czwartek, 31 marca 2011

Fraa w czytelni (23) - "Wilkozacy. Wilcze prawo"


Wilkozacy. Wilcze prawo - okładka


  • Autor: Rafał Dębski
  • Tytuł: Wilkozacy. Wilcze prawo
  • Miejsce i rok wydania: Lublin 2010
  • Wydawca: Fabryka Słów

Jeśli ktoś przyjaźni się choć trochę ze współczesną polską fantastyką, zapewne lepiej lub gorzej, ale kojarzy Jacka Komudę. No bo jak tu nie kojarzyć? Człowiek mówi „Rzeczpospolita szlachecka”, myśli zaś „Jacek Komuda”, po prostu. Facet wstrzelił się w niewykorzystywaną dotąd niszę i zapełnił ją powieściami, które naprawdę robią wrażenie. Od czasu do czasu jednak bywa, że inny pisarz wpada do tego Komudowego ogródka – i tak w 2009 roku w księgarniach można było nabyć drogą kupna Charakternika Piekary, a później Wilkozaków Rafała Dębskiego.

Tych ostatnich Fraa ostatnio miała okazję przeczytać.

Trudno właściwie nakreślić fabułę tak, żeby nie palnąć jakiegoś spoilera. Czytelnik poznaje losy chorążego Serhija, który dowiedziawszy się, że tytułowi Wilkozacy zabili bądź porwali jego żonę i malutką córeczkę, postanawia zemstę. Historia ta jednak ma znacznie więcej wątków. Oprócz niesubordynowanego Kozaka i jego rodziny, akcja będzie pokazywana z punktu widzenia paru Wilków, czytelnik pozna też samego Chmielnickiego i kilku jego podwładnych, którzy są zresztą przyjaciółmi Serhija.
Losy poszczególnych bohaterów przeplatają się, tworząc całkiem ciekawą i – co bardzo pozytywne – nieprzewidywalną historię.

Choć Fraa musi przyznać, że początek powieści wcale nie zachęcił do dalszej lektury. Oto narrator rysuje przed czytelnikiem obraz napadniętej wioski, po raz pierwszy prezentuje Wilkozaków, a później następuje scena gwałtu. W scenie gwałtu, zajmującej jakieś pół stroniczki, trzykrotnie pojawia się sformułowanie „ból i rozkosz”. Po pierwsze: na litość bogów, naprawdę nie ma innych słów? A po drugie: delikatnie rzecz ujmując, kawiarce nóż się w kieszeni otwiera, jak gdzieś jest okazja do przeczytania o „rozkoszy” odczuwanej przez gwałconą kobietę. I Fraa mówi i myśli wtedy wiele brzydkich rzeczy o autorze, wypisującym takie bzdury.
Nawet jeśli jest napisane, że to rozkosz dzika, niechciana i tak dalej.

Fraa jednak postanowiła nie skreślać powieści na dwudziestej drugiej stronie – i dobrze. Później było zdecydowanie lepiej i następne załamanie przyszło dopiero na stronie dwieście dwunastej, gdzie oto kozacka brać idzie przez step i śpiewa nic innego, jak... piosenkę Koń rosyjskiego zespołu Lube. Po pierwsze: sam fakt, że ukraińscy żołnierze śpiewają utwór rosyjskiej kapeli rockowej, budzi raczej wesołość, niż buduje nastrój. Fraa naprawdę szalenie lubi tę piosenkę, ale w tej sytuacji pojawiło się najpierw zaskoczenie, a potem śmiech. Chyba nie o to chodziło. Druga sprawa, to przypis: owszem, jest, ale niezbyt poprawny. Autorem tekstu Konia jest Aleksander Szaganow i to chyba jego nazwisko powinno się znaleźć w przypisie, a nie nazwa zespołu, który jego tekst zaśpiewał. Bądź co bądź, w książce pojawiają się właśnie słowa, a aranżacja w tym momencie staje się obojętna.

