poniedziałek, 30 lipca 2018

Smoki, literatura i umieranie: "Fantazmaty. Tom I"

(źródło)
Autor: praca zbiorowa, pod red. Dawida Wiktorskiego
Tytuł: Fantazmaty. Tom I
Miejsce i rok wydania: Kraków 2018
Wydawca: Fantazmaty

Fantazmaty to pierwsza odsłona nowego cyklu na fantastycznym poletku ebooków, ale nie pierwszy tego typu zbiór, który dostajemy w ostatnim czasie. Przede wszystkim - niejako prekursorką tej antologii była inna pozycja: Geniusze fantastyki, firmowana jeszcze przez Genius Creations – w przeciwieństwie do Fantazmatów, które z tym wydawnictwem nie mają już nic wspólnego, za wyjątkiem częściowego zaangażowania tych samych osób – tyle że tym razem już czysto hobbystycznie i pod własną marką.

I muszę przyznać, że w porównaniu z Geniuszami… nowa antologia wypada po prostu lepiej. Być może częściowo przez to, że jest krótsza: nie mam wrażenia, że to zbiór wszystkich możliwych opowiadań, które autorzy powykopywali ze swoich szuflad, tylko rzeczywiście teksty przeszły jakąś selekcję, co znacząco odbiło się na ich jakości. Mniej, ale lepiej. I ja to bardzo popieram.
Wciąż jednak mam wrażenie, że czegoś w tym wszystkim zabrakło. Skłaniam się ku myśli, że bardziej doświadczonej redakcji. Większość opowiadań jest w porządku, jest kilka tytułów naprawdę dobrych. Zazwyczaj jednak miałam irytujące wrażenie, że pomysł jest fajny, ale gdzieś po drodze zabrakło solidnej redakcji, która wymusiłaby na autorze przerobienie tekstu z „w porządku” na świetny, w którym ten fajny pomysł mógłby naprawdę rozbłysnąć.

Zacznę może od tych tekstów, które zrobiły na mnie najmniejsze wrażenie – choć muszę tu podkreślić, że nie były złe. Ot, najwyraźniej nie jestem targetem. Przede wszystkim Pod skórą Agnieszki Hałas: nie wątpię, że to sprawnie napisana rzecz. Niemniej nie potrafiłam wykrzesać z siebie emocji podczas lektury. Tekst porusza problemy – i chwali mu się. Tyle że nie robi z tymi problemami właściwie niczego odkrywczego, co by sprawiło, że zapamiętam ten tytuł na dłużej. Mam świadomość istnienia tych problemów i czułam się trochę tak, jakby mi ktoś powtarzał w kółko, że wojna jest zła. Trudno zaprzeczyć, ale też to nic nowego. Plus miałam moment niepoprawnego rechotu przy zdaniu „Ciekawi was, jak to właściwie jest z moim wykształceniem?” – bo jedyna odpowiedź, jaka mi się nasunęła, to „Nie. Mam to w nosie”. I aż mnie korciło, żeby kontynuować dyskusję z narratorką.
W zbliżonym klimacie utrzymany jest Dzień Walpurgii Ahsana Ridha… Ridhy? Hassana (dobrze odmieniłam…?): mimo odmiennej fabuły, w obu przypadkach czytelnik dostaje osadzoną we współczesności historię młodego człowieka, który pod płaszczykiem urban fantasy sprzedaje nam problem: u Agnieszki Hałas była to, żeby nie wchodzić w detale, patologia w rodzinie, tutaj mamy chorobę psychiczną. Przy czym Dzień Walpurgii przypadł mi do gustu nieco bardziej, bo uświadomił mi istnienie czegoś, czego wcześniej nie znałam – wrażenie popsuł jedynie przypis na samym końcu. Powiadam: pozwólcie czytelnikowi dociekać samodzielnie. Nie wyręczajcie go w myśleniu.
Te dwa teksty chyba są najmniej „fantastyczne” ze wszystkich (na upartego można by uznać, że Dzień Walpurgii to w ogóle nie jest fantastyka). W pozostałych nadprzyrodzone akcenty są już nie tylko kostiumem, ale mocną bazą dla całej opowieści. Co w żadnym razie nie oznacza monotonii: dostajemy zarówno dość typowe (może czasem aż nazbyt typowe, wliczając w to mało twórcze nawiązania do klasyki) fantasy pełną gębą (Na podobieństwo Alicji Janusz, Dwie głowy węża Magdaleny Kucenty czy Księga Daat Anny Szumacher – wszystkie te teksty są bardzo zgrabnie napisane, tylko może dostały nieco za mało przestrzeni, żebym dała radę naprawdę przywiązać się do bohaterów. W efekcie dostałam postacie, których nie znam, w światach, o których nic nie wiem. Ich losy wywoływały we mnie głównie wzruszenie ramion), jak i różnorodne sci-fi (nasuwa się tu głównie Na obraz i podobieństwo Krzysztofa Rewiuka – dobre, tylko kompletnie nieprzekonujące relacje między bohaterami, jakby autor chciał wrzucić za dużo na za krótkiej przestrzeni, przez co te stosunki tak naprawdę nie zdążyły się sensownie nawiązać; no i oczywiście Trupy Pawła Majki – ciekawe i z fajnym zakończeniem, ale będące chyba głównie pokazaniem świata, niż historią o konkretnych bohaterach, bo ci w sumie pozostali mi dość obojętni. Wspomnieć też muszę o Ego te absolvo Agnieszki Sudomir – to ubrana w fantastycznonaukowy płaszczyk opowieść, która w nieoczywisty stawia dużo pytań natury etyczej).
W jeszcze innych klimatach są osadzone takie opowiadania jak Wieczne życie Tomasza Przyłuckiego – zabawne, lekkie, choć dość szybko wylatujące z pamięci – czy Następna stacja: Katastrofa Piotra Gruchalskiego. Miłośnicy słowiańskich klimatów znajdą dla siebie bardzo przyjemne Babie lato Piotra Borlika, fani humorystycznych miniaturek sprowadzających się do szeregu słownych gierek – Gang Higiena Kazimierza Kyrcza Jr. I Michała Walczaka. W zupełnie innym klimacie utrzymana jest inna miniaturka: Pan Kukiełka Dawida Kaina – gęsty od niepokoju obrazek dla miłośników grozy. Wymienię tu jeszcze Rzeczy, które robisz w Łodzi, będąc martwym Istvana Vizvary’ego: historię pewnego emeryta, który umarł. Na uwagę zasługuje fajne przenikanie się zmysłów, a także intryga, która z czasem wciągnęła.
I to jest ta najliczniejsza grupa tekstów: są fajne, sprawnie napisane, pozbawione większych baboli – po prostu z tych lub innych przyczyn do mnie nie przemówiły. Czegoś im zabrakło: przekonujących relacji między postaciami, interesujących bohaterów – ot, po prostu czegoś, co by mi na dłużej zostało w pamięci. Czytało się dobrze, ale muszę wracać do spisu treści, żeby przypomnieć sobie, o czym to właściwie było.

