czwartek, 9 czerwca 2011

ZaFraapowana filmami (49) - "Wrogowie publiczni"


Wrogowie publiczni - plakat

Nie jest żadną tajemnicą, że jestem fanką Johnny’ego Deppa – uważam go za genialnego aktora, który potrafi odnaleźć się w dosłownie każdej roli i, jak mi się zdaje, nie zdołano go zaszufladkować. Lubię też filmy o gangsterach z pierwszej połowy XX wieku – stylowe ciuchy, szyk, pieniądze i strzelaniny, czyli to, co tygryski lubią najbardziej. Połączenie gangsterskiej opowieści i Deppa, czyli film w reżyserii Michaela Manna Wrogowie publiczni (Public Enemies) z roku 2009 zapowiadał się więc na widowisko, do którego nie raz będę wracać.
Rok 1933. John Dillinger (Johnny Depp) pomaga w ucieczce grupie więźniów, z którymi później będzie rabował banki. Następnie poznaje szatniarkę, Billie Frechette (Marion Cotillard), w której… No właśnie: to dość dziwne. Do końca nie jestem pewna, czy się w niej zakochuje, czy raczej postanawia się w niej zakochać. Tak czy tak, związuje się z nią na dobre i na złe. Tymczasem J. Edgar Hoover (Billy Crudup), dyrektor FBI, powołuje na stanowisko szefa biura w Chicago Melvina Purvisa (Christian Bale), który ma schwytać Dillingera.

Już widząc Bale’a w obsadzie powinnam była wiedzieć, że coś się dzieje. Ten facet do tej pory bardzo skutecznie mi podpada: marna imitacja Batmana, marna imitacja Evansa z 3:10 do Yumy. Tak naprawdę, tolerowałam go jedynie w Henryku V – w wieku piętnastu lat Bale był całkiem znośnym chłopaczkiem. No i cóż – nie było wielkiego zaskoczenia tym razem: Purvis to taki przeciętny, smętny stróż prawa, który po prostu wykonuje to, co do niego należy. Właściwie nie jest w tym ani specjalnie skuteczny, ani sympatyczny. Niby ma być lepszy od innych agentów, ale przecież i tak gangsterzy będą mu uciekać, dopóki nie wezwie na pomoc starych agentów z Teksasu – dalsze sukcesy to właśnie ich zasługa.
I, co gorsza, Dillinger wcale nie zrekompensował braku polotu u Purvisa.
Jak zawsze zachwyca mnie gra Deppa, tak tym razem miałam wrażenie, że zagrał od niechcenia. Nie ma w nim emocji, widz nie może się zaangażować w jego losy. Miałam wrażenie, że twórcy filmu nie mogli się zdecydować między przedstawieniem Dillingera w stylu „prawdziwej historii”, a więc demaskując jego legendę i pokazując go jako zwykłego człowieka z całym bagażem słabości, a Dillingerem takim, jakim widziała go prasa. W rezultacie bohater jest za mało wyrazisty i ma za mało polotu na gangstera-legendę, ale jest też za mało pogłębiony, żeby traktować go jako „jednego z nas”. Nie wiadomo nawet, dlaczego to właśnie on jest tym wrogiem publicznym, co w nim takiego niebezpiecznego.
Kolejną nietrafioną postacią jest Billie – właściwie widz nie ma pojęcia, co ją łączy z Dillingerem. Najpierw nie chce się z nim wiązać, bo niczego o nim nie wie. Potem nagle jest z nim już na śmierć i życie. Niby rozmawiają między sobą, ale tak naprawdę z tego rozmawiania nic nie wynika, nie widać jakiegoś pogłębiania się tego związku, nie widać żadnych uczuć. Prędzej bezmyślne, szczenięce, niemal wytresowane przywiązanie Billie do Johna. No i w związku z tym wątkiem w filmie pojawia się chyba najnudniejsza i najdziwaczniejsza scena seksu, jaką ostatnio widziałam. Serio, ale jeśli w czasie sceny łóżkowej słyszę bohaterkę opowiadającą o tym, że mieszkała gdzieś tam z matką i nic się nie działo, to robi się już najwyżej śmieszne. Nie wiem, co właściwie miałam wynieść z tej sceny. Że nic tak nie podnieca w czasie seksu, jak wspomnienia o matce?

