czwartek, 22 września 2011

Wielka Kolekcja Westernów (I.9) - "Alamo"


Wielka Kolekcja Westernów - tom 9

Z tym wpisem nosiłam się już chyba kilka miesięcy, w czasie których obejrzałam Alamo Johna Wayne’a trzy razy, a dwukrotnie to Hancocka. Powodów, dla których ta akurat produkcja nastręczyła mi tyle kłopotów, było parę.
Po pierwsze, pierwotnie zamierzałam napisać coś w rodzaju recenzji porównawczej i machnąć za jednym przysiadem coś o obu filmach. Okazało się to jednak dość trudne – różnice są zbyt duże, nie ma więc sensu wrzucać obu produkcji do jednego worka.
Po drugie, zaczęło mnie nurtować pytanie: dlaczego Amerykanie nie nakręcili o Alamo więcej filmów? U nas byłoby już kilka pełnometrażówek (już to widzę: Kot-Bowie, Adamczyk-Crockett i Szyc-Travis. I Linda-pastor!), dwa seriale i gazylion książek Zdradzeni o świcie, Świadectwo, Świadectwo o świcie i SB a Alamo. W dodatku specjalnie do tego powołana komisja śledcza do dziś rozkminiałaby, czy na pewno Meksykanie nie napuścili mgły. A potem przypadkowo trafiłam na niemy film z 1915 roku, Martyrs of the Alamo. I nagle okazało się, że Amerykanie w pierwszej połowie XX wieku jak najbardziej obsmarowali te swoje Termopile w tę i nazad, tylko jakoś te produkcje chyba nie powychodziły na szeroki świat. Film Wayne’a miał bez porównania większy rozmach w zestawieniu z innymi ekranizacjami bitwy z 1836 roku. W latach osiemdziesiątych również pojawiały się filmy o Alamo, znów jednak nie zyskały szerszej sławy – aż do produkcji Hancocka z 2004 roku.

Ale do rzeczy.

Kolekcjonerskie wydanie prezentuje się nieźle. Dla mnie najciekawszy był pierwszy rozdział dołączonej książeczki (nawet jeśli „książeczka” to za duże słowo), „Marzenie Johna Wayne’a”. Rozchodzi się w nim o to, że Wayne przez czternaście lat planował Alamo – zbierał materiały źródłowe, interesował się – między innymi – zarówno przebiegiem samej walki, jak i sylwetkami uczestników. Na przeszkodzie stanęła też kwestia kosztów. Sam Wayne początkowo miał zagrać Sama Houstona, a w rolę Crocketta miał się wcielić Richard Widmark (ostatecznie grający Jima Bowiego, którego z kolei wcześniej planowano powierzyć Charltonowi Hestonowi).
kadr z filmu Alamo (po prawej: Davy Crockett)
Rozdział drugi – jak łatwo się domyślić – poświęcony został historycznej bitwie. Jeśli czyta się to po obejrzeniu filmu, łatwo można zobaczyć, że Wayne w wielu miejscach rozmijał się z prawdą i przeinaczał fakty tak, by całość była… cóż, była po prostu lepszą legendą. Meksykan z dwóch tysięcy zrobiło się więc siedem tysięcy, Bowie się nie pochorował, tylko został ranny w boju, a Alamo nigdy, przenigdy nie próbowało się poddać.
Później zaś znajduje się jeszcze rozdzialik poświęcony ekipie filmowej, a więc garść informacji o Johnie Waynie, Richardzie Widmarku, Laurencie Harveyu, odgrywającej Meksykankę Flacę Lindzie Cristal oraz o twórcy muzyki – Dymitrze Tiomkinie.

Skoro więc już wspomniałam o muzyce, przy tym na chwilę się zatrzymam.
Trzeba powiedzieć jasno: muzyka w Alamo jest absolutnie genialna. Kompozytor został zresztą nominowany za nią do Oscara, choć tym razem nie dostał statuetki. Tak czy owak, Tiomkin był w sumie nominowany dwadzieścia trzy razy, z czego cztery statuetki istotnie powędrowały w jego ręce, co może być pewnym wyznacznikiem jakości.
The Green Leaves of Summer to jeden z najbardziej rozpoznawalnych utworów westernowych (nawet jeśli ostatnio kojarzony raczej z Inglorious Basterds, gdzie też się pojawił):
Ale to tak naprawdę – jak dla mnie – jeszcze nic. Bo za bezwzględnie najlepszy kawałek w filmie, a także jeden z najlepszych westernowych motywów evuh, uważam The Ballad of the Alamo:
Utwór ten ma pierdylion wykonań, z których których warto zapoznać się z wersjami Marty’ego Robbinsa oraz Frankiego Avalona.
   
A teraz, skoro już został wspomniany Franki Avalon, czyli filmowy Smitty, warto powiedzieć parę słów o bohaterach.
Pierwszą rzeczą, jaka się nasuwa przy oglądaniu Alamo, to fakt, że strona amerykańska jest różnorodna. Nie tylko główni bohaterowie, ale i postacie z dalszych planów. Różnią się wiekiem, posturą, ubraniem, poglądami – obrońcy misji nieopodal San Antonio to zbieranina indywidualistów. Oczywiście, najwyraźniej widać to w przypadku trzech dowódców: traper Davy Crockett (John Wayne) jest silny, odważny, ale i rozsądny, dużo inteligentniejszy, niż wydaje się na pierwszy rzut oka. To świetny dowódca, którego uwielbiają jego ludzie i pójdą za nim w ogień. Crockett jest też czymś w rodzaju bufora między pozostałymi oficerami: Jamesem Bowie (Richard Widmark) i Williamem Travisem (Laurence Harvey). Pierwszy z tej dwójki, opój i hulaka, wcale nie zamierza ginąć w obronie Alamo – kiedy sytuacja robi się trudna, jako pierwszy zamierza zabrać swoich ludzi i wyjechać. A dodatkową motywacją ku temu są nieustanne spięcia z pułkownikiem Travisem – kompletą odwrotnością Bowiego. Travis nie pije, jest wykształcony, elegancki, zasadniczy, honorowy, stara się dbać o morale i myśleć perspektywicznie. To przede wszystkim on widzi ważną rolę, jaką Alamo ma do odegrania w walce Teksasu o wolność. Nie będzie przesadą uznanie, że Bowie i Travis w życiu nie stanęliby do wspólnej walki, gdyby nie umiejętne łagodzenie sytuacji przez Crocketta – i w końcu okaże się, że mimo różnic charakteru, wszyscy jadą na jednym wózku i trzeba być ponad osobiste animozje.

