wtorek, 6 grudnia 2011

ZaFraapowana filmami (53) - "Młyn i krzyż"

Młyn i krzyż - plakat
Chciałabym być przykładną patriotką i z dumą głosić wyższość rodzimej kultury nad obcą. No ale, jak bogów kocham, nie mogę. Rodacy srodze mi to utrudniają taką na przykład 1920 Bitwą Warszawską (choć nie powiem, tytuł chwytliwy. Prawie jak 2001: Odyseja kosmiczna). Na szczęście nie wszyscy są tak bezlitośni. I tak na przykład dorobiliśmy się czegoś – tak myślę – konkurencyjnego na arenie międzynarodowej, acz, nie wiedzieć czemu, u nas raczej niezbyt rozreklamowanego: mówię tu o filmie Młyn i krzyż w reżyserii Lecha Majewskiego, widowiskowo zrealizowanej i interesującej opowieści o… obrazie.
Chodzi o dzieło Pietera Bruegla – „Droga krzyżowa”. Film jest próbą ożywienia przedstawionej przez malarza sceny. Widzimy, co działo się z poszczególnymi bohaterami obrazu, nim zostali odmalowani na desce. Postacie te mają swoje historie, swoją codzienność, jedni znaleźli się na obrazie zupełnie przypadkiem, inni zaś mają większe role, choć nie zawsze są widoczni na pierwszy rzut oka. Głównym bohaterem i jednocześnie narratorem w filmie jest sam Pieter Bruegel (fenomenalny Rutger Hauer) – jest on też jedną z trzech postaci, które cokolwiek mówią – i co więcej: uczestniczy w dialogu z przyjacielem, Nicholasem Jonghelinckiem (Michael York).
No właśnie, skoro już przy tym jestem: ci z Państwa, którzy nie lubią przegadanych filmów, powinni obejrzeć Młyn i krzyż. Odzywają się w nim, jak już zaznaczyłam, dosłownie trzy osoby – oprócz wspomnianych już mężczyzn jest jeszcze Maria (Charlotte Rampling). Ponieważ słów jest tak niewiele, te, które padają, siłą rzeczy muszą być przemyślane i znaczące. I, muszę przyznać, te krótkie wypowiedzi bohaterów rzeczywiście każą widzowi zatrzymać się na moment i pozwolić przegryźć się poruszonemu problemowi. Choć – co nieco boli – kiedy już tak człowiek się zastanowi, szybko może dojść do wniosku, że właściwie nie był wcale świadkiem odkrywania Ameryki.
Maria głównie wyraża rozpacz i pewne zdziwienie z powodu egzekucji jej syna – a właściwie Syna, bo w końcu mamy tu do czynienia z całkowicie biblijnym ukrzyżowaniem, nawet jeśli przedstawionym w realiach szesnastowiecznych Niderlandów. Matka okazuje emocje w sposób spokojny i wyważony, jednocześnie przekonujący – ale nie tu jakiejś niebywałej rewelacji. Refleksja, że jeszcze wczoraj Syna wszyscy kochali i wiwatowali na Jego cześć, a dziś skazują na śmierć – została już wielokrotnie powiedziana. Z drugiej strony, nie oczekujmy po zrozpaczonej matce, że w ramach użalania się nad rodzinną tragedią będzie objawiać światu nowy model geometrii hiperbolicznej, czyż nie?
Nicholas Jonghelinck z kolei komentuje bieżące wydarzenia, odnosi się do społeczeństwa niderlandzkiego swoich czasów oraz do Kościoła. I, jak już wspomniałam, rozmawia z Brueglem.
kadr z filmu Młyn i krzyż (Pieter Bruegel)
I to właśnie były jedne z najlepszych momentów filmu. Rozmowy z malarzem. Ten zaś (wspominałam, że fenomenalny Rutger Hauer?), szkicując projekt przyszłej „Drogi krzyżowej”, analizuje od razu poszczególne jego elementy – i to jest bardzo fajne. Nawet jeśli nie daje widzowi jakichś rewolucyjnych interpretacji, to jednak wszystko to robi bardzo pozytywne wrażenie i ma sens (trudno zresztą spodziewać się czegoś innego – Lech Majewski studiował na ASP, ponadto współautorem scenariusza jest Michael Francis Gibson, historyk sztuki i autor książki Młyn i krzyż. Droga na Kalwarię Pietera Bruegla). Ma się odczucie, że oto uchyla się przed nami coś, co dotąd było niedostępne – o własnym obrazie przemawia sam malarz. Jedno, do czego mogę mieć zastrzeżenia na tym polu, to że powinno tego być więcej. Nie ukrywam, że wyczekiwałam tych analizatorskich momentów z prawdziwą niecierpliwością.
