piątek, 20 maja 2011

Fraa w czytelni (24) - "Kaznodzieja"


strona tytułowa pierwszego tomu Kaznodziei

  • Autorzy: Garth Ennis, Steve Dillon
  • Tytuł: Kaznodzieja
  • Tytuł oryginału: Preacher
  • Tłumaczenie: Maciek Drewnowski
  • Miejsce i rok wydania: Warszawa 2002-2007
  • Wydawca: Egmont Polska


Jak łatwo mogliście Państwo zauważyć, kategorię „Książki” zmieniłam na „Literatura” – powód jest prosty: tag „książki” był zanadto ograniczający. No bo co z komiksami? Ktoś, oczywiście, może uznać, że komiksy to w ogóle nie literatura, ale szczerze i serdecznie mam w nosie takie opinie. Nie widzę powodu, dla którego coś, co wręcz nazywa się czasem „powieścią graficzną”, miałoby być czymś „niższym” od tradycyjnej literatury. Ba! Moim zdaniem zresztą komiks jest właśnie szalenie tradycyjną formą – sięga co najmniej średniowiecza, tylko tam w miejsce naszych „chmurek” na teksty były banderole. Skoro tamto było sztuką, to czemu teraz tak często odmawia się tego statusu komiksom? Pisarstwo może być sztuką? Może. Grafika może być sztuką? Może. Czyli połączenie jednego i drugiego tez. Oczywiście, są komiksy dobre, jest i masa gorszych lub bardzo złych. Jak wszędzie. Nie ręczę, że nie zdarzy mi się kiedyś wspomnieć o jakimś gorszym. Na razie jednak zacznę jednak od czegoś świetnego.

Dość dawno temu zaprezentowano mi jeden, zupełnie zresztą przypadkowy i wcale nie pierwszy, zeszyt polskiego wydana amerykańskiego komiksu Kaznodzieja. Choć wzbudziło to moją ciekawość, bliższe zapoznanie się z całą serią przez długi czas odkładałam na później – tym niemniej w końcu nadszedł ten czas, kiedy mogłam w spokoju zapoznać się z historią trójki dość dziwacznych bohaterów.

Kaznodzieja w oryginale wydawany był w latach 1995-2000, a składało się na tę historię sześćdziesiąt sześć zeszytów. W Polsce Egmont podzielił ją na trzynaście tomów.

Głównym wątkiem komiksu jest poszukiwanie Boga przez tytułowego kaznodzieję, Jessego Custera.
Wszystko zaczyna się od tego, że spod pieczy aniołów ucieka tajemny byt zwany Genezis, potęgą dorównujący samemu Bogu. Byt spada na ziemię i trafia wprost w Jessego, który w tym momencie dostaje swoją misję, ale też otrzymuje moc posługiwania się Słowem Bożym. Jednocześnie okazuje się, że Bóg opuścił Tron w niebie, po czym ślad po Nim zaginął. Jesse więc porzuca swoją parafię i wyrusza na poszukiwania. Spotyka byłą dziewczynę, Tulip, oraz irlandzkiego wampira, Cassidy'ego.
Jednakże przygody tej trójki to nie wszystko. Bo czytelnik pozna też niejakiego Świętego od morderców, który zostanie obudzony przez anioły, by odszukać Genezis. Będzie Gębodupa, chłopaczek pragnący pomścić śmierć ojca. Ale jednym z głównych antagonistów trojga przyjaciół jest Herr Starr, skądinąd plątany w potężną kościelną intrygę na najwyższym szczeblu. I zdecydowanie nie można zapominać o duchu Johna Wayne'a.

