sobota, 20 listopada 2010

Fraa w czytelni (21) - "Galeria złamanych piór"

W swoim czasie Fraa czytała i prezentowała na poprzednim blogu książkę Kinga Jak pisać. Pamiętnik rzemieślnika. Teraz kawiarka sięgnęła po coś pokrewnego, tylko że polskiego autorstwa.

Feliks W. Kres
Galeria złamanych piór


No dobrze, bez przesady. Fraa nie będzie ukrywać, że w tym przypadku to wygląda raczej tak:
Feliks W. Kres, Galeria złamanych piór (kserokopia)
  • Autor: Feliks W. Kres
  • Tytuł: Galeria złamanych piór
  • Miejsce i rok wydania: Lublin 2005
  • Wydawca: Fabryka Słów
  • Plamy na kserówce: czerwone wino, chyba półwytrawna albo półsłodka Varna 1444



Fraa właściwie zawsze była sceptycznie nastawiona do podręczników pisania. Nie wierzy w żadne 100 i 1 wskazówek jak napisać bestseller. Tym niemniej, jeśli wszystkie poradniki dla próbujących się wybić grafomanów miałyby tak wyglądać – to Fraa jest za.

Co tu dużo mówić – książka jest świetna.

Podstawową różnicą między Kingiem a Kresem jest to, że u tego pierwszego to istotnie był pamiętnik: opowiastki, jak to z ubogiego dzieciaka wyrósł pisarz, jakimi posługiwał się technikami, co mu pomagało, a co przeszkadzało. Tymczasem w Galerii... nic z tych rzeczy. Czytelnik nie znajdzie osobistych wynurzeń z lat chłopięcych Kresa.
I tu należy wyjść od tego, co się właściwie składa na tę książkę.

Galeria złamanych piór dzieli się na trzy części:
  1. Kącik złamanych piór
  2. Galerię osobliwości
  3. Przyganiał kocioł garnkowi – albo czy to prawda, że szewc bez butów chodzi


Wtajemniczonym zapewne dwa pierwsze tytuły mogą wiele powiedzieć.
W tym miejscu Fraa musi wyjaśnić, że Feliks W. Kres na przełomie tysiącleci prowadził rubrykę w Feniksie, w której to rubryce starał się wskazywać drogę początkującym autorom. Robił to za pomocą krótkich felietonów oraz – jeszcze krótszych, w końcu to tylko rubryka w czasopiśmie, a nie samodzielna publikacja – porad kierowanych bezpośrednio do poszczególnych osób, które nadsyłały mu próbki swoich tekstów. To właśnie był Kącik złamanych piór, zamknięty i okłódkowany w 2001 roku.

Okazało się jednak, że popyt na tego typu rubrykę jest doprawdy imponujący i rok później, tym razem w Science Fiction, Kres podjął się prowadzenia Galerii osobliwości – polegającej mniej-więcej na tym co Kącik...

To właśnie z tych felietonów z Feniksa i Science Fiction pochodzą teksty, które zasiliły dwa pierwsze rozdziały Galerii złamanych piór.
Jak sam Kres napisał w przedmowie, tak naprawdę nigdy nie planował wydania czegoś takiego. Inicjatywa nie wypłynęła od niego. Nawet jeśli to prawda, Fraa i tak się cieszy, że w ogóle ktoś wpadł na pomysł zbiorczego wydania Kresowych porad. Rzecz w tym, że kawiarka nie czytała ani Feniksa, ani Science Fiction. W okolicach lat 1999-2002 była młodym dziewczęciem, które co prawda od dawien dawna już bawiło się w pisanie, ale nie miało pojęcia o istnieniu tego typu czasopism. Toteż obecność książki, która byłaby wyciągiem z tych felietonów, okazała się zbawienna.