kadr z filmu Alamo (od lewej: Jim Bowie i William Travis)
Oj tak – dla Teksasu ludzie z Alamo zrobią wszystko. Pod tym względem film jest tak pompatyczny i naszpikowany patosem, że – gdyby to nie zostało zrobione tak świetnie – mogłoby śmieszyć. Powinno śmieszyć. Bohaterowie recytują wzniosłe monologi o wolności, niepodległości i republice, prości żołnierze deliberują na temat życia pozagrobowego i miłości, a kobiety są dumne, że ich mężowie wezmą udział w walce o Alamo – nawet jeśli to miałaby być ich ostatnia walka w życiu. Nie ma właściwie żadnego przymusu – absolutnie każdy jest przekonany o słuszności swojej sprawy. Motyw wolności zresztą przewija się nie tylko w odniesieniu do samego Teksasu, ale też podpięty został tu wątek czarnoskórego niewolnika. Oczywiście, tak jak cała reszta, pełen patosu.
Oprócz tego przesadzonego patriotyzmu, o bohaterach można powiedzieć jeszcze jedno: są jak dzieci. Przez długi czas przypominają zgraję chłopców na obozie wakacyjnym. Kiedy robią wypad na teren wroga, wygląda to raczej jak zabawa w podchody. Tu coś spsocą, tam nabroją i wracają ze śmiechem. Scena, w której armata rozstrzelała beczkę jakiejś kukurydzianej wódki i rozpacz jednego z ludzi Crocketta jest jednocześnie zabawna i rozczulająca właśnie ze względu na ten szczery, dziecięcy żal, tak nieprzystający do ogólnej sytuacji.
Tego kontrastu zresztą w filmie jest dużo: z jednej strony beztroska i humor, z drugiej jednak, kiedy przychodzi co do czego, te dzieci momentalnie dorośleją i stają się świetnymi żołnierzami.
Nie, nie mają wad, gdyby ktoś o to pytał. Nawet jeśli mają, potrafią je przezwyciężyć, co czyni z ich wad dodatkowe zalety. A jednak są to postacie na tyle wyraziste i spójne, że widz je kupuje, chociaż widać, że są wyidealizowane. Nawet epizodyczna postać generała Sama Houstona (Richard Boone) jest pełna cnót wszelakich.

Zupełnie inaczej przedstawieni są Meksykanie, choć wcale nie negatywnie. Tym bardziej dziwi mnie, że film ponoć został zakazany w Meksyku.
Tu już nie ma indywidualizmu – meksykańska armia jest jak wielka fala, zalewająca to malutkie Alamo, a poszczególni żołnierze są podobni do siebie jak dwie krople wody. Maszerują w równym szeregu, w identycznych mundurach, nie rozmawiają, nie śmieją się. Jednocześnie przecież są dzielni i odważni, ba! nawet jeden z Teksańczyków mówi wprost, że był dumny z Meksykan, których zabijał i że poległo na pewno wielu wspaniałych mężczyzn.
Sam zaś generalissimo Antonio Miguel Lopez de Santa Anna (Ruben Padilla) jest honorowy i umie docenić prawdziwą odwagę – szczególnie wyraźnie widać to w scenie z żoną kapitana Dickinsona (Joan O’Brien).

Trudno nazwać Alamo filmem historycznym. Mimo dbałości o szczegóły i niewątpliwej historyczności wielu elementów fabuły, całość jest przede wszystkim hołdem. Tu nie ma miejsca na smęcenie w stylu „prawdziwej historii”. Są wielkie emocje, wspaniała, epicka muzyka i silne kontrasty. Wszystko to razem sprawia, że film – mimo że ocieka patosem – nie wzbudza politowania, a rzeczywiście wzrusza. I chciałoby się wierzyć, że to wszystko tak wyglądało.
Aż szkoda, że ten prosty i piękny styl zniknął już z filmów – bo jeślibyśmy kiedyś chcieli kręcić coś o naszych wielkich, narodowych dokonaniach, moim zdaniem powinno to być utrzymane właśnie w tym stylu: uwznioślającym i pobudzającym ten fajny rodzaj patriotyzmu, polegający na dumie z odwagi przodków, a nie na wzajemnym obrzygiwaniu się potokami oskarżeń, kto kiedy i z kim współpracował i dlaczego to moja racja jest najmojsza i mój patriotyzm najpatriotyczniejszy.
Oglądam ten film i za każdym razem mi smutno – po pierwsze, bo to po prostu smutny film. I po drugie, bo my czegoś tak ładnego nigdy nie mieliśmy i nie będziemy mieć. I czasem zazdroszczę Amerykanom ich mentalności.
Pełne 10/10.










- So many times every day you stop and give thanks, but mostly I don't catch on what you're thanking the Lord for. I mean, there's nothing special. 
- I give thanks for the time and for the place.
- The time and the place, Parson?
- The time to live and the place to die. That's all any man gets. No more, no less. 
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...