Tyle z największych zastrzeżeń.
Z tych mniejszych, Fraa głównie czepiłaby się bohaterów.
Za naprawdę udanych kawiarka uważa Chmielnickiego i Hrehorego.
Ten pierwszy – wiadomo – kozacki hetman; w Wilkozakach jest to gość ze wszech miar antypatyczny, nieobliczalny i niebezpieczny. Pożąda władzy i lawiruje między Polakami a Rosjanami, byle tylko coś dla siebie uszczknąć. Z przerażającą skutecznością ukróca wszelkie spiski w swoim obozie. Jest to bohater na tyle wyrazisty i przekonujący, że w którymś momencie czytelnik sam zaczyna odczuwać strach i napięcie za każdym razem, jak jakaś inna postać ma się rozmówić z hetmanem.
Drugi z wspomnianych bohaterów, stary Hrehory, to ataman Wilków, przywiązany do tradycji i niechętny jakimkolwiek zmianom w wilczych obyczajach. Głównie za jego sprawą z powieści przebija pewna nostalgia, która każe się zatrzymać na chwilę i zadumać nad nieuchronnością, z jaką nowe czasy wypierają to co stare.

Natomiast reszta bohaterów tak naprawdę nie jest jakaś szczególnie wyrazista. Wygląd wszystkich zlewa się praktycznie w jednego, stereotypowego Kozaka, mimo wzmianek tu i ówdzie o tatarskich rysach czy innych detalach. Pod względem charakterów, też jakoś nikt się nie wyróżnia za szczególnie. Serhij zapada w pamięć tylko dlatego, że poświęcono mu najwięcej miejsca i najwięcej jest opisanych jego wewnętrznych rozterek i tęsknot. Kawiarka jednak nie podjęłaby się pisania charakterystyki Serhija, bo tak naprawdę mało umie o nim powiedzieć.
Być może to niedopracowanie bohaterów wynika z formy, w jakiej wszystko jest opisane: jak już Fraa wspominała, czytelnik śledzi akcję z kilku punktów widzenia. Skacze więc z Serhija na Marikę, z niej zaś do Kiryła i Micheja i tak dalej – w efekcie żadnemu z nich nie można poświęcić więcej uwagi, bo zaraz następuje przeskok i wszystko się rozmywa.
Acz to tylko przypuszczenie, bo Fraa tak naprawdę zawsze lubiła zabieg polegający na opisywaniu fabuły z perspektywy kilku bohaterów.

Język powieści jest ładny i bogaty, z lekka okraszony oczywiście archaizmami, choć stylizacja nie przybrała w Wilkozakach aż takiego wymiaru, jak to bywa u Jacka Komudy. Ba, kawiarka wręcz na początku kręciła nosem, że słabo stylizowane, przyzwyczajona właśnie do pisania Komudowego, ale później jej przeszło. Wciąż tylko się zastanawia, jak duża szansa była na to, żeby Chmielnicki używał słów takich jak „siurpryza” – wedle słownika, archaizm ten wywodzi się z francuskiego. Niby hetman mógł „ominąć” francuski i słowo zaczerpnąć bezpośrednio z łaciny, ale czy wtedy to przyjęłoby formę „siurpryza”? Fraa nie jest przekonana, naprawdę nie.

Tym niemniej język jest ładny, opisy plastyczne, klimat Dzikich Pól wyczuwalny, sam pomysł kozackich przemieńców fajny, a akcja wartka i wciągająca – gdyby nie kilka elementów, które kawiarka uznaje za wpadki i niedociągnięcia, kawiarce powieść Wilkozacy bardzo, bardzo by się podobała.
Ale wobec wszystkich powyższych uwag, Fraa musi odjąć punkt za „rozkosz”, punkt za Konia i punkt za paru nijakich bohaterów. To daje 7/10, czyli ocena dobra. Tacy w istocie są Wilkozacy – to dobra powieść, którą spokojnie można polecić, nawet jeśli bez ekstazy.









To oni – zasyczał Anton. – To oni… Przepadliśmy. Przyszli się mścić...
Od strony ogrodzenia rozległy się zmieszane okrzyki, najpierw zaskoczenia, potem przerażenia. Księżyc świecił rzeczywiście tak mocno, że bez trudu można było rozróżnić kształty. Rozmazane, kosmate postacie przesadzały częstokół zupełnie jakby mierzył łokieć, a nie dwanaście. Po chwili miedzy domami zaroiło się od…
Wilki! – zaskrzeczał Anton. – To Wilkozacy! Przyszli wypić naszą krew!
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...