kadr z filmu Wrogowie publiczni (od lewej: Purvis i Dillinger)
Oprócz nieciekawych bohaterów, dużym bólem tego filmu były zdjęcia. Spotkałam się z opiniami, że to, jak prowadzono kamerę, było ciekawe, nowatorskie i dodawało filmowi dynamiki. Otóż dla mnie było to najwyżej bardzo, bardzo irytujące. Jakby nie patrzeć, oczekiwałam pewnego profesjonalizmu, a nie W11. Trzęsąca się kamera nie jest tym, o czym marzę. Jakbym to lubiła, obejrzałabym jeszcze raz Blair Witch Project. Kiedy oglądam film o gangsterach w kapeluszach i prążkowanych garniturach, nie lubię prób wmówienia mi, że twórcy filmu nie mieli budżetu na porządny statyw do kamery i musieli kręcić „z ręki”. Nowatorskie może i to było, ale na przyszłość ja podziękuję za taką nowatorskość. Skoro już reżyser uznał za stosowne pokazanie widzowi zastrzelonego złodzieja, niechże pokaże zastrzelonego złodzieja, a nie kawałek złodzieja, kawałek trawnika, potem koło od samochodu, szybki przelot kamery nad złodziejem, skrawek drzewa i w tym momencie widz dostaje ataku padaczki. A poza tym: jeśli chcemy podkreślać dynamizm, to podkreślajmy ją, ale w momentach, które istotnie są dynamiczne. Po kij mi dynamiczne zdjęcia, jeśli bohaterowie po prostu siedzą i rozmawiają?
Cały film trwał ponad dwie godziny – obraz uspokoił się nieco jakieś czterdzieści minut przed końcem, więc przynajmniej tę późniejszą część dało się obejrzeć w miarę bezboleśnie. Chociaż tyle dobrego.

Wrogowie publiczni mają dwie sceny napadu na bank. Pomijając to, że oba banki wyglądają niemal identycznie i osobiście jestem zdania, że bohaterowie napadli dwukrotnie na to samo miejsce, tylko w międzyczasie zmienił się dyrektor banku (nic dziwnego, po napadzie ten pierwszy pewnie zrezygnował), są to chyba jedne z nielicznych momentów, gdzie sposób kręcenia pasuje jakoś do akcji. Są to też jedne z nielicznych momentów, gdzie dość wyraźnie słychać muzykę. I nawet jest ona całkiem przyjemna. Szkoda, że w pozostałej części filmu jest jej tak niewiele.

Jeśli więc wyraziłam się do tej pory niejasno, powtórzę: Wrogowie publiczni mi się nie podobali. To film, którym Mann być może usiłował przemycić nową jakość, ale mi ta jakość zdecydowanie nie odpowiada. Skoro nie mogę sympatyzować z żadnym z bohaterów, siłą rzeczy ich losy mi obojętnieją i jedyne co mi pozostaje, to odliczanie minut do końca filmu. I, niestety, tak właśnie robiłam. Przemknęło mi nawet przez myśl, żeby obejrzeć to tak, jak oglądałam Dooma, na przewijaniu do przodu, ale wciąż liczyłam na jakiś cud. I dobrze, bo mogłabym przegapić w ten sposób wszystkie dobre sceny – a nie było ich zbyt dużo.
Tym niemniej ze względu na nie podnoszę nieco ogólną ocenę filmu. Napady na bank, mocna scena przesłuchania Billie, stosunkowo fajni agenci z Teksasu, wizyta Dillingera w biurze FBI i w ogóle sama końcówka, ogólna scenografia i klimat lat trzydziestych – dzięki temu seans dało się w ogóle przetrwać. 3/10, bo mimo wszystko gdyby kazano mi wybierać między Wrogami publicznymi a Rambo II, wybrałabym Wrogów.








Rok 1933 to rok wielkiego kryzysu. Dla Johna Dillingera, Alvina Karpisa i „Buźki” Nelsona, to złote czasy na rabowanie banków.

