poniedziałek, 5 września 2011

Przy kawie (6) – Podręczny Zestaw Małego Grafomana, cz. II


(źródło)

Jako się rzekło, oto drugi odcinek pomocy Małego Grafomana. Poprzednio wymieniłam parę programów i stron, które mogą skutecznie pomóc przy researchu – uzupełnię to jeszcze o arXiv, bazę podrzuconą przez hevs – obfituje (biblioteka, nie hevs) w materiały z dziedzin matematyki, fizyki, biologii i innych, ogólnie nazywanych naukami ścisłymi.

A dziś pomoce innego rodzaju – czyli Organizacja Pracy (podkategoria: zmuszajki; inne podkategorie następnym razem).

Zarówno z obserwacji ludzi na forach literackich jak i z autopsji znam jedną z największych bolączek niespełnionych pisarzy-amatorów: „chciałabym, ale nie mam weny”. Tak – ludzie, niestety, wierzą w magiczną Wenę, która przyjdzie razem z całym dobrodziejstwem inwentarza, typu zwiewna szata, alabastrowa cera i nostalgiczne spojrzenie, i natchnie tego biednego człowieczka do napisania wiekopomnego dzieła.
Otóż nie – tak się nigdy nie stanie. Wiem, jestem amatorką i się nie znam, ale serio - w takie cuda to ja nie wierzę.
Im dłużej człowiek będzie siedział, wzdychał i czekał, tym później Wena przyjdzie. Wenie trzeba wyjść naprzeciw. Może gdzieś są odosobnione przypadki natchnionych geniuszy, zdecydowana większość domorosłych pisarczyków jednak musi zacząć od prostej, rzemieślniczej roboty. I liczyć na to, że w ten sposób wywołają sobie Wena. Lub Wenę – zależy, u kogo jakiej jest płci.
Najlepsze, co my, bidni amatorzy możemy zrobić, to najpierw wydrukować sobie i powiesić nad komputerem to:
(źródło)
A potem zacząć systematycznie pisać. Po prostu.
Na szczęście Internet oferuje bardzo fajne motywatory i zmuszajki dla takich jak my.