Feliks W. Kres, w przeciwieństwie do Kinga, nie prezentuje wszystkich swoich metod pisarskich. Owszem, czasem coś się przewinie, ale to niejako przy okazji. Polski autor koncentruje się na wskazaniu przede wszystkim jak nie należy pisać. Na przykładach wziętych z tekstów nadesłanych przez spragnionych porad czytelników, Kres pokazuje, żeby nie przekombinować z cudacznymi, wewnętrznie sprzecznymi metaforami, żeby nie porywać się na pisanie o rzeczach, o których nie ma się pojęcia, żeby nie oczekiwać, że od razu będzie idealnie etc. W sugestiach pozytywnych (czyli tych mówiących co robić, a nie czego unikać) znajdują się natomiast wskazówki, które właściwie pokrywają się z radami Kinga w Pamiętniku rzemieślnika.
Kres również, tak jak i King, wierzy w pisarza-Rzemieślnika. W ogóle polski autor prezentuje w Galerii... swój pogląd na pisarzy dzieląc ich na kategorie: Artysta (ten, który przelewa na papier pianie duszy swojej), Rzemieślnik (ten, który do tego maleńkiego procentu talentu dorzuca ogrom pracy), a później pojawia się trzecia grupa – Gracze (gracze RPG, którym się wydaje, że sesja w warmłotka i powieść to mniej-więcej to samo, z czego wynika dość specyficzny styl pisania przez tychże).
Kres jest zwolennikiem Rzemieślników. Fraa, szczerze mówiąc, również, więc tutaj nastąpiło z kawiarczej strony pełne zrozumienie. Jako że King także przedstawia się jako Rzemieślnik, między tymi dwoma autorami i ubogą duchem kawiarką istnieje pewna zgodność co do niektórych elementów pisarstwa, jak choćby przykładanie dużej wagi do poprawności gramatycznej (czyli: najpierw naucz się chodzić, a dopiero potem startuj w maratonie) czy do znajomości tematu, na jaki się pisze (czyli: nie bierz się za pisanie o czymś, o czym nie masz bladego pojęcia – pisanie to tak naprawdę w większości czytanie).

Niewątpliwą zaletą Galerii... jest fakt, że jej autor to Polak. Toteż jego sugestie odnośnie języka są siłą rzeczy dużo bardziej adekwatne do zainteresowań kawiarki, niż gramatyczno-stylistyczne porady Kinga.

Część trzecia książki to trzy opowiadania samego Feliksa W. Kresa – przed korektą, w stanie surowym. Ku przestrodze, a może ku pokrzepieniu, co kto woli. Czytelnik może się dzięki ich lekturze przekonać, w jakim stopniu Kres jest wierny dekalogowi Kresa.

Fraa miała – i ma nadal, bo to książka, którą można zgłębiać dowolnie długo i dowolnie często – wiele radości czytając Galerię złamanych piór. Felietony są pisane lekko i z humorem, bez wymądrzania się i przyjmowania postawy Nauczyciela i Mistrza, który by oddzielił światło od ciemności, że tak kawiarka pozwoli sobie na parafrazę. Toteż Fraa rechotała nad lekturą niczym surykatka na speedzie nie raz i nie dwa.
A tak naprawdę ogromnym plusem posługiwania się nie oryginalną książką, ale kserówką jest to, że można bez ograniczeń bazgrać na marginesach i podkreślać. Kawiarcza Galeria... jest więc calutka pomazana, a Fraa czuje się nadzwyczaj podbudowana, że w teorii byłaby świetną pisarką, skoro tok jej myślenia jest niemal identyczny z Kresowym i Kingowym. Przeciągnąć to jeszcze na praktykę i voilà! Szukajcie Państwo bestsellera kawiarki na księgarnianych półkach.

10/10







Oddaję w Twoje ręce książkę wyjątkową – i to wyjątkową co się zowie, jest to bowiem dzieło bez sensu, tak przynajmniej mi się wydaje. Jednak jego wyjątkowość nie polega na tym, że jest bez sensu; toż dzieł spełniających ten warunek można znaleźć w księgarniach całe mnóstwo. Chodzi o to, że nigdy nie nosiłem się z zamiarem publikowania tych tu felietonów w formie książkowej i spokojnie siedziałem na tyłku, aż naraz przyszedł do mnie facet mający, tak na oko, wszystkie klepki na swoim miejscu i powiedział: „Zróbmy z tego zbiór”.

piątek, 19 listopada 2010

Exodos



I powiedziała Fraa: „Niech się stanie blog!” i widziała, że to było takie se. Następnie Fraa powiedziała: „Niech się stanie drugi blog!”. Przez chwilę popatrzyła na Drugiego Bloga, a widziała, że to było dobre.