A wyczekiwałam, bo pozostała akcja była… no cóż. Po prostu niezmiernie powolna. W dodatku niekiedy mocno nienaturalne milczenie bohaterów jeszcze mocniej podkreślało tę dłużyznę. W końcu ile czasu można oglądać, jak gromada dzieci kotłuje się na łóżku? Albo jak młode małżeństwo je śniadanie? Szczególnie w tej drugiej scenie nadto wyraźnie odczułam to, że bohaterowie nic nie mówią. Wyglądało to sztucznie. Oni powinni coś mówić. Aż się prosiło. Wiem, że to nie byłoby nic istotnego. Ot, codzienne sprawy. Ale w życiu pełno jest takiej luźnej gadaniny i wycięcie jej jakoś nie pozwoliło mi „kupić” zaprezentowanych historii. Pojmuję to, że takie zamknięcie ust bohaterom pozwala widzowi w pełni skupić się na obrazie. Ale serio… półtorej godziny gapienia się w obraz…? Dla mnie to po prostu trochę za dużo. Najpewniej po prostu nie jestem gotowa na tego typu odbiór.
kadr z filmu Młyn i krzyż
Poza tym, abstrahując od tego odrealnienia prezentowanych w filmie historii, tak naprawdę widz wciąż niewiele więcej się dowiedział, niż mógłby zobaczyć na samym obrazie. Jasne: jeżeli gdzieś ktoś siedzi, to najpewniej przyszedł tam i usiadł. Tak samo jeśli stoi – jak to określił w filmie Bruegel – „drzewo śmierci”, to ktoś musiał je wcześniej w jakimś celu postawić. No dobrze. Ale kiedy śledziłam cały wątek związany z tymże „drzewem śmierci” i młodym skazańcem, nie mogłam nie zadawać sobie pytania: co ten facet zrobił? Jeśli zaś był niewinny, to też chciałabym to wiedzieć. Nie potrafię ustosunkować się do historii, nie znając jej początku. Bo on ma decydujące znaczenie w końcowej ocenie.
A więc owszem: przeczę sama sobie. Z jednej strony film wydał mi się momentami za długi. Z drugiej – za krótki, a pokazane w nim wątki ledwo dotknięte.
Nie oznacza to jednak, że całość mi się nie podobała. Po pierwsze, sam pomysł uważam za fantastyczny. Po drugie, ogromne wrażenie wywarła na mnie wizualna strona filmu: zatrzymywanie aktorów tak, by tworzyli jakiś fragment obrazu. Łączenie malowanego tła i żywego pierwszego planu. Spacery Bruegla i Nicholasa w tej „zamrożonej” rzeczywistości. Po trzecie, wspomniana już, wkomponowana między sceny, interpretacja dzieła. No i po czwarte, młyn.
Tak – młyn, wzniesiony na wysokiej skale, i postać młynarza były naprawdę niesamowite. Początkowo widz odnosi wrażenie, że starsi państwo, mieszkający we młynie, będą tylko kolejnymi postaciami z obrazu, a potem okazuje się, że to nie takie proste. Młyn jest jednocześnie w obrazie i poza nim. Tkwi pomiędzy malarzem a malowaną sceną. Świetnie zostało to pokazane w jednej z końcowych scen, w której młynarz, na polecenie Bruegla, przerwał mielenie. Człowiek z prawdziwą przyjemnością doszukuje się tu całego łańcucha symboli – jest w tym magia.

Jak wspomniałam na początku, Młyn i krzyż śmiało może robić światową karierę – i zresztą zdaje się, że robi. Nawet premierę w Polsce miał z opóźnieniem. Myślę, że warto zapoznać się z tym obrazem – mówię „obrazem” z całą świadomością, bo właściwie z tym widz ma do czynienia. Określenie to bardziej pasuje niż „film”. Jest piękny, ma świetne niektóre sceny, ma doskonałego Rutgera Hauera. Właściwie to mi wystarczy, żebym oceniła Młyn i krzyż jako bardzo dobry, czyli okrągłe 8/10. A być może fascynaci malarstwa znaleźliby tu dla siebie jeszcze więcej?









Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...