poniedziałek, 29 listopada 2010

ZaFraapowana filmami (36) - "Czarny Korsarz"


Czarny Korsarz - okładka
Jeśli Fraa miałaby wymieniać ulubione rodzaje fil... [tu Fraa poszła ponawalać kijem od szczotki w sufit, może w końcu Murzyn przestanie podskakiwać tak, że drżą wszystkie ściany (...) o proszę, przestał. Jeśli ktoś z Państwa zastanawia się, co kawiarka chciałaby na święta – Fraa podpowiada: dubeltówkę] … Jeszcze raz.

Jeśli Fraa miałaby wymieniać ulubione rodzaje filmów, bez wątpienia na pierwszym miejscu obok westernów musiałyby się pojawić opowieści o piratach. Dlatego też jeśli coś ma tytuł Czarny Korsarz (Il Corsaro Nero), kawiarka nie mogłaby odpuścić i tego nie obejrzeć.
Na film z 1976 roku w reżyserii Sergia Sollimy można patrzeć dwojako: jak na klasyczny, prześmieszny kicz albo jak na porządny film o piratach. Ale przyjmowanie go na serio może skończyć się dużym niesmakiem.
Po kolei.

Zacząć może należałoby od tego, że ta akurat wersja na DVD nie jest zbyt dobra. Po pierwsze, nie ma możliwości wyboru języka, menu składa się wyłącznie z wyboru scen i z przycisku „start”. Jedyna słuszna opcja: lektor. Na szczęście lektor nie wywołuje bólu zębów, tym niemniej początkowo Fraa myślała, że drugi raz obejrzy Czarnego Korsarza w oryginale, tak coby włoski poćwiczyć, tymczasem tutaj psikus. Drugą kwestią jest fatalna, naprawdę fatalna jakość obrazu. Kawiarka rozumie, że to lata siedemdziesiąte, ale w Wielkiej Kolekcji Westernów dużo starsze produkcje wyglądają jednak lepiej. Czarny Korsarz sprawia wrażenie, jakby był zgrany z YouTube. To nie jest wersja zremasterowana, co to to nie.

Fabuła:
Niejaki książę van Gould (Mel Ferrer) wymordował rodzinę trzech braci: Czarnego, Czerwonego i Zielonego Korsarza. Ci poprzysięgli mu zemstę. Pech chciał, że kiedy dochodzi do wyczekiwanego spotkania z wrogiem, na scenie są tylko Czerwony i Zielony Korsarz. Van Gould zabija ich podstępnie, tym samym jeszcze bardziej narażając się najstarszemu z braci. Tytułowy bohater (Kabir Bedi) rusza w pościg za księciem, ale po drodze się zakochuje w pięknej Honoracie (Carole André) – jak się szybko okazuje, córce księcia – i jego chęć zemsty jakoś tak przygasa. Jest jednak związany przysięgą, toteż kontynuuje misję. W tak zwanym międzyczasie nawiązuje jeszcze współpracę z niejakim Morganem (Angelo Infanti), Anglikiem.

kadr z filmu Czarny Korsarz
Skoro już Fraa wspomniała o Morganie, od tego zacznie: od historii. Kawiarka próbowała umiejscowić w czasie akcję filmu i przyznać musi, że poniosła porażkę. Jeśli założyć, że Morgan jest istotnie tym Morganem (a to się właściwie samo nasuwa – trudno uwierzyć, żeby filmowy pirat nosił nazwisko jednego z najsłynniejszych korsarzy w historii przez zbieg okoliczności), to wychodziłyby okolice roku 1658 – wtedy to Henry Morgan miał zacząć korsarską karierę, a w filmie ten właśnie moment został ukazany: bohater jest jeszcze nieznany, ale pracuje nad tym. Fakt, że piraci rezydują na Tortudze, w pełni wpasowuje się w tę datę. Psuje koncepcję natomiast bandera Czarnego Korsarza: tak jak zresztą w Piratach z Karaibów, bohater posługuje się jolly rogerem jednej z większych pirackich safanduł, Calico Jacka. Na zdjęciu może to być słabo widoczne, w ogóle było to słabo widoczne przez wzgląd na – wspomnianą wcześniej – fatalną jakość obrazu, ale dało radę rozpoznać.
Rzecz w tym, że kiedy Henry Morgan piął się w korsarskim cursus honorum, Jacka Rackhama nie było jeszcze w błysku w oku listonosza. Kiedy zaś Calico Jack przyszedł na świat, na Tortudze nie było już ani jednego pirata. Tak więc ta akurat bandera znalazła się wybitnie nie na swoim miejscu i czasie.

Fraa musi przyznać, że nie lubi czegoś takiego. Jeśli już serwuje się widzowi historię fikcyjnego pirata, to niechże on ma fikcyjnego jolly rogera, a nie jakiś podchwycony z rzeczywistości wzór. Bandera to ważna rzecz. Wizytówka, tylko większa. I powiewa. Podbieranie wizytówek historycznym kapitanom razi. Przynajmniej kawiarkę.

Jest oczywiście jeszcze jedna rzecz, która razi – radosne mieszanie pojęć „korsarz” i „pirat”. Wygląda na to, jakby w Czarnym Korsarzu to pierwsze określenie było używane jako doskonały odpowiednik drugiego, tylko fajniej brzmiący. I to nie tylko w polskim tłumaczeniu – niestety, w oryginale te słowa również są używane wymiennie bez żadnej refleksji. Tak więc pierwsza rzecz, o której należy pamiętać: Czarny Korsarz wcale nie był korsarzem. Był piratem.