Hevi właściwie nieświadomie prawie zgadła.

Kawiarka ZaFraapowana – reaktywacja.



Do widzenia na nowych śmieciach.
Pozdrowienia,
Fraa




Closed

Namiary na kawiarczy blox

Żeby nie przerywać ciągłości, Fraa postanowiła dodać linka do starego bloga w jakimś widocznym miejscu. Miejscem tym jest zakładka u góry strony („Kawiarka ZaFraapowana (blox)”). Dopiero dziś Fraa została uświadomiona, że nie każdy może wiedzieć o co chodzi, a jak ktoś nie wie i hasło „blox” niewiele mu powie, to może w to klikać w dobrej wierze, ufając, że link ten przeniesie po prostu na stronę główną.
Otóż nie. 
On przeniesie na starego bloga.


Tyle kwestii formalnych.



EDIT: Fraa znalazła dużo lepsze miejsce na linka - u dołu strony. W końcu tam (na starym blogu) nic się już nie zmieni, więc nie trzeba tego aż tak eksponować.

Wielka Kolekcja Westernów (I.5) - "Powieście go wysoko"

Oto będzie pierwszy wpis na nowych śmieciach.
Zanim Fraa przejdzie do właściwego tematu, słówko wyjaśnienia: tytuły notek – westerny zostały eksmitowane z kategorii Film. Pierwsza kolekcja liczy sobie trzydzieści dwa tomy, druga będzie liczyła ich dwadzieścia jeden (i Fraa przypuszcza, że pojawią się odcinki dodatkowe). To zasługuje na oddzielną etykietę.

Aha – zupełnie na marginesie: Fraa dorobiła się zarówno kalendarza, jak i favicony. W związku z tym, odpadły dwa minusy blogspota (czyli zostały tylko etykiety, które są bardziej marudzeniem dla marudzenia, niż istotnym problemem), co coraz bardziej przekonuje kawiarkę do tego nowego kąta.
Ale do rzeczy.

Wielka Kolekcja Westernów - tom 5.
Piąty tom Wielkiej Kolekcji Westernów to produkcja z 1968 roku, w reżyserii Teda Posta (którego pozostałych dzieł Fraa, niestety, nie kojarzy, za wyjątkiem dwóch filmów z udziałem fantastycznego porucznika Columbo): Powieście go wysoko (Hang'em High).
Kilka słów o wydaniu kolekcjonerskim: pierwszy rozdział książeczki poświęcony został sposobowi, w jaki film łączy stare, hollywoodzkie westerny o czarno-białym poglądzie na świat, z pogłębionymi psychologicznie, mniej oczywistymi dziełami Włochów. Zresztą, na siódmej stronie książeczki można przeczytać:
"Jednocześnie z tego twórczego chaosu wyszła doskonała, pozbawiona nihilizmu zarzucanego włoskim obrazom i zbyt oczywistych przesłań moralnych, tak charakterystycznych dla tradycyjnych westernów."
W drugim rozdziale mowa jest o tym, jak w rzeczywistości wyglądało życie rabusiów po wojnie secesyjnej. Znajdzie się więc nieco informacji o osadach górniczych, spędach bydła, szulerach, kieszonkowcach i starciach stróżów prawa z bandytami (tu pojawia się przykład strzelaniny w Tombstone, o której Fraa na marginesie może powiedzieć tyle, że została ujęta co najmniej w dwóch filmach, o których kawiarka zresztą w swoim czasie napisze). Można też przeczytać o jednym z ciekawszych przestępców: Rosyjskim Billu.
Ostatni rozdział, poświęcony ekipie filmowej, zawiera wiadomości dotyczące Eastwooda, Stevens, Posta, Hingle'a, Begley'a, Johnsona i Hoppera, co tak naprawdę jest nader liczną grupą w porównaniu z innymi filmami z kolekcji.
Tutaj Fraa musi wyjaśnić, że dla niej najciekawszy jest zawsze rozdział środkowy, historyczny. W przypadku Powieście go wysoko istotnie zainteresował on kawiarkę, bo nakierował na pewne fajne wątki, które Fraa z przyjemnością zbada dokładniej w późniejszym terminie.