Po pierwsze więc: 750words – strona, która wymaga od nas jednej rzeczy: codziennego pisania po 750 słów. Rejestracja jest dość komfortowa, bo nie musimy zakładać sobie kolejnego konta w sieci, tylko wystarczy zalogować się na przykład przez konto gmail, czy facebooka. Samo pisanie zaś nie jest w żaden sposób upublicznione ani nikt, poza automatem zliczającym słowa, nam tego nie sprawdza. Możemy pisać cokolwiek i kiedykolwiek, byle codziennie. Nie musi to być jeden tekst. Nie musi to być konkretnie seria opowiadań. Równie dobrze można wyrabiać dzienne normy a to jakimś artykułem, a to recenzją, a to opowiadaniem i tak dalej. Na upartego możemy nawet napisać 750 razy „piszę”, ale oszukiwanie samego siebie w tak idiotyczny sposób? Cóż, co kto lubi…
Założenie jest takie, że pisanie odbywa się w przeznaczonym ku temu polu – istnieje nawet możliwość doboru najodpowiedniejszej dla nas czcionki. Ja jednak zignorowałam pisanie bezpośrednio na stronie, a po prostu piszę w Wordzie i przeklejam. Prowadzi to, oczywiście, do pewnych zafałszowań w statystykach, ale trudno. Tym bardziej, że na stronie są kłopoty z działaniem „ś”.
No właśnie, statystyki: nasze pisanie jest analizowane i możemy przejrzeć szereg statystyk z nim związanych. Niestety, ponieważ strona jest anglojęzyczna, większość wykresów będzie dla nas bezużyteczna, jeśli piszemy po polsku. Co mnie nawet zasmuciło, bo chętnie bym przeczytała, ile w danym tekście użyłam wulgaryzmów, ile zdań okolicznikowych celu, a ile liczb. Może być pomocne, jeśli na przykład mamy kłopot z monotonnym językiem. Dla grafomana polskojęzycznego tymczasem jest dostępne ogólne zliczanie „dniówek” i statystyka wyrazów użytych w danym dniu – oczywiście w większości będą to „się”, „nie”, „na” i tego typu, ale jeśli się je odsieje, może się okazać, że na przykład nadużywamy jakiegoś słowa.
A co tak naprawdę skłania nas do pisania codziennie? Odznaki. Niby nic, ale taka „nagroda” (w cudzysłowie, no bo jaka to właściwie nagroda?!) potrafi przytrzymać człowieka, jeśli już się w to pisanie wsiąknie. Zaczynamy od jajka, po trzech dniach dostajemy odznakę indyka, po pięciu – pingwina. Potem dziesięć, trzydzieści i tak dalej. Obecnie odznaki są do pięciuset dni. Jeśli któregoś dnia nie wypełni się normy, odznaki się resetują i trzeba zaczynać znów od jajka. O ile początkowe jeszcze mają dość niewyraźną „moc”, o tyle już przy stu dniach człowiek zaczyna odczuwać żal na myśl o tym, że tyle systematycznej pracy miałoby pójść w Pireneje i faktycznie zaczyna się bardzo pilnować. Ja zazwyczaj sprawdzam dwa razy dziennie, czy na pewno wypełniłam normę.
Oprócz odznak za dni, są dodatkowe odznaki za sposób pisania: nietoperz za dziesięć dni z rzędu pisanych w nocy, kogut za to samo rano, gepard za szybkie pisanie, chomik – za nieprzerwane. I tak dalej. Dodatkowe odznaki za napisanie łącznie stu tysięcy słów i dwustu pięćdziesięciu tysięcy. Szczególnie gepard i chomik wychodzi oszukańczo, jeśli się wkleja – ale to niewielki mankament jak na całościowy geniusz tej idei.
Oczywiście, jak każde lekarstwo, 750words początkowo jest bardzo gorzkie. Fragmenty są wymuszone i słabe, a siedzi się nad nimi niewymiernie długo. Potem jednak jest już tylko lepiej. Inni, którzy korzystają z tej metody, twierdzą, że napisanie dziennej normy zajmuje im dwadzieścia minut, czasem pół godziny. U mnie aż tak optymistycznie to nie wygląda, ale i tak jest szybciej niż na początku. I, co najważniejsze, te dniówki z czasem robią się coraz lepsze, bo człowiekowi przychodzi to naturalniej. Dobrze oczywiście sobie gdzieś wcześniej przemyśleć, co mniej-więcej chciałoby się zawrzeć w dzisiejszej normie, ale 750 słów to na tyle niewiele, że nie powinno być z tym większych problemów. A wymówka „nie piszę, bo nie mam czasu”, traci całą moc. No bo serio: nikt mi nie wmówi, że nie jest w stanie wygrzebać sobie z dnia pół godzinki. To jest naprawdę tyle co nic.
A jeśli ktoś ma skłonność do pisania więcej, niż siedemset pięćdziesiąt słówek – proszę bardzo, można pisać więcej. 750wods daje minimalną normę. Od nas zależy, co z nią zrobimy. Jak ktoś lubi, może pisać i dwa tysiące słów dziennie. Byleby następnego dnia znów coś napisał.
Aha – 750words ma też odznakę za sukces w innym przedsięwzięciu: NaNoWriMo.

NaNoWriMo – Czyli National Novel Writing Month: tu już jest bardziej hardkorowo, ale nie tak długofalowo. Miesiącem pisania jest listopad – rejestrujemy się na stronie i… i mamy tak naprawdę całkiem sporo możliwości. Przede wszystkim, jest forum. Podzielone na regiony – jeśli znajdziemy dział dla Polaków, możemy się dzielić swoimi nanosowymi frustracjami z rodakami uczestniczącymi w zabawie. Możemy dodawać sobie writing buddies i śledzić ich postępy (750words też ma opcję śledzenia innych, ale dostępną tylko dla tych, którzy wesprą projekt finansowo – za co, tak przy okazji, też jest odznaka). A przede wszystkim: piszemy powieść. Założenie jest takie, żeby stworzyć jeden, zwarty tekst w miesiąc. Tekst ma mieć co najmniej 50 tys. słów, czyli wychodzi mniej-więcej 1700 słów dziennie. Nie musimy pisać tego codziennie, choć jest to zalecane. Tym niemniej jeśli komuś wygodnie, może pisać co drugi dzień po 3500 słów i też będzie dobrze. Ba! Można napisać całość w tydzień, jeśli tylko ktoś ma aż taki level turbopisania na klawiaturze. Grunt, żeby 30 listopada mieć napisane 50 tys. słów. Tyle.
Nie ukrywam, że w zeszłym roku boleśnie poległam, napisawszy coś około siedmiu tysięcy słów. Tu taka wskazówka: wymyślcie Państwo odpowiednio wcześnie, o czym w ogóle chcecie pisać. Ja leciałam zupełnie na żywioł i szybko okazało się, że improwizacji nie wystarczy na całość. Tym razem mam nadzieję, że mi się uda – jakby nie patrzeć, od kilku miesięcy ćwiczę 750words, co powinno mnie jakoś przygotować do systematycznego pisania na NaNo.
Oczywiście, powieść będzie pewnie wymagała wielu korekt i łatania dramatycznych dziur w fabule, ale już przynajmniej coś będzie. Więc jeśli ktoś z Państwa ma pomysł na powieść, a nie wie, jak to ugryźć – polecam NaNoWriMo w listopadzie.