środa, 8 czerwca 2011

Fraa w czytelni (25) - "Pielgrzym"


Pielgrzym i Pielgrzym: Rajski Ogród - okładki
  • Autorzy: Garth Ennis (scenariusz), Carlos Ezquerra (rysunek)
  • TytułPielgrzym (t. I), Pielgrzym: Rajski Ogród (t. II)
  • Tytuł oryginałuJust A Pilgrim (t. I), Just A Pilgrim: Garden of Eden (t. II)
  • Tłumaczenie: Adam Biały (t. I), Orkanaugorze (t. II)
  • Miejsce i rok wydania: Wrocław 2002-2003
  • Wydawca: Mandragora




Po ogromnym wrażeniu, jakie wywarł na mnie Kaznodzieja (do tego tytułu będę jeszcze wracać w dzisiejszym wpisie), było czymś naturalnym, że sięgnę po inne historie firmowane nazwiskiem Ennisa. Na początek padło na Pielgrzyma, poleconego mi ze względu na tytułową postać i ogólny klimat.

Istotnie, na pierwszy rzut oka miniseria przedstawia się bardzo zachęcająco. Postapokaliptyczny świat, zniszczony przez konanie Słońca, jest w istocie malowniczy i działa na wyobraźnię: po tym, jak morza i oceany wyschły, wyłoniły się stare wraki statków i nowe, bezkresne pustynie, niegdyś zalane przez wodę. W tym krajobrazie snują się nieliczne grupki ludzi, którym udało się przeżyć  Wielki Ogień – wędrują w poszukiwaniu wody i bezpiecznego miejsca na odpoczynek, otoczeni przez niebezpieczne, dziwaczne stwory i – być może jeszcze niebezpieczniejszych, bo całkowicie ludzkich – bandytów.
Jedna z takich grupek spotyka na swojej drodze tytułowego Pielgrzyma. To twardy gość o oszpeconej twarzy, w długim płaszczu i spiczastym kapeluszu o szerokim rondzie. Pielgrzym ciągle powtarza, że dostał od Boga misję. Cytuje Biblię i pomaga zbłąkanym tułaczom na pustyni. A – jak się okaże – posługuje się dość radykalnymi metodami, litość jest mu z gruntu obca, choć, nie da się ukryć, skuteczność ma nader wysoką. Jednakże trudno mu będzie zjednać do siebie ludzi, skoro w każdej chwili może kogoś zastrzelić, kwitując to jakimś fikuśnym cytatem z Pisma Świętego.
W pierwszym tomie spotkanie Pielgrzyma i małego Billy’ego odmieni całe życie zarówno jednego, jak i drugiego. W drugim tomie, Rajski Ogród, bohater dotrze do – wydawałoby się – idealnego azylu, gdzie grupie naukowców udało się na nowo stworzyć życie. Jak to jednak bywa, ideały nie istnieją i już wkrótce Pielgrzym będzie musiał walczyć o przetrwanie zarówno swoje, jak i innych osób.