Fantazmaty mają jednak również teksty, które dużo mocniej wbiły mi się w mózg. W większości – pozytywnie. Ale zacząć muszę od dwóch niechlubnych wyjątków.
Przede wszystkim więc, wkurzyło mnie Śnienie Marcina Rusnaka. Sam pomysł na przedstawienie superbohaterskiej historii z punktu widzenia zupełnie niesuperbohaterskiego męża jest bardzo wporzo. Przypadłość dziecka interesująca (nawet jeśli kino słyszało już o takich pomysłach). Szkoda tylko, że ten mąż to całkowicie nieciekawy, antypatyczny koleżka, któremu z czasem życzyłam coraz gorzej i gorzej. Miałam ochotę obić mu ryj za każdym razem, jak wydzwaniał do swojej żony z jakimiś pierdołami, podczas gdy ona ratowała świat przed apokalipsą. Nie poprawiła sytuacji wstawka o Bulim, ale to już moje zupełnie prywatne spaczenie. Po prostu zupełnie się nie dogadaliśmy. A nawiązania do popkultury wyszły po raz kolejny nieciekawie.
Poważny problem widzę też w przypadku tekstu AJAS 22.9.5.12.11.9 Jacka Łukawskiego: to znaczy samo opowiadanie odebrałam nawet pozytywnie, ale potem dostałam w twarz… przypisem…? Epilogiem? Odautorską notatką pod tytułem „co autor miał na myśli”. I to było autentycznie straszne – nie wierzyłam, że na serio widzę coś takiego w książce. Jeśli przypis kończący Dzień Walpurgii wzbudził mój niesmak, to tutaj miałam ochotę naprawdę gryźć i drapać. Uważam, że to po prostu uwłaczające dla czytelnika, żeby tego typu notatki wrzucać do jakiejkolwiek publikacji.

A teraz już z czystym sumieniem mogę przejść do mojego TOP 4 pierwszego tomu Fantazmatów.