Podobnym projektem jest na przykład April’s Script Frenzy – tu jednak chodzi o napisanie w trzydzieści dni stu stron scenariusza. Zresztą, na stronie NaNo jest cała lista adresów z podobnymi akcjami.

Ostatnim mobilizatorem do pisania, o jakim wspomnę (ale tylko wspomnę, bez szerszego opisywania), będzie Write or Die. Nie przeczę, że osobiście nie mam jeszcze odwagi po niego sięgnąć – ale inni używają i chwalą sobie. Odpalamy, ustalamy czas na napisanie konkretnej liczby słów i… piszemy.

A teraz zestaw sznurków:

O NaNoWriMo można przeczytać bardzo obszerne teksty u Ched i u hevs. U której zresztą, w innym wpisie, wspomniane jest też 750words oraz Write or Die. A o tej ostatniej aplikacji można poczytać opinie tu, tu oraz tu.

Oczywiście, używanie tych narzędzi nie robi z człowieka pisarza. Ale dzięki nim wyrabia się nawyk systematycznego pisania. Przestaje się siedzieć i jęczeć na Wena, a zaczyna się pisać. Nawet jeśli - szczególnie początkowo - teksty wychodzą słabe i na siłę, z czasem jest coraz lepiej. A przede wszystkim: coś już jest. Czyli mamy już jakiś start.

niedziela, 4 września 2011

Przy kawie (5) - Podręczny Zestaw Małego Grafomana, cz. I


(źródło)
W końcu nadeszła chwila, w której poczułam się wywołana do tablicy. Koniec przerwy wakacyjnej i blogi budzą się z uśpienia. Tutaj też pora zebrać pajęczyny i zdmuchnąć kurz.
Jako że to taki wpis na rozgrzewkę, daruję sobie ambitne tematy, które od wielu dni kołaczą mi się po głowie, a przedstawię Państwu to, z czym ostatnimi czasy jestem związana najmocniej: czyli Podręczny Zestaw Małego Grafomana.

Jestem pełna podziwu dla pisarzy z wcześniejszych epok i pokoleń, którzy byli w stanie tworzyć powieści historyczne, science fiction i inne, mimo braku dostępu do Internetu. Ba! Do komputera! Ja na chwilę obecną wiem, że nie potrafiłabym niczego napisać, mając do dyspozycji zeszyt i ołówek. Nawet jeśli pod nosem miałabym bibliotekę. Książki, oczywiście, są ważne (nie mówię tu o aspekcie „Chcesz pisać? Najpierw poczytaj!”, ale o lekturach niezbędnych w researchu), tym niemniej ograniczenie się do nich nastręczałoby sporo kłopotów.
Skoro już wspomniałam o pracach badawczych związanych z pisaniem, zacznę od wskazania paru rzeczy, które takie prace bardzo ułatwiają:

Google Earth – muszę przyznać, że dopiero niedawno poznałam potęgę tego programu. Kilka miesięcy temu po raz pierwszy użyłam go do czegoś innego niż „oo, a dziś podejrzę sobie Sfinksa, a potem popatrzę po raz –enty, jak wygląda mój dom z lotu ptaka” i teraz wracam do niego po wielekroć, zachwycona możliwościami. Jasne: są rejony, gdzie zdjęcia satelitarne pozostawiają wiele do życzenia. Wciąż jednak, jeśli decyduję się na osadzenie akcji w nieco dalszych rejonach, niż moje podwórko, Google Earth wygrywa z atlasem czy nawet zwykłymi fotografiami znalezionymi w książkach czy w Internecie. Fotografia, choć bardzo dokładnie pokaże pewne zakątki, obejmuje siłą rzeczy bardzo, bardzo niewielki wycinek przestrzeni. Mapa zaś ma symbolicznie oznaczony las, ulicę i rzekę, ale człowiek i tak nie ma pojęcia, jak w istocie dane miejsce wygląda. A głupio wrzucać bohaterów na przykład do Pragi, jeśli nie ma się pojęcia, jak wygląda cokolwiek poza Starówką w tejże Pradze. Czytelnik, który zna miasto, w takiej sytuacji momentalnie traci respekt do autora (no… ja bym traciła).
Praga widziana oczami Google Earth:

