami z Katedry Medycyny Sądowej wrocławskiej Akademii Medycznej – zabrakło mi jakiegoś głosu z zewnątrz, jakiegoś reprezentanta innej szkoły.

Później nastąpiły działy Varia, Strefa gier oraz Felietony, które czytało się lekko i przyjemnie. Częściowo był to powrót do tematu numeru, częściowo zupełnie niezwiązane z tym teksty o Bizarro fiction (autorstwa Marcina Kiszeli), o wampirze, lesbijskiej miłości (Łukasz Buchalski – „Inny rodzaj wampa: Carmilla i jej siostry”, choć w tym akurat przypadku miałabym do porozmawiania z autorem odnośnie wymienionego tytułu The Hunger, od którego chwalenia jestem bardzo, bardzo daleka) czy o anime (Jacek „Pottero” Stankiewicz – „W krainie bogów animowanej grozy”, przeczytałam z prawdziwym zainteresowaniem, mimo że jestem zadeklarowaną nie-fanką mangi i anime. Co więcej, rozważam sięgnięcie po kilka tytułów!).
Felietony były przyjemne, recenzje gier także, pasek komiksowy zaś lekko schizowaty, nawet jeśli nie do końca w moim guście.

Nawet jeśli można odnieść wrażenie, że co artykuł, to kręcę nosem – wcale tak nie jest. To znaczy może trochę jest, ale to dlatego, że ja po prostu na wszystko kręcę nosem. Kupienia pierwszego numeru „Coś na progu” w żadnym razie nie żałuję. Dzięki niemu przez dwa dni nie przysypiałam w czasie dojazdów do i z pracy, ponadto moja lista rzeczy do obejrzenia/przeczytania nieco się rozrosła, no i pojawiła się we mnie świadomość o istnieniu pewnych rzeczy, z których istnienia wcześniej nie zdawałam sobie sprawy. Czyli wynik bardzo na plus. Tu jednak mała uwaga: jakkolwiek interesuję się szeroko pojętą fantastyką, to jednak w horrorze zbyt głęboko nie siedzę. Nie wykluczam więc, że co dla mnie w „Cosiu…” było interesujące, może być jakąś zupełną oczywistością dla osób bardziej związanych z gatunkiem. Właśnie przez wzgląd na to, że autorzy artykułów mają tendencję do prześlizgiwania się po zagadnieniach – nic zresztą dziwnego, biorąc pod uwagę fakt, że temat numeru jest akurat bardzo, bardzo pojemny. Zastanawiam się nawet, czy nie warto by było stworzyć stałej Lovecraftowskiej rubryki, gdzie w jednym artykule na numer przedstawiano by co prawda tylko jedno zagadnienie, ale za to nieco dokładniej. W końcu – jak wspominałam – tytuł „Coś na progu” zobowiązuje.

Treść więc waha się od miodności do średniej miodności, ale generalnie jest dobrze. Ba, nawet wypadło – w mojej ocenie, naturalnie – 1:0 dla polskich autorów.
Skoro zawartość merytoryczna i wygląd czasopisma są fajne, to co kuleje?
Otóż, mili Państwo, korekta.
Trafiają się literówki, błędy składniowe, a nawet błąd ortograficzny (czas przyszły od „ukazać się” został zapisany „ukarze”…). Zdecydowanie przed wypuszczeniem czasopisma należałoby je jeszcze raz czy drugi przeczytać i poprawić byki. Pocieszam się, że przecież wydawnictwo Ars Machina też spotkało się z zarzutami o brak korekty, może więc to taka ogólna przypadłość pierwszych wydań i jeszcze będzie lepiej. Mam szczerą nadzieję, że będzie lepiej, bo chciałabym kupować przyszłe numery „Cosia…”, ale jak widzę te błędy, to mnie skręca.

Niemniej pierwszy numer dwumiesięcznika „Coś na progu” przeczytałam od deski do deski z prawdziwą przyjemnością i wszystkim polecam. Mimo usterek tu i ówdzie oraz mimo paskudnych wpadek gramatycznych, warto zapoznać się z tym tytułem. I oby teraz było już tylko coraz lepiej. Czego życzę zarówno „Cosiowi…” jak i sobie – czytelniczce.
Na razie 8/10 – bardzo dobry, choć nie ukrywam, że o jeden punkcik podniosłam za bonus dodany do (darmowej!) przesyłki (tak, tak, o tym nie wspomniałam, ale oprócz „Cosia…” otrzymałam „firmową” smyczkę – a, jak wszyscy wiemy, gratisiki zawsze cieszą). W maju czekam na co najmniej oczko wyżej za samą treść!

No i polecam, naprawdę polecam.








Sensacyjne, przerażające, kryminalne i przygodowe – tanie opowieści, najpierw nazywane penny dreadfuls czy dime novels, a później od rodzaju papieru, na którym były drukowane, pulp magazines (papier ten szybko żółkł i niszczał), dostarczały rozrywki swoim czytelnikom przez niemal sto dwadzieścia lat. Ostatecznie pokonane przez ograniczenia w dystrybucji papieru spowodowane II Wojną Światową, nigdy już nie powróciły w wielkim stylu na rynek. Patrząc po tylu latach na ich krzykliwe okładki i kiczowate nazwy, uśmiechamy się do siebie i prychamy z pogardą. Zapominamy bowiem, że gdyby nie teksty drukowane w pulp magazines, nie dane byłoby nam cieszyć się ani powieściami Chandlera, ani opowiadaniami Howarda lub Lovecrafta. Gdyby nie one, prawdopodobnie nie podskakiwalibyśmy na kinowym fotelu, oglądając przygody Batmana, albo kolejną odsłonę Koszmaru z Ulicy Wiązów bądź Halloween. W telewizji nie leciałby Star Trek i Dr Who, a BBC nie produkowałoby znakomitych słuchowisk radiowych realizowanych w duchu tradycji Wojny Światów. W czasach, w których bezwzględnie wytyka się różnice pomiędzy tak zwaną kulturą wysoką a niską, twórcy zdają się zapominać o tym, że nie są wcale nowymi Prometeuszami, a zaledwie dłużnikami przeszłości, której warto czasem złożyć hołd. (…)
[ze wstępniaka; Łukasz Śmigiel, luty 2012]
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...