Na czwartym miejscu: Błędny rycerz Andrzeja W. Sawickiego – bo mechy, bo klimat i interesujący setting. Ciekawi bohaterowie. Historia, która wciąga i każe zastanawiać się, co było wcześniej i co wydarzy się później. Czuję się zachęcona do zaprzyjaźnienia się z twórczością tego autora – jedyny zgrzyt miałam przy przypisie poświęconym Inkluzji: za dużo, za niepotrzebnie. Wystarczyło krótkie „po więcej – patrz powieść: Inkluzja” czy coś w tym stylu. Nie rozpraszałoby niepotrzebnie. Na dodatkową uwagę zasługuje tu świetna ilustracja Tomasza Ściolnego.
Miejsce trzecie należy do Drakodoncji stosowanej Kamili Dankowskiej. To tekst, który zajął pierwsze miejsce w konkursie i jakoś mnie to nie dziwi. Opowiadanie jest wciągające i zabawne, w dodatku ma tę cechę, którą podkreślałam w tekstach ze Skafandra i melonika: wierzę narratorowi. Mam wrażenie, że autor wiedział, o czym pisze – zarówno pod względem emocji jak i przedstawionej technologii. Fakt, że całość opiera się na legendzie o Szewczyku Dratewce to tylko taka wisienka na torcie. Po prostu świetnie się bawiłam od początku do końca tego tekstu.
Mocne drugie miejsce zajmuje I moją głowę też Alicji Tempłowicz: z jednej strony, znane i lubiane postapo z ludźmi, którzy szlajają się po zgliszczach znanego im świata. Z drugiej, Alicja Tempłowicz nie byłaby sobą, gdyby u podstaw tego – na pozór typowego – settingu nie leżał jakiś wypasiony, niebanalny pomysł. Dodatkowo dostajemy sporo ciężkich emocji i bohaterów, którzy z miejsca zaczynają „działać” na czytelnika, tak że nie mogłam się nie zaangażować w ich losy.
O włos, niemniej zwycięża w moim prywatnym rankingu Zachwyt Wojciecha Guni: niesamowicie pomysłowy tekst o… cóż, o wielu rzeczach, ale nie sposób je wyliczać nie spoilując, więc jestem zmuszona pominąć fabularne podsumowanie. Dość, że tekst ogromnie kojarzy mi się z Bibliotekarzem Jelizarowa, a to powieść, która od lat jest jedną z moich ulubionych lektur ever. W Zachwycie znalazłam podobnie ciężki, nostalgiczny klimat i opowieść o smutnych, samotnych ludziach, którzy znaleźli swój sposób na życie. Czytelnik zanurza się w ten ich świat i odkrywa tam magię, której się nie spodziewał, która nie pasuje do tych okoliczności – odstaje i wciąga jednocześnie. Plus jest piękna zagadka z pięknym finałem. Jestem przekonana, że to opowiadanie zostanie ze mną na dłużej.

Nie powiem, że to zaskakująco dobra antologia – bo Skafander i melonik mnie trochę rozbestwił. Natomiast z całą pewnością jest to dobra antologia, pełna fajnych tekstów, wśród których można znaleźć prawdziwe perełki. Nawet opowiadania, które negatywnie zapisały mi się w pamięci, w gruncie rzeczy mają w sobie sporo dobrego, tylko po prostu w ten czy inny sposób nadepnęły mi na odcisk. To byłby dobry zbiór, choćbym musiała za niego zapłacić w księgarni – a biorąc pod uwagę, że można się nim cieszyć za darmo, to w ogóle nie ma o czym gadać: pozostaje tylko pobrać i cieszyć się lekturą.


Książkę można pobrać tutaj - formaty do wyboru, do koloru.




Rzuciłem się w prawo, byle uniknąć bezpośredniego plunięcia, zdolnego zeszklić piasek. Ścigany rykiem płomieni, skoczyłem za kontener. Zapikał SHEEP.
– Żryj owcę! – Z okrzykiem bojowym wychyliłem się zza osłony i odpaliłem wyrzutnię.

[Kamila Dankowska, Drakodoncja stosowana]

7 komentarzy:

  1. Nie wiem, jak taką cegłę można nazwać krótką, zwłaszcza że jest dwuczęściowa :D Ale widzę, że warto w końcu się za nią zabrać, kilka nazwisk poznaję, ciekawe, co mi się najbardziej spodoba...

    PS. Czy "niepierwszy" nie powinno być oddzielnie?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I tak będzie krótsza niż wspominana antologia - "Geniusze..." mieli 2,4kkk znaków (co oczywiście dziś, po ponad 2 latach od premiery, uznaję za bardzo poważny błąd z mojej strony), oba tomy "Fantazmatów" lekko ponad połowę tego. Drugi będzie trochę dłuższy niż pierwszy.

      Usuń
    2. Yup, nadal wychodzi krócej niż "Geniusze..." :D I owszem, warto. Fajny pakiet świetnych tekstów - w sumie niech świadczy o czymś sam fakt, że opowiadanie Pawła Majki nie jest moim ulubionym o__O Jak wysoko musiała być poprzeczka?!

      PS. Powinno, powinno - YOU'RE NOT MY SUPERVISOR!!!

      PS2. Poprawiłam, no :P

      Usuń
    3. Zaczęłam czytać i jakoś mnie ten Majka nie zachwycił, znaczy klimaty fajne, bym sobie chętnie poczytała o tym świecie, ale chyba nie w takiej formie. Zobaczymy co dalej ;)

      Usuń
    4. No to w tej kwestii mamy podobne opinie :) Fajny świat, fajny potencjał, tylko to opowiadanie samo w sobie jakieś takie... no, czytywało się lepsze. Tylko ja się z tym zupełnie dziwnie czuję, bo jako die-hard fanka Pawła Majki po raz pierwszy przy jego tekście poczułam, że jednak pisk zachwytu zatrzymam sobie na kogoś innego. To trochę jak zdrada o_O

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...