środa, 22 lipca 2020

"Norsemen" - odsłona trzecia

(źródło)

Mniej-więcej półtora roku temu pisałam o serialu, który polecił mi Ulv, a który koniec końców okazał się fantastyczną, przezabawną odskocznią od – wydaje mi się, że nieco przehajpowanych – Wikingów. Nie pamiętam dokładnie, w którym momencie pojawiło się potwierdzone info o powstawaniu trzeciego sezonu Norsemen, niemniej od tamtego czasu tuptałam ze zniecierpliwieniem w oczekiwaniu tej właśnie magicznej chwili.
No i ta chwila dziś nadeszła.

Zgodnie z zapowiedziami, ten sezon jest prequelem i ukazuje losy Orma (Kåre Conradi) i pozostałych wikingów sprzed wyprawy do Anglii, powrotem z której rozpoczyna się sezon pierwszy. To niesie ze sobą kilka konsekwencji.
Po pierwsze, widz może śledzić losy postaci, które w poprzednich sezonach w tym czy innym momencie zeszły ze sceny – co cieszy, jeśli się te postaci lubiło.
Po drugie, dużo wątków – mniej i bardziej głównych – zostało rozwiniętych i pogłębionych, sporo problemów się wyjaśniło, a działania bohaterów zyskały nowe uzasadnienie.
Po trzecie, ponieważ to prequel, w zasadzie podczas całego seansu (nie oszukujmy się, cały sezon trwa łącznie trzy godziny – to jak którakolwiek część Władcy Pierścieni – ogląda się za jednym posiedzeniem) odpada nam niepokój o bohaterów, no bo w niemal wszystkich przypadkach jesteśmy w stanie ocenić, jak – i czy w ogóle – potoczą się ich losy.

Hund z krukiem (źródło)
Ale w tym wszystkim jest całkiem sporo haczyków. No bo skoro niemal w całości odpadło napięcie wynikające z oczekiwania, co dalej zadzieje się z bohaterami, trzeba było w jakiś inny sposób wzbudzić emocje w widzu. I tak się stało: dostaliśmy sporo więcej osobistych historii i dramatów, momentów nieomal rozczulających, gdyby nie to, że potraktowanych z tym charakterystycznym humorem: dość okrutnym i niezbyt subtelnym. Przez to zresztą bardzo wyraźnie zmienił się nastrój serialu w porównaniu do poprzednich sezonów. Owszem, nadal jest zabawnie i niby lekko, ale, jakby to powiedzieć, ten sezon jest dużo bardziej przykry od poprzednich. Czasem aż by się chciało, żeby tę czy inną postać spotkało wreszcie coś miłego, bo naprawdę robi się ich żal – to coś nowego, bo w poprzednich odsłonach, jakkolwiek czy to Orma, czy choćby Karka (Øystein Martinsen), notorycznie i konsekwentnie spotykały same złe rzeczy, to jednak oglądając po prostu przyjmowało się, że tak już jest. Kark zdawał się całkiem zadowolony ze swojego życia, więc i ja byłam zadowolona, nawet jeśli widziałam, że on nie powinien być tak zadowolony. Z kolei Orm nie wzbudzał żalu, bo bardzo wyraźnie sam sobie zgotował swój los.
W sezonie trzecim właściwie wszystkich spotykają złe rzeczy, które w dużej mierze warunkują bohaterów. Dotyczy to nawet jarla Varga (Jon Øigarden), przemiłego wikinga, którego dotknęła bardzo osobista tragedia. Dotyczy to także nowej w tym serialu postaci, czyli jarla Bjørna, w którego wcielił się Thorbjørn Harr, szerzej znany jako jarl Borg z Wikingów.
Nie spodziewałam się, że ten sezon będzie tak gorzki. To maraton pojedynczych błędów, pomyłek i okopywania się w swoich uprzedzeniach, które wszystkie razem prowadzą do wielu tragedii, nawet jeśli większość tych tragedii wzbudza w widzu śmiech.
Tradycyjne obrzucanie się obelgami przed bitwą.
(źródło)
No bo to jednak wciąż jest komedia. Jak wspominałam, bawi – choć jest bardziej brutalna od poprzednich sezonów. Dodatkowo, ponieważ to prequel, pojawiła się możliwość wrzucenia do sezonu całkiem sporej liczby odniesień do wydarzeń, o których bohaterowie jeszcze nie wiedzą, ale widz – wie. Pojawiają się one w postaci mglistych przeczuć, zapewnień czy zaklęć, ocierających się czasem nawet o lekkie zerknięcie przez czwartą ścianę. To znów pewna nowość w stosunku do tego, co wcześniej oferował nam ten serial.
To, co natomiast nie zmieniło się od poprzednich sezonów ani na jotę, to gra aktorska. Bohaterowie są po prostu miodni, z miejsca totalnie przekonujący. Silje Torp jako Frøya jest szczególnie fantastyczna i wiarygodna (oczywiście „wiarygodna” w ramach tego uniwersum), ale przecież nawet postać z nieco dalszego planu, Ragnar (Mikkel Bratt Silset) podczas bitwy robi piorunujące wrażenie. Przecież to właśnie w dużej mierze zasługa aktorów, że widz może się tak mocno zaangażować w losy bohaterów. Szacun.

Gdybym miała coś wytknąć temu sezonowi, to chyba byłaby to muzyka – a raczej jej brak. Poprzednie odsłony Norsemen mogły pochwalić się świetnymi utworami Einara Selvika, podczas gdy tutaj chyba tylko raz tak naprawdę było o co zahaczyć ucho. Trochę szkoda.

Jakkolwiek trzeci sezon nieco zmienił ton w porównaniu do poprzednich, bardzo przyjemnie się go ogląda. Gdybym miała z czymś to zestawić, nasuwa mi się Galavant, acz na zasadzie kontrastu: pierwszy sezon Galavanta mnie urzekł i czekałam bardzo mocno na sezon drugi, tyle że kiedy on się już ukazał… no cóż, byłam nieco zawiedziona. Miałam wrażenie, że został dokręcony trochę na siłę, zabrakło w nim pary (i dobrych piosenek). I w ogóle nie chciałam trzeciego sezonu (którego, nawiasem mówiąc, nie ma i nie będzie). Bardzo mocno obawiałam się, że Norsemen mogą cierpieć na to samo. Tymczasem tak się nie stało. Trzeci sezon Norsemen to coś, na co warto było czekać – coś, co sprawiło, że teraz wypatruję na horyzoncie niusów o czwartym sezonie. Czy wyjaśni się historia Karka? Czy jarl Bjørn ucztuje z bogami mając głupią fryzurę? Czy ktoś jeszcze zostanie ukarany biczowaniem moszny? Do kogo trafił Arnstein?
Czarnokomediowy świat serialu Norsemen ma ogromny potencjał i myślę, że można tam wcisnąć dużo świetnych opowieści. Trzymam kciuki za inwencję twórców.




­ Ah, they will sing about this day. The day Norway learns that one should be above spreading rumors about certain individuals losing their hair.
– Is that what we’re fighting about here?
– Oh, yes.
– Whether it’s true or not, you just don’t say things like that. Then you’re attacking the person and not the problem, and that’s not okay. It’s very poor style.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...