kadr z filmu Hang'em High: Cooper i Fenton
W filmie Hang'em High widz poznaje losy Jeda Coopera (Clint Eastwood), który padł ofiarą linczu za kradzież bydła, której w żadnym razie się nie dopuścił. Jednakże ludzie winni linczu nie do końca się popisali, bo Cooperowi udało się przeżyć. A skoro tak, to wieszający go panowie już mogą odliczać dni do własnej śmierci, czyż nie?

Sam motyw bohatera typu „zabili go i uciekł” może nie lśni oryginalnością, ale tutaj naprawdę jest to bardzo przyjemnie pokazane. No dobrze, część tej przyjemności to niewątpliwa zasługa Eastwooda, który znów wciela się w małomównego twardziela. Jednak, żeby nie było niedomówień: w żadnym razie nie jest to ta sama szufladka, co jego role u Sergia Leone. Tym razem widz nie ma do czynienia z przybywającym znikąd, ćmiącym cygaro rewolwerowcem, który w swojej „dobroci” będzie kradł i zabijał, ale z byłym stróżem prawa, szanowanym obywatelem, którego imię i nazwisko są dobrze znane. Cały psikus polega na tym, że – parafrazując słowa Tuco z Dobrego, Złego i Brzydkiegowhoever hang him and leaves him alive, he understands nothing about Cooper. Nothing!

Ale Eastwood nie jest jedynym elementem sprawiającym, że Powieście go wysoko różni się od tradycyjnego amerykańskiego westernu.
Film w dużej mierze dotyka problemu kary śmierci. I, co najmiodniejsze, robi to w sposób subtelny, bez nachalnego moralizatorstwa. Nie dając tak naprawdę gotowej odpowiedzi, jedynie skłania do zastanowienia nad tym zagadnieniem.
Dzięki temu widz dostaje nie prostą strzelankę, ale film bardzo serio poruszający istotną kwestię, można by się pokusić o twierdzenie, że film mądry. Ale Fraa nie chce popadać tu w zbytnią egzaltację.

Natomiast czymś, co zdecydowanie odróżnia Powieście go wysoko od dzieł Sergia Leone, w których wcześniej pojawiał się Eastwood, jest rozbudowana rola kobiety. Rachel Warren (Inger Stevens) żyje w forcie, w którym rządy sprawuje okrutny sędzia Adam Fenton (Pat Hingle), i uważnie przygląda się wszystkim przywożonym więźniom w poszukiwaniu kogoś konkretnego. Do tego właśnie fortu po niefortunnym linczu przybywa Cooper – w jednym z transportów z przestępcami. Oboje siłą rzeczy więc się spotkają. Jest to dość specyficzne „krzyżowanie się losów” bohaterów, jako że ani Jed ze swoją małomównością i nieprzystępnością, ani Rachel ze swoją obsesją i tajemnicą nie są skorzy do wzajemnych wyznań przy wódce, ale jednak coś jest na rzeczy.

Skoro już Fraa napomknęła o Fentonie, warto wspomnieć, że bohater ten jest wzorowany na rzeczywistym pierwowzorze, Isaacu Parkerze, znanym jako „Wieszający Sędzia”, który w 1868 roku został sędzią. Kawiarka musi przyznać, że Adam Fenton to postać niezwykła. Z jednej strony widz obserwuje jego bezwzględne metody, obserwuje skazywanie na śmierć młodych chłopców, którzy popełnili błąd. Z drugiej jednak strony, Fenton broni się w rozmowach z Cooperem w taki sposób, że trudno odmówić mu racji i nie współczuć. Hingle fantastycznie pokazał dramat sędziego, który w niespokojnych czasach ma pod swoją jurysdykcją zdecydowanie za duże terytorium przy zbyt małej liczbie zastępców, pokazał jego wewnętrzne rozterki. Gdyby nie to, że Coopera zagrał Eastwood, Fraa stwierdziłaby, że sędzia Adam Fenton jest zdecydowanie najciekawszym bohaterem filmu.