Ale Fraa tu się rozwodzi nad historycznymi grzmotami, a tymczasem film to przecież coś więcej.
Sama fabuła nie byłaby gorsza od wielu innych. Kapitan chcący pomścić braci – nie ma sprawy, kawiarka to kupuje bez mrugnięcia. Natomiast sami bohaterowie wołają o pomstę do nieba. Książę van Gould, żeby nie było wątpliwości, kto tu jest postacią negatywną, gra nieczysto. Zabija podstępem, strzela do ludzi uzbrojonych jeno w szpady. Cała reszta jest do bólu uczciwa i sprawiedliwa – zarówno piraci, jak i szlachcice czy służący. Nad bohaterami wciąż i nieustająco wisi kodeks honorowy, którego każdy, oprócz oczywiście van Goulda, przestrzega bez mrugnięcia. Przy tym wszyscy, bez wyjątku, zdecydowanie za dużo ględzą.
Podczas pogrzebu braci tytułowy bohater sadzi taką przemowę, że wszystkie kończyny więdną. Czysty patos bez ani grama sensu. Oto więc na tle czarnego, nocnego nieba stoi Czarny Korsarz (swoją drogą, Fraa na dziedziczeniu zna się tak średnio, ale jednak to wygląda zabawnie, kiedy jeden z braci jest płomiennorudy, drugi to blondyn, a trzeci wygląda, jakby się urwał z Bollywoodu...) oddaje duszę samemu szatanowi i poprzysięga zemstę, a jeśli jej nie dopełni, to niechaj morze pochłonie jego statek, a jego kości obgryzą koniki morskie... Nie, wróć. Koników morskich nie było. To przez Ulva.
Przed i po upojnej nocy z ukochaną Emilio znów popada w ten słowotok. Zresztą, Honorata nie pozostaje mu dłużna, w wyniku czego widz może podziwiać najbardziej odrealniony, kiczowaty i patetyczny do urzygu romans ever.
Jeśli mowa o sztuczności bohaterów, to niestety, trzeba też wspomnieć Indiance, Yarze (Sonja Jeannine). Jest to absolutnie najmniej przekonująca Indianka, jaką Fraa widziała. Począwszy od wyglądu, a skończywszy na wyjątkowo biegłym, jak na dzikuskę, posługiwaniu się językiem włoskim. Swoją drogą – czy to nie dziwne, że zawsze jak jest wybita wioska Indian, jedyna osoba, której udaje się przeżyć, to seksowna, młoda dziewoja?
Fraa już zupełnie pominie długie, rozpuszczone włosy Indianki. Wszyscy wiedzą, że nic tak nie podnosi efektywności pracy na statku, jak wkręcające się w każdą linę włosy.

Zresztą, kawiarka tak naprawdę wykazuje się nadmiernym optymizmem pisząc o pracy na statku. Jakiej pracy? Jeśliby na podstawie Czarnego Korsarza kształtować swoje wyobrażenie o życiu piratów, ba!, w ogóle marynarzy, otrzymałoby się obraz zgrai wesołków, którzy trzymają się oczywiście wspomnianego już kodeksu honorowego, dużo wiwatują, a w przerwach tańcują na pokładzie. I to trzeźwi jak świnie, ma się rozumieć. Szczerze mówiąc, więcej realizmu można by doszukać się w Piratach z Karaibów.

Fraa wspomniałaby jeszcze o traktowaniu widza jak kretyna i opowiadaniu przez bohaterów każdego elementu, który mógłby nosić jakieś znamiona intrygi, ale nie kopie się leżącego...

Kawiarka nie potrafi wyłuskać z filmu jakichś niezliczonych zalet, które miałyby zrekompensować wszystkie mankamenty, poza jedną: całość jest śmieszna. Śmieszna w swojej kiczowatości, w patosie; w tym, że jedyny główny bohater, który nie jest Włochem (Anglik Morgan – nota bene ulubiony kawiarczy bohater w całym filmie, wyjątkowo nie plecie trzy po trzy i nie jest baranem) jest grany przez jedynego aktora pierwszoplanowego, który jest Włochem (wśród pozostałych trafi się Francuzka, Amerykanin czy Hindus).
Na szczęście Fraa czegoś takiego się spodziewała – w końcu to nie jedyny film o piratach, który tak bardzo rozjeżdża się z rzeczywistością. Jeśli tylko podejść do tego dzieła z dystansem, oglądanie może dać sporą frajdę. Bez dystansu... nie warto się męczyć.
Ostatecznie – kawiarka powiedziałaby, że film jest słaby, ale ze względu na jego przezabawność podniesie ocenę o dwa punkciki.


5/10







Patrzyłem na ciebie i mówiłem sobie: „Zdobyłem wszystko, o czym marzyłem, ale ta kobieta nigdy nie będzie moja”. Tymczasem to ciebie pragnę z całego serca.
Nawet nie wiesz, ile razy powtarzałam sobie, że jesteś zabójcą i piratem. Ale serce szeptało mi: „On jest twoim przeznaczeniem! Najszlachetniejszym, najdzielniejszym człowiekiem, jakiego kiedykolwiek w życiu możesz spotkać”. Próbowałam uciec, ale serce ciągle krzyczało: „Biegnij do niego! Obejmij go i ucałuj! Bo on się nie ośmieli”.
Byłoby lepiej, gdybyś uciekła. Wybacz mi i zapomnij. Nie możemy być razem. Złożyłem przysięgę i dlatego muszę być sam. Błagam cię, odejdź.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...