Bohaterowie są w ogóle ogromnym atutem Kaznodziei. Każda postać, która pojawia się na kartach komiksu, choćby epizodyczna, jest niesamowicie wyrazista i momentalnie budzi zainteresowanie.
Prawdę mówiąc, Jesse na tle tego kalejdoskopu charakterów wcale nie jawi się najciekawiej, co wcale nie znaczy, że jest nudny. Były pastor, nie stroniący od kobiet i alkoholu wzbudza sympatię czytelnika. Jest po prostu stosunkowo normalny na tle innych. Zwłaszcza jeśli wziąć pod uwagę, że jego przyjaciel to Cassidy: pozornie rozrywkowy, z całą pewnością niebanalny wąpierz, którego historię czytelnik będzie poznawał stopniowo, a którego ostatecznie bardzo trudno ocenić. Bo z jednej strony jest bardzo lojalnym przyjacielem, skłonnym do niebywałych poświęceń, ale z drugiej – ma dużo na sumieniu, szczególnie pod koniec całej historii. Fakt faktem, że jest to jeden z tych bohaterów, obok których nie da się przejść obojętnie. Plus stanowi fantastyczne zaprzeczenie wszystkiego, co kojarzy się z wampirami. I, jeśli mam być szczera, jest to drugi z dwóch moich ulubionych postaci w komiksie.

strona z Kaznodziei
Pierwszym natomiast jest Święty od morderców.
Jeśli miałabym wskazać największego twardziela Dzikiego Zachodu, musiałoby paść właśnie na niego. Stanowi fantastyczną westernową nutę w całej historii, która rozgrywa się przecież całkiem współcześnie. A to sprawia, że Kaznodzieja zyskuje w moim prywatnym rankingu +10 do zajebistości. Za przeproszeniem, oczywiście.
Już sam tytuł tego „świętego” jest intrygujący – patron morderców. W dodatku kowbojski kapelusz, płaszcz i dwa colty zawsze i wszędzie będą prezentować się po prostu świetnie, choćby nosiło je zupełnie cielę.
Ale Święty cielęciem nie jest. Jest niebezpieczny, małomówny i uparty. Żaden człowiek go nie pokona, a aniołowie drżą przed nim ze strachu. Święty od morderców to kowboj-Nemezis.

(!) Teraz uwaga, będzie spoiler. (!)

Szczególnie interesujący moment jest wtedy, gdy czytelnik już pozna historię Świętego, a ten postanowi darować życie Jessemu i dowiedzieć się, czemu jego życie potoczyło się tak, jak się potoczyło. A kiedy tylko się dowie – Bóg może zacząć odliczać dni do własnej śmierci.
Tak – Święty od morderców jest konsekwentny i niebezpieczny. Dla każdego. Nawet wszechmogący Bóg się nie ukryje. A zakończenie jego wątku jest jedną z najbardziej wypasionych scen całego komiksu.

Koniec spoilera.

Inną ciekawą (choć nie aż tak jak Święty, ale umówmy się – nikt nie jest tak ciekawy, jak Święty) postacią jest wspomniany już Herr Starr. Facet, którego prześladuje pech. Który jest tak bardzo poważny, a jednak tak bawi. Który jest nieczuły i brutalny, a jednak nie mogłam pozbyć się bardzo ciepłych odczuć wobec niego. To właśnie on wywoływał we mnie większość uśmiechów, kiedy czytałam Kaznodzieję. I nie raz, nie dwa łapałam się na tym, jak dobrze rozumiem tego gościa i wszystkie jego frustracje (vide genialny dialog o cudzysłowie).

Prawda jest taka, że interesujące postacie można by wymieniać jeszcze długo, ale to nie ma większego sensu. Najlepiej po prostu to wszystko zobaczyć na własne oczy.

Kolejnym atutem Kaznodziei jest fabuła. Oprócz głównego wątku poszukiwań Boga, czytelnik ma do czynienia z oddzielną historią Cassidy'ego, Świętego od morderców, Gębodupy i Herr Starra. Jessego dogoni też jego przeszłość i dziwaczna, zwichrowana, ale przede wszystkim niebezpieczna rodzinka.
Wszystkie te wątki tworzą nierozerwalną sieć, która – co tu dużo mówić – wciąga bez reszty.