Muzykę też można swobodnie zaliczyć do atutów tej produkcji – co prawda nie jest to już Morricone, ale Dominic Frontiere również odwalił kawał dobrej roboty, a jeśli tylko ktoś w ogóle rozeznaje się w muzyce westernowej, to z całą pewnością zna to:




Film, niestety, nie jest jednak aż tak miodny, jak mógłby być. Po obejrzeniu go Fraa miała wrażenie, jakby był pomysł, zaczęto ten pomysł realizować... i zrezygnowano w połowie. Wątki jakoś dziwnie się urywają. Mimo poświęcenia im naprawdę długich scen, nic z nich ostatecznie nie wynika, jakby ktoś stwierdził, że właściwie to dalej nie ma sensu i kończy tę zabawę. Kawiarka myśli, że z Powieście go wysoko dałoby się wycisnąć więcej i bardziej.


Dlatego tylko 9/10.



czwartek, 18 listopada 2010

Powitanie - reaktywacja

Teraz należy ładnie dygnąć i powiedzieć „dzień dobry”. Toteż Fraa mówi.
Dzień dobry.

Tak naprawdę „dzień dobry” po raz drugi, stąd mowa o reaktywacji.

Otóż sprawy mają się tak:

Fraa kontynuuje swoją blogaskową wędrówkę. Poprzednia przeprowadzka miała miejsce co prawda w obrębie blox.pl, jednak tym razem kawiarka uznała, że zdecydowanie należy zmienić lokum. Przynajmniej na razie nie może być mowy o stronie ambitniejszej niż blog, następuje więc próba zaprzyjaźnienia się z blogspotem.

Pierwsze wrażenie jest całkiem pozytywne – szczególnie Fraa polubiła przyjazny dla niekumatego użytkownika panel do edycji wyglądu bloga. Ale i inne opcje można wygodnie zmieniać, choćby sposób wyświetlania komentarzy, czego nie dało się modyfikować na blox.pl. No i nie ma problemów z tym, żeby obrazek w nagłówku był jednocześnie linkiem.

Nieco szkoda przerywać ciągłość, ale z drugiej strony nie ma sensu męczyć się w miejscu, które do końca nie spełnia kawiarczych wymogów. Fakt, tutaj też nie jest aż tak cukierkowo: archiwum wyświetla się jedynie w formie listy, a nie ma dostępnego kalendarza, który Fraa zdecydowanie preferuje. Nie można (a jeśli można, to Fraa jeszcze nie wie jak) zmienić favicony, nad czym kawiarka ubolewa, bo bardzo lubiła własnoręcznie narysowane ziarenko kawy, które wyglądało jak półdupek. Tutaj, niestety, jest jakieś trywialne "B" na pomarańczowym tle. O ile kawiarka zauważyła, nie ma kategorii - są jedynie etykiety. Fraa jeszcze do końca nie wie o co chodzi, ale przypuszcza, że to odpowiednik bloxowych tagów. To akurat nie jest wielkim mankamentem, raczej kwestią przyzwyczajenia.
Co najsmutniejsze, adres fraa.blogspot.com był już zajęty.

Ale Fraa liczy na to, że do archiwum też się przyzwyczai, faviconę przeboleje, a adres... no trudno, trudno.


(EDIT: Weheee, faviconę można zmienić!)

środa, 17 listopada 2010

Wielka Kolekcja Westernów (I.4) - "Za kilka dolarów więcej"

Czas wrócić do Wielkiej Kolekcji Westernów, bo dawno nie było. A przecież czeka jeszcze masa tytułów, w tym kolejne spod znaku Sergio Leone.

