wtorek, 22 lutego 2011

ZaFraapowana filmami (45) - "Ink"


Ink - plakat

Są tytuły, które intrygują. Jeśli dodatkowo jest fajny plakat i można przeczytać całkiem dużo pozytywnych opinii, to Fraa zaczyna ufać, że film warto obejrzeć. Tak właśnie było w tym przypadku.
Film Ink w reżyserii Jamina Winansa (twórcy skądinąd interesującego obrazu Spin), z 2009 roku, to produkcja niskobudżetowa (250 tysięcy dolarów) i trzeba tu nadmienić, że świat ją dostrzegł tak naprawdę dzięki piractwu – gdyby nie torrenty, mało kto w ogóle słyszałby o tym tytule. Pytanie, czy warto o nim słyszeć.

Pomysł sam w sobie bez wątpienia ma potencjał – a może to po prostu Fraa lubi filmy „po drugiej stronie lustra”, dziejące się gdzieś w krainie snów. W niej przede wszystkim rozgrywa się akcja Inka.
Kiedy ludzie zasypiają, pojawiają się Gawędziarze (Storytellers) i sprowadzają dobre sny, czuwają. Muszą czuwać, gdyż w ciemności czają się również Zmory (Incubi), odpowiedzialne za koszmary. Małą dziewczynkę, Emmę (Quinn Hunchar), porywa stwór o imieniu Ink, w wyniku czego dziecko zapada w śpiączkę. Ink potrzebuje Emmy jako daru dla Księcia (Jeffrey Richardson), przywódcy Zmór, ponieważ chce zostać jednym z nich. Gawędziarze będą próbowali odbić dziecko, w czym pomoże im niewidomy Jacob (Jeremy Make), który jest Tropicielem (Pathfinder) i potrafi wyczuwać rytm świata.
Jest też ojciec Emmy, John Sullivan (Chris Kelly) – odebrano mu prawa rodzicielskie po śmierci żony i cały poświęcił się pracy. Zresztą, prawdę mówiąc, wcześniej też się jej poświęcał, stąd słaby kontakt z córką i napięcia w małżeństwie.

To, co rzuciło się w oczy w pierwszej kolejności, to nietypowe rozwiązania techniczne: widz dostaje obraz w słabej jakości, co jeszcze aż tak nie drażni, ale ponadto zamiast slow motion albo innych efektów, pojawiają się zatrzymania i serie zdjęć. Te serie zdjęć, przynajmniej dla kawiarki, były, niestety, niemożebnie denerwujące. W pierwszej chwili pojawia się obawa: „mam poszatkowaną, wadliwą kopię filmu?”, potem z kolei: „szlag, odtwarzacz mi się popsuł, że obraz tak się tnie i przeskakuje?”, ostatecznie staje na ataku padaczki. Fraa nie ma pojęcia, po co to było. Jeśli nie ma pieniędzy na nic bardziej efektownego, te wstawki „zdjęciowe” można by z powodzeniem wyrzucić – nastroju takim urywanym slide showem i tak się nie zbuduje, więc chyba lepiej po prostu przejść do akcji.
Z kolei kiedy pojawiła się akcja, kawiarka z trudem powstrzymała wybuch śmiechu – oto zapada noc i pojawiają się wspomniani już Gawędziarze. To znaczy rozlega się pyk... pyk. Pyk. Pykpykpyk... pyk. – Fraa miała tu tylko jedno skojarzenie: „Whoa, ludzie-popcorny!”. A przy czymś takim naprawdę trudno zachować powagę.
Choć trzeba przyznać, że bardzo fajnym motywem było „składanie się” sprzętów domowych po tym, jak zostały rozbite przez walczących Gawędziarkę i Inka w domu Emmy. Ładnie sygnalizowało, że wszystko to, co ogląda widz, rozgrywa się gdzie indziej – że nikt inny tego nie zobaczy, bo to nie ten świat. W zwykłej, ludzkiej rzeczywistości stół jest cały i nietknięty, tak samo szuflada i inne przedmioty.

kadr z filmu Ink (od lewej: Emma, Liev, Ink)
Niestety: ludzie-popcorny, postacie pierwszoplanowe, okazali się mocno bezbarwni i nudni. Ci zaś, którzy nie byli nudni, byli z kolei irytujący. Oto jest twarda laska, wojowniczka Allel (Jeniffer Batter), która nie potrafiła upilnować Emmy, a jedyne, do czego jest zdolna, to denerwujące awanturowanie się. A awanturuje się tylko dlatego, że jest za głupia, żeby coś zrozumieć. A jeśli ona nie rozumie, to drze japę, że to nie ma sensu i że to rozmówca jest głupi.
Jest też druga twarda laska, Sarah (Shelby Malone), ale na szczęście niewiele się odzywa. Towarzyszy im, oczywiście, poprawny politycznie Murzyn, Gabe (Eme Ikwuakor). Skoro już zostały ustatysfakcjonowane feministki, faceci chcący pooglądać seksowne laski oraz obrońcy praw mniejszości rasowych, do towarzystwa dołącza Jacob. Ale – jeśli dorzucić do tego działającą oddzielnie Liev (Jessica Duffy) – i tak wyjdzie na to, że siły dobra są mocno zniewieściałe. Wśród Zmór nie ma ani jednej samiczki, zresztą Zmory w ogóle nie są takimi indywidualistami, jak usiłują być Gawędziarze. Zmory mają takie same, czarne oczywiście, ubrania, a ich twarze wyświetlają się na dziwacznych ekranach – dzięki temu są dużo ciekawszymi postaciami, niż ci dobrzy. Dobrzy są banalni, oczywiści, cukierkowi i mdli; dopiero przeciwna strona barykady wzbudza jakiś niepokój i intryguje. Nawet jeśli ostatecznie w charakterze ich Księcia wychodzi jakieś ulizane, emowate nieporozumienie.