Praga
 Ale Praga to, oczywiście, gęsto obfotografowane miejsce. Co Państwo powiecie na opowiadanie traktujące o ekspedycji w okolice Amazonki?

Amazonka
 A może wysepka gdzieś w okolicach Antarktydy?

fragment Wyspy Bouveta
I tak dalej. Najodleglejsze miejsca akcji nagle stają się na wyciągnięcie ręki. Oprócz zdjęć satelitarnych, w Google Earth można też obejrzeć mnogość fotografii, przyporządkowanych do danego miejsca. Wystarczy kliknąć symbol, by w nowym okienku wyskoczyło nam dodatkowe zdjęcie:


 Oczywiście jest też opcja obliczania odległości między miejscami, przydatna, jeśli bohaterowie mają przemieścić się z punktu A do punktu B i zastanawiamy się, ile powinno im to zająć czasu. Wygodniej sprawdzić to w Google Earth, aniżeli mierzyć w atlasie. Mamy też możliwość oglądania zdjęć historycznych sporej liczby obszarów. Jakby tego było mało, są również modele Marsa i Księżyca, a także mapa nieba, można też określać dokładną porę dnia i widzieć, które rejony Ziemi jak są oświetlone.
Nie wyobrażam sobie już pisania o czymkolwiek bez tego programu.

Dalej: książki są cacy, ale nasze biblioteki miewają bardzo ograniczone zasoby i często trudno znaleźć cokolwiek na temat, którego się szuka. W takiej sytuacji często z pomocą pędzi Internet Archive – ogromna wirtualna biblioteka, pełna perełek literatury, filmografii, fotografii i innych. Potrzeba zdjęć kosmosu z NASA? A może Fragmenta Historicorum Graecorum Müllera? Czy chcemy się wkręcić w grozę z początku XX wieku i obejrzeć Gabinet doktora Caligari? Wszystko jedno – wystarczy odpalić archive.org. Oczywiście, wirtualnych bibliotek jest dużo, chwała bogom coraz więcej, ale IA jest chyba największą i najbardziej wszechstronną z nich.
strona główna Internet Archive

A teraz mała wskazówka: pod warunkiem, że nie pisze się o czymś związanym z Polską, należy zdecydowanie odpuścić sobie polską Wikipedię. O angielskiej zaczynam mieć za to coraz lepsze zdanie – nie tylko chodzi tu o samą zawartość merytoryczną znajdujących się w niej tekstów, ale o całkiem uczciwy wykaz źródeł. Od czegoś trzeba zacząć ten nieszczęsny research i często to właśnie angielska Wikipedia jest dobrą bazą. Jakkolwiek brzmi to może śmiesznie, uważam, że nie warto jej lekceważyć.

A na koniec mała pomoc właściwie tylko dla osób, które chcą bawić się w postapokalipsę (no, i może klimaty wojenne?) – cudowna strona Nuclear Darkness. Pomijając wielość informacji, szczególnie przydatny może się okazać symulator wybuchu bomby nuklearnej:


Wybieramy rodzaj bomby, miejsce, opcję wyświetlania – i rzucamy (oczywiście, nigdy w celach rozrywkowych!). Unikniemy w ten sposób pisania bzdur o tym, ile czego wyleciało w powietrze i jak to Indiana schował się w lodówce.

Właściwie miałam tu napisać o wiele więcej, ale jakoś tak się rozciągnęło, że postanowiłam rozdzielić to na części. W końcu to tylko notka na rozgrzewkę. Komputerowi pomocnicy do organizacji pracy w takim układzie będą opisani następnym razem.
Żeby nie było nieporozumień: nie uważam się za pisarkę, a to co piszę, w żadnym razie nie jest poradnikiem. Ale jest dużo stron i programów, które – przynajmniej mi – bardzo pomagają w pisaniu, więc myślę, że warto je pochwalić i rozreklamować.

Dobranoc Państwu.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...