Za kilka dolarow wiecej
Czwarta część kolekcji to właśnie jedno z dzieł tego mistrza spaghetti westernu: Za kilka dolarów więcej (Per qualche dollare in più). Jest to druga część „trylogii dolara”, o której Fraa już wspominała przy okazji tytułu Dobry, Zły i Brzydki. Widz po raz kolejny ma przyjemność śledzić losy Bezimiennego (Clint Eastwood) oraz... no tak, oraz kogoś odgrywanego przez Lee Van Cleefa – tym razem jest to pułkownik Mortimer, tak jak w Za garść dolarów

Ale po kolei: 
Rozdział pierwszy dołączonej książeczki zapoznaje czytelnika z historią powstania filmu. Tak więc jest na przykład krótka notka o tym, że zaproszeni przez Eastwooda przyjaciele obejrzeli po raz pierwszy Za garść dolarów po włosku i, choć ni w ząb nie rozumieli dialogów, to film tak im się spodobał, że Eastwood od razu zgodził się na udział w produkcji sequelu, czyli właśnie Za kilka dolarów więcej.
Podkreślono też różnicę między westernami Leone a tradycyjnymi, hollywoodzkimi filmami z tego gatunku, jak również podano parę ciekawostek dotyczących czy to postaci z „trylogii dolara”, czy to miasteczek, w których rozgrywa się akcja. 
Ogółem rozdzialik ten jest naprawdę całkiem interesujący. 
Dalej następuje część historyczna – tym razem czytelnik dostaje zarys dziejów telegrafu i telefonu. Co prawda to zagadnienie nie jest dla Za kilka dolarów więcej jakieś kluczowe, no ale gdyby chcieć opisywać pod kątem historycznym same najistotniejsze elementy filmu, mogłoby nie starczyć materiału na trzydzieści książeczek – ileż można pisać o koniach, coltach i kapeluszach?
Ostatni rozdział to standardowy zbiór wiadomości o ekipie: Clint Eastwood, Lee Van Cleef, Sergio Leone, Klaus Kinski, Ennio Morricone. Tu więc żadnych zaskoczeń. 

Per qualche dollaro in piu
No a sam film?
Fraa myśli, że powściągliwe „Genialny! Fantastyczny! Yay!” będzie całkiem nieźle oddawało jej stosunek do produkcji Za kilka dolarów więcej.
Widz poznaje dwóch, wspomnianych już wcześniej, łowców nagród, pułkownika Mortimera i – a jakże! – Bezimiennego, jak również groźnego przestępcę, El Indio (Gian Maria Volontè). Pozornie fabuła jest prosta: pułkownik i Bezimienny ścigają tego samego człowieka, więc – co jest dość logiczne – łączą siły, bo przecież lepiej już współpracować, niż wchodzić sobie w paradę. Zaczyna się obława na El Indio, który ma swoją bandę i w żadnym razie nie przypomina zaszczutej zwierzyny.
Trudno tak naprawdę napisać o tym filmie coś, czego nie powiedziałoby się już przy okazji poprzedniego wpisu o spaghetti westernie z kolekcji. Jak to u Leone, widz dostaje solidną dawkę zbliżeń na oczy i dłonie, bohaterów o szemranej moralności i świat, w którym praktycznie nie ma kobiet. Jeśli są, to tylko po to, żeby krzyknąć i zginąć. Opcjonalnie mogą być przedtem zgwałcone.
Rzeczony widz dostaje też porywającą (długą, to prawda, ale to i tak jeszcze nie jest aż taki hardkor, do jakich zdolny był Sergio Leone) scenę pojedynku.
A więc cały ten wciągający, choć może z lekka pesymistyczny świat, jaki włoski reżyser wykreował w swoich westernach. Świat, w którym nawet dobrzy są dobrzy tylko dlatego, że tak akurat im się opłaca – w końcu tytuł mówi sam za siebie. Wszystko kręci się wokół pieniędzy: Bezimienny i pułkownik chcą nagrodę za głowę El Indio, a El Indio chce złoto z banku.
Jest to zresztą wizja ponadczasowa, bądź co bądź powiedzenie „Jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze.” funkcjonuje i ma się nieźle.