Aktorstwo momentami przypomina polską telenowelę, ale czasem wychodzi fajnie, więc tu kawiarka nie ma właściwie większych zastrzeżeń, bo mogło być dużo gorzej. Szczególnie korzystnie wypada Jacob – być może dlatego, że oczy ma zaklejone taśmą. Choć, mimo pewnej sympatii do tego bohatera, Fraa odczuła lekki niesmak w jednej z najważniejszych scen, skądinąd naprawdę ładnej, gdzie widzowi pokazuje się reakcję łańcuchową, a Tropiciel dyryguje rzeczywistością. Nazbyt przypominało to patent wyeksploatowany już w Spin. Oczywiście, reżyserowi mogło się to spodobać, ale jednak powinien pokusić się w końcu o coś innego, bo w końcu ileż filmów zamierza nagrać z wykorzystaniem jednego motywu?
Z innych zastrzeżeń do konkretnych scen, Fraa może wymienić pierwsze spotkanie Johna i jego dziewczyny (kawiarka nie uważa, żeby fakt, iż kobieta je jak świnia, był uroczy) czy ciągłe zdejmowanie kaptura Inkowi – bo Ink chodzi owinięty w jakieś łachmany, z twarzą ukrytą pod kapturem, z którego sterczy tylko nos. Toteż ze zdarcia tego kaptura można było zrobić coś robiącego wrażenie – pierwsze ukazanie szkaradnego oblicza Inka, scena niemal kulminacyjna. Ale kiedy to się powtarza raz po raz, w końcu widz zaczyna myśleć „Chłopie, weź ty już tego nie zakładaj, po co?”.

kadr z filmu Ink (Zmory)
Na duży plus za to można policzyć Tułaczy (Drifters) – są to istoty neutralne, nieco obłąkane i bardzo wyraziste. Fraa aż żałowała, że była ich tylko dwójka, bo chętnie zobaczyłoby się więcej tego typu bohaterów, choć przecież są drugoplanowi. Tym niemniej sceny z ich udziałem można spokojnie zaliczyć do najlepszych momentów filmu. Dużo bardziej czuć wtedy tę atmosferę snu i nierzeczywistości, niż w świetlistym lesie Gawędziarzy. Ba! Chwilami Tułacze przypominali kawiarce różnorakich obłąkanych mieszkańców planet, jakie odwiedzała załoga Lexxa.

Ogólnie Fraa nie może powiedzieć o filmie, żeby był do końca zły. Ma dobre sceny, jest ciekawy pomysł. Muzyka, choć monotonna, jest nastrojowa i całkiem przyjemna. Ciekawe są matactwa z chronologią i związane z tym zakończenie, które naprawdę miło zaskoczyło kawiarkę.
Między te wszystkie pozytywy, niestety, wkradają się gorsze sceny, irytujące slide showy, pozytywni bohaterowie, do których nie sposób się przywiązać, no i najgorsze ze wszystkiego: nachalne moralizatorstwo. A tego Fraa nie trawi. Przekaz „Kochajcie dzieci swoje” jest oczywisty od samego początku, a to sprawia, że w ogóle końcówka robi się przewidywalna (za wyjątkiem wspomnianego zaskakującego elementu). Można też doszukać się oczywiście tego, że nie liczy się piękno zewnętrzne, tylko serce i tej klasy bzdur. Jak to w tego typu moralizatorskich obrazach, fakt, że bohater awansuje w pracy, czerpie z tego radość i utrzymuje rodzinę, świadczy o tym, że bohater postępuje niewłaściwie. Blargh.
No i Zmory okazały się drobnym rozczarowaniem: widząc plakat, Fraa spodziewała się istot w bardziej komiksowej stylistyce, trochę jak z Sin City – tymczasem w takiej postaci pojawiły się one w samej końcówce.

Z całą pewnością jest to obraz nietypowy – ale czy dobry? Zdaniem kawiarki, świetny pomysł został nieco zmarnowany przez niepotrzebne udziwnienia, niewykorzystanie potencjału wielu scen i postaci oraz zupełnie paskudne moralizatorstwo. Nie może być wyżej, niż 4/10.







How are you able to do what you do?
It's all about the beat. God may have taken my sight. But I can hear the beat.
The beat?
Beat of the world. We're all part of a song, I just hear the music.
You can physically change the path of people's lives?
That's what they say.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...