strona z Pielgrzyma
Rzadko czytuję recenzje przed wyrobieniem sobie zdania na jakiś temat, czyli de facto przed popełnieniem wpisu na blogu – boję się, że przesiąknę cudzą opinią. Tym razem właściwie bardzo konkretne zdanie ukształtowało mi się już podczas lektury Pielgrzyma, więc spokojnie poszperałam za jakimiś ciekawymi recenzjami. I muszę przyznać, że potwierdziły się moje obawy: w większości artykułów autorzy pieją z zachwytu nad tą komiksową miniserią.
Niestety, nie mogę podzielić tego entuzjazmu. Teoretycznie Pielgrzym ma wszystko, co powinno zagwarantować świetną zabawę: malownicza postapokalipsa, horrorowo-westernowy bohater, dużo strzelania, nie takie oczywiste pojęcia dobra i zła, bardzo wyraziste postacie i wspominałam o strzelaniu? Dużo go jest.
A jednak komiks mnie rozczarował.
Zacząć należałoby od tytułowego Pielgrzyma: jest tajemniczy, mroczny, groźny, w jakiś zwichnięty sposób dobry… ale brakuje mu jaj. Tak zwyczajnie. Czytając komiks nie mogłam opędzić się od wrażenia, że Ennis po genialnym świętym od morderców z Kaznodziei starał się stworzyć kolejną taką niemal niepokonaną postać w klimacie Dzikiego Zachodu, ale zabrakło mu fantazji. Pielgrzym w swojej grozie jest dość kiczowaty. Kanibalizm przypomniał mi tylko o świetnych Przygodach Artura Gordona Pyma Edgara Allana Poe’go, gdzie rozbitkowie, wobec braku jakiegokolwiek pożywienia, postanowili zjeść kogoś ze swojego grona. Jeśli mam być szczera, to w powieści dziewiętnastowiecznego pisarza kanibalizm zrobił na mnie dużo większe wrażenie – może dlatego, że Ennis za mocno to eksponował. W końcu miałam ochotę prychnąć „Łojzicku, łojzicku, szamał ludzi, wiem, to wstrząsające. Możemy przejść dalej?” – niestety, dalej znów pojawiał się motyw kanibalizmu…
Po prostu Pielgrzymowi zabrakło całego ładunku zajebistości, którym był obdarzony święty od morderców.
Oczywiście, pojawiają się też inni bohaterowie – z których część wzbudza pewne zainteresowanie. Szczególnie antagonista naszego fanatyka religijnego z pierwszego tomu, kapitan Castenado. Jest bardzo piracki i bardzo zły. Tak – on jest postacią z jajem. Może nawet oboma. Choć to nie jest takie oczywiste, biorąc pod uwagę stopień okaleczenia fizycznego tego faceta. Najwyraźniej Ennis lubi znęcać się nad swoimi bohaterami, bo przecież w Kaznodziei Herr Starrowi również się oberwało.

strona z Pielgrzyma: Rajski Ogród
Nie będę się rozwodzić nad zmaganiami człowieka z samotnością i z nieprzyjaznym światem ani nad naturą dobra i zła w komiksie, bo przyznam, że podczas lektury te kwestie zupełnie nie przyciągnęły mojej uwagi. Tom pierwszy przeczytałam ze względu na kapitana, tom drugi – na Doca, naukowca, który miał parę lepszych momentów.

Elementem, który drażnił mnie od początku do końca czytania Pielgrzyma, była kreska. Zdecydowanie wolałam rysunek Dillona – od strony graficznej miniseria jest po prostu brzydka. I to nie jakoś tam brutalnie realistyczna czy coś. Po prostu brzydka. Bardzo daleko jej do dokładności kreski z Kaznodziei, jednocześnie nawet nie leżała obok nieco uproszczonych, stylizowanych rysunków z takiego na przykład Hellboy’a.
Innym polem, na którym Pielgrzym przegrywa z Kaznodzieją (czytałam te komiksy jeden po drugim, jeden pod wpływem drugiego, więc porównania są nie do uniknięcia), jest fabuła: w opowieści o pastorze Jesse’m Ennis upchnął masę wątków, masę problemów i emocji. Tutaj historia jest prosta jak konstrukcja cepa, nawet mimo pewnych prób nadania jej głębi, na przykład przez całą tę bujną przeszłość Pielgrzyma i jego wewnętrzne przemiany.

Jak już mówiłam, komiks okazał się rozczarowaniem. Pomysł pewnie jakiś w tym wszystkim był, ale mimo wszystkich fajerwerków, całość wypadła jakoś blado. Choć może to wina kolejności, w jakiej czytałam dzieła Ennisa. Z drugiej strony, nie mogę mieć o to do siebie pretensji: autor w takiej właśnie kolejności je tworzył. Dla mnie Pielgrzym to popłuczyny po świętym od morderców. I nic na to nie poradzę. Nie mogę dać więcej niż 3/10, słabo, choć ufam, że kolejne komiksy spod znaku Ennisa przyniosą więcej satysfakcji (na celowniku jest Hitman). Wierzę też, że komuś Pielgrzym może się spodobać. W końcu z jakiegoś powodu powstają te wszystkie pochwalne recenzje!









strona z Pielgrzyma (Castenado)
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...