Bohaterowie są znowu zapadający w pamięć, ze swoimi mrocznymi tajemnicami i śmiercionośnymi coltami w kaburach. Są bezwzględni i nieustępliwi, nie zawahają się zabijać i oszukiwać – nawet ci, którzy uchodzą za „tych dobrych” – żeby osiągnąć cel. Nie wspominając już o strzelaniu do siebie nawzajem w dobrych intencjach.
Takich mężczyzn niezmiennie pokazywał Leone w swoim Dzikim Zachodzie.

Kawiarkę ponadto zawsze bawi powtarzalność elementów w „trylogii dolara”. W Dobrym, Złym i Brzydkim Angel Eye pyta na początku o niejakiego Bakera. W Za kilka dolarów więcej z kolei staruszek zwany Wyrocznią opowiada o jakimś Bakerze, który sprzedał swoją ziemię kolejom. Są też oczywistości takie jak ponczo Bezimiennego, jak również spora część obsady – i nie chodzi tu tylko o głównych bohaterów. Na przykład Mario Brega, odtwarzający rolę Nino, jednego z bandy El Indio, rok później wcielił się w jankeskiego sierżanta na rozkazach Angel Eye (zresztą, rok wcześniej z kolei pojawił się w Za garść dolarów...). Luigi Pistilli, który zagrał Groce, najbardziej zaufanego człowieka El Indio, w Dobrym, Złym i Brzydkim jest bratem Tuco. I tak dalej, tego typu przykładów jest mnóstwo.

Oczywiście nie byłoby „trylogii dolara” bez muzyki Morricone.





Choć tym razem paradoksalnie to nie tak zwany „main theme” jest najbardziej wyeksponowany, jeśli chodzi o ścieżkę dźwiękową, ale melodia z pewnej pozytywki. To ona kawiarce kojarzy się najmocniej z filmem, powtarza się od początku do końca jak refren i jest mocno powiązana ze stopniowym wyjawianiem historii bohaterów. Chociaż Fraa musi przyznać, że mimo wielokrotnego oglądania Za kilka dolarów więcej, do końca nigdy nie nadążyła za tą historią i zrozumiała całość dopiero wtedy, gdy przypadkiem zaczęła przeglądać filmografię losowo wybranych aktorów, którzy się pojawili w tej produkcji. Najpewniej wystarczyłoby oczywiście obejrzeć listę płac, gdzie wszystkie postacie byłyby wymienione nieco bardziej konkretnie, bo z samego filmu Fraa, niestety, nie odczytała poprawnie ich „statusu”.
Teraz jednak kawiarka już wszystko rozumie, a Za kilka dolarów więcej podskoczyło w prywatnym kawiarczym rankingu jeszcze bardziej – o ile to w ogóle możliwe. 

Fraa nie poleca. Bo to nie jest film, który ogląda się na zasadzie „ktoś mi polecił, za bardzo nie wiem co to, ale pewnie będą strzelać” – to film, który zasługuje na to, żeby się nim delektować. A żeby się delektować, trzeba chyba jednak sięgnąć po niego z własnej woli, a nie wiedzionym cudzymi polecankami.







– I don't know him!
– Come on, now, you know everybody.
– I don't know anybody anymore! I'm dead! Understand? Well, there was a time when I knew everybody. That was a long time ago when all this was prairie. In these days everybody's in a hurry. That's right... with your damned good-for-nothing trains! Disgusting! One day, someone from the railroad comes here to see me. He says: „Prophet, the railway's gonna go right past your house”. „Is that so?” I said. „Yep, that right”, he says. „All those trains gonna go right past here. The best thing for you, Prophet, is sell your land to the company... or else we'll buy Baker's. He lives next to your place, and I'll put the tracks here... and that'll make you go crazy. Will you sell out to our company, Prophet?” – „Oh, is that so?” Says I. He was very anxious for me to sell out. You know what I told him about the railroad?! You know what I told him he could do with his railroad?!