strona z Kaznodziei
Do bohaterów i fabuły należy dodać też inne zalety: na przykład świetną kreskę, bez typowych, komiksowych uproszczeń w rodzaju dorzucenia byle jakiego, kolorowego tła dla bohaterów. Każdy kadr jest dopracowany i staranny.
Czytelnik dostanie też sporo humoru, choć historia sama w sobie jest prawdę mówiąc poważna, a pytania, zadawane przez bohaterów, skłaniają raczej do refleksji, niż śmiechu. To nie jest jeden z Marvelowskich komiksów o superbohaterach, którzy walczą z kolejnymi superwrogami za pomocą swoich supermocy. Owszem, Jesse ma Słowo, ale korzysta z niego rzadziej, niż można by się spodziewać. Ta historia naprawdę pozostaje w pamięci i chce się do niej wracać.
Mimo że komiks – co tu kryć – jest mocno brutalny, podczas czytania nie ma się wrażenia, że autorzy epatowali krwią i przemocą ot tak, byle zaszokować. Wszystko jest świetnie wyważone.
Miał rację Kevin Smith, kiedy wychwalał komiks we wstępie do jednego z zeszytów:
Już od najmłodszych lat słyszymy, że rozmowy o religii są społecznym faux pas – że rozmawiając o Bogu, można kogoś urazić. Garth musiał być nieobecny na tej lekcji albo postanowił ją olać. I dzięki niech będą Bogu, że tak się stało – ponieważ na stronach KAZNODZIEI pan Ennis mówi o wierze, duchowości, religijności i hipokryzji w taki sposób, że wydawca, na co dzień zajmujący się promowaniem przygód latających, niezniszczalnych i posiadających magiczne pierścienie istot, musiałby być walnięty (albo po prostu sprytny), żeby coś takiego rozpowszechniać. Zazwyczaj tego typu dzeiła są uznawane za «zbyt kontrowersyjne».
Jak wiadomo, «kontrowersyjne» często znaczy «ciekawe i inteligentne». Chociaż na stronach KAZNODZIEI pełno jest nowatorskiego spojrzenia na naturę Boga i na bezmyślne wyznawanie religii przez masy (jest tam też mnóstwo krwi i obrazowo przedstawionej, często niepokojąco śmiesznej przemocy), nie jest to komiks wypełniony tandetnym efekciarstwem ani w warstwie fabuły, ani rysunku. W mojej opinii tandetne efekciarstwo w fabule to ucinanie ręki jakiejś słynnej postaci, by nadać jej «więcej głębi». Natomiast tandetne efekciarstwo w rysunku to strona po stronie wypełniona superbohaterami i używanie dziwacznych plam zamiast tła.
Garth i Steven unikają tego typu błędów – opowiadają nie nadmiernie skomplikowane historie z godną pozazdroszczenia umiejętnością, typową dla osób, które od lat doskonalą się w tym, co robią.”
Jeden zasadniczy minus, jaki dostrzegam w Kaznodziei, to sporadyczne podmianki rysownika. Szczególnie żałuję, że podmianka taka miała miejsce w zeszytach poświęconych Świętemu od morderców – tym samym jeden z moich ulubionych wątków został, w mojej opinii, nieco spaprany graficznie.

Toteż absolutnie jednoznaczne muszę stwierdzić, że Kaznodzieja jest rewelacyjnym komiksem i ewidentnym zaprzeczeniem teorii, jakoby komiks był w jakiś sposób „niższą” formą literatury niż powieść. Z czystym sumieniem polecam i wrzucam pełne 10/10.






Jeśli dorzuci się do tego irlandzkiego wampira, kilka rysunków cycków, jakiś maraton, pościgi, świetne pomysły i najlepsze dialogi we współczesnym komiksie, wychodzi z tego zajebiście wypasiona i zmuszająca do myślenia rozrywka. A dla tych, którym umknęło to za pierwszym razem, pozwolę sobie powtórzyć – jest to lepsza zabawa niż oglądanie filmów...

nawet moich.
(…)
A jeśli ten komiks obraża kogoś ze względu na przekonania religijne odbiorcy – cóż, smuci mnie to. Ponieważ jako osoba, której wiara w Boga jest niezachwiana, głęboka i prawdziwa, zapewniam wszystkich uważających ten komiks za obraźliwy, że jestem pewien – w sercu i duszy – iż Bóg jest wszechmocny, sprawiedliwy oraz pełen miłości...

i jest wielkim miłośnikiem KAZNODZIEI.

– Kevin Smith
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...