10/10
10 na 10

Organizacyjnie II

Fraa miała dziś rano dodać normalny wpis, ten, który za chwilę doda u góry. Jednakże zanim miała go dodać, postanowiła trochę powalczyć z blogiem jako takim – właściwie planowała to zrobić już dawno, ale okazało się, że gdzieś jej wcięło wszystkie obrazki do stylu (w fazie: „każdy obiekt osobno”; bo zwykłe, płaskie jpg, to mogłaby sobie skopiować z samego bloga). A właściwie nie tyle wcięło, co kawiarka nie skopiowała ich ze starego komputera. I tutaj zwyciężało do tej pory lenistwo: Fraa myślała o tym, że trzeba będzie podpiąć komputer, monitor, klawiaturę, kopiować to wszystko... i momentalnie ochota na roboty blogowe jej przechodziła.
Dziś jednak miało być inaczej. Kawiarka podpięła co trzeba, skopiowała i... i wrzucając upgrejdowane wersje najwyraźniej coś gdzieś klipnęła w szale twórczym, bo nagle cały styl się zresetował. Żeby było śmieszniej, Fraa zauważyła, że w swoim niezmierzonym geniuszu – nie miała na dysku zapisanego kodu tegoż słitaśnego blogaska.
Niby nic złego, jak coś się zrobiło raz, to można przecież to powtórzyć, z tym że Fraa próbowała przywrócić wszystko do normy przez pół dnia i ciągle coś się rozjeżdżało. Ostatecznie jednak cała batalia zakończyła się wielkim zwycięstwem kawiarki, która przypomniała sobie, że dysponuje Tajną Bronią. Potem już poszło gładko, choć Fraa dalej nie ma za bardzo pojęcia, czemu się rozjeżdżało i - tym bardziej - czemu przestało.

Fraa tak naprawdę zaczyna dojrzewać do myśli o stronie. Normalnej stronie, która by miała od początku do końca normalny kod CSS, HTML, EPGP, PKP czy inne HWDP. To nie może być przecież aż tak trudne, a blox czasem dziwnie się zachowuje. Najprawdopodobniej zresztą dużo łatwiej by się pracowało nad czymś od początku stworzonym samodzielnie, niż na przeróbkach cudzych wytworów. 

To jednakże melodia przyszłości. 

Na razie sytuacja przedstawia się następująco: 

  • poprawiona stopka (znaczy się to to na dole, Ulv);
  • tak naprawdę zmieniony też nagłówek, bo Fraa nad ranem bawiła się w fotografowanie kawy – no co, zawsze to większa frajda, jak się ma własną kawę na blogu, niż cudze niewiadomoco. Fraa tylko żałuje, że własnego colta nie ma... a właśnie, pikselowate brzegi coltów udało się nieco wygłaskać;
  • szpalt nie zmienia – częściowo kierując się słowami Ulva, częściowo przez własne lenistwo i nieporadność;
  • może tego nie widać, ale – wbrew pozorom! – Fraa rozjaśniła tło i zmniejszyła jego kontrast. Nie chciała przesadzić, żeby nie dawało po oczach w porównaniu z resztą elementów stylu, no a poza tym Ulv i Zięba nie narzekali, to kawiarka nie chciała, żeby dopiero teraz zaczęli.
  • powiększanie obrazków zostało zmodyfikowane – Fraa nauczyła się dorabiać do nich linki;
  • Fraa wszczęła poszukiwania sposobu na wyświetlanie się tekstu notki podczas komentowania – i, niestety, misja ta zakończyła się fiaskiem;
  • Tomtores będzie sad pandą, ale jego rady (poza wywaleniem w kosmos wyjustowania w bocznej szpalcie) Fraa musiała odłożyć na później – to już wyższa szkoła szydełkowania i kawiarka nie jest jeszcze do czegoś takiego przygotowana psychicznie;
  • od dziś został wprowadzony nowy system punktowania opisywanych produktów, utworów itp. (oczywiście dotyczy to tych notek, które będą coś opisywały - typu film, książkę czy grę).
To by było na tyle kwestii organizacyjnych.


Fraa ma nadzieję, że jakoś to będzie.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...