poniedziałek, 14 lutego 2011

ZaFraapowana filmami (44) - "True Grit"


True Grit - plakat
Fraa była dość sceptycznie nastawiona do twórczości braci Coen. Jakkolwiek O Brother, Where Art Thou? kawiarce bardzo się podobało, to jednak traumę po To nie jest kraj dla starych ludzi ma do dziś. Toteż filmu Prawdziwe Męstwo (oryg.: True Grit) nieco się obawiała – to znaczy obawiała dawno temu, kiedy w ogóle dowiedziała się o istnieniu takiej produkcji. Jakoś jednak o tym wszystkim zapomniała, więc kiedy w ostatnią niedzielę dostała w łapki bilet na Prawdziwe męstwo, prawdę mówiąc nawet nie skojarzyła tytułu. Dopiero w kinie przypomniała sobie o czternastolatce, o jednookim szeryfie i o braciach Coen, kiedy zobaczyła tytuł w oryginale. Ale wtedy już było za późno na lęki i niepewność, za późno na szukanie recenzji czy opisów w Internecie. I dobrze.

Na początek fabuła: niejaki Tom Chaney (Josh Brolin) zabija ojca czternastoletniej Mattie Ross (Hailee Steinfeld). Dziewczynka postanawia pomścić rodziciela i doprowadzić mordercę na szafot. Jest jednak realistką – sama niczego nie zwojuje, toteż wynajmuje szeryfa, Roostera Cogburna (Jeff Bridges), żeby złapał przestępcę, który tymczasem ucieka na terytorium Indian. Jednocześnie okazuje się, że za Chaneyem podąża nieco lalusiowaty strażnik z Teksasu, LaBoeuf (Matt Damon).

Tyle fabuły, żeby nie robić strasznych spojlerów.

Pora natomiast wspomnieć o tym, że to wszystko już było. W 1969 roku w rolę Cogburna wcielił się sam John Wayne. I, mimo całej sympatii do tego aktora, Fraa musi powiedzieć, że wersja Prawdziwego męstwa z 2010 roku jest o niebo lepsza.
Przede wszystkim, kawiarka nie lubi wciskania jej dorosłego babska jako młodziutkiego dziewczęcia, a tak się działo w filmie z Waynem: Mattie Ross zagrała Kim Darby, mająca wówczas dwadzieścia dwa lata. Dwudziestodwulatka, choćby niebywale się starała, wypadnie blado jako czternastolatka. Produkcja braci Coen ma tę przewagę, że Heilee Steinfeld istotnie jest w tym samym wieku, co odgrywana przez nią postać, dzięki czemu całość zyskuje na wiarygodności i nie ogląda się tego z kwaśnym uśmiechem w stylu „jaaaaaasne, i co jeszcze?”.
Dalej: Joel i Ethan Coen pominęli cały początek, przyczynę, czyli śmierć ojca Mattie, a ich film zaczyna się, kiedy dziewczynka przyjeżdża po zwłoki. To jest całkiem rozsądny zabieg: jakby nie patrzeć, tak naprawdę przecież nie o ojca się rozchodzi. Ojciec został zastrzelony, dobra, bogowie z nim. Widza nie obchodzi ojciec, tylko Mattie, Cogburn i LaBoeuf. Bracia Coen zrezygnowali więc z przynudzania i postawili od razu na główną akcję.
W ogóle obejrzenie obu filmów daje ciekawe możliwości, jak na przykład porównanie pewnych powtarzających się scen i sposobu ich ujęcia. Przykładem tutaj może być wieszanie trzech przestępców na samym początku. W produkcji z 1969 roku, uwaga widza koncentruje się na zgromadzonych ludziach, na ich reakcjach. Skazańcy to bezbarwne postacie w identycznych strojach, które niemal od razu się zapomina. Tymczasem u braci Coen jest odwrotnie – to tłum jest bezbarwny, natomiast wieszani mężczyźni mają historie. Mają ostatnie słowa, indywidualne charaktery, ba! Przecież jeden z nich jest Indianinem!
Choć akurat sama scena z przemówieniami skazańców nie jest niczym nowym – sprawdziło się już w kilku westernach, a bracia Coen powtórzyli utarty manewr. Trudno jednak mieć pretensje: skoro manewr ten jest po prostu fajny, to czemu by go nie wykorzystać?

kadr z filmu True Grit (od lewej: Cogburn, LaBoeuf)
Nie można jednak tak do końca mieszać z błotem pierwszej wersji Prawdziwego męstwa: pomijając zawsze fantastycznego Wayne'a, są i inne zalety. Większość dobrych, charakterystycznych tekstów i humoru to niemal cytaty z filmu z 1969 roku: „Jeśli ma panienka ochotę go pocałować, to proszę” przedsiębiorcy pogrzebowego, wszelkie co bardziej błyskotliwe fragmenty dialogu Cogburna z prawnikiem w sądzie („Zazwyczaj jeśli się cofam, to do tyłu” i tak dalej) i inne kwestie.

Bracia Coen z fantastycznym wyczuciem wyłuskali z filmu z 1969 roku to, co najlepsze, a to, co gorsze, zmienili tak, żeby było lepsze. Pomijając Mattie Ross, która zdecydowanie lepiej wypada w remake'u, historia jest po prostu odświeżona, lepiej dostosowana do współczesnego widza. Choćby chodzi tu o poziom brutalności – nowe Prawdziwe męstwo nie boi się tryskającej krwi, poodcinanych palców i gnijących wisielców. To, w połączeniu z zaczerpniętym z wcześniejszej produkcji humorem, sprawia, że film robi ogromne wrażenie – jest w nim pełen wachlarz emocji: od śmiechu po obrzydzenie.

Raz jeszcze Fraa musi tutaj wyrazić zachwyt nad kreacją bohaterów.
Świetna Steinfeld staje na wysokości zadania i kawiarka ma szczerą nadzieję, że z dziewczyny „będą ludzie”. Bo jeśli jest tak dobra jako czternastolatka, to pozostaje tylko zaciskać kciuki, by nie popsuła się przy okazji wchodzenia w dorosłość.
Choć Fraa tak naprawdę nie lubi Jeffa Bridgesa, tym razem musi uchylić przed nim kapelusza – nowy Cogburn co prawda nie przypomina tego Wayne'owskiego, ale jest równie świetny. Nie ma co się oszukiwać: postacie grane przez Johna Wayne'a są dość podobne do siebie. Zawsze twardziel, mniej lub bardziej pozytywnie zakręcony, ale zawsze wzbudzający sympatię. Tymczasem Cogburn Bridgesa budzi mieszane uczucia: kawiarka a to go lubiła, a to stwierdzała, że jednak to tylko mocny w gębie pijak, który – gdy przychodzi co do czego – zabiera grabki i idzie do innej piaskownicy.
Podobnie miała się sprawa z LaBoeuf'em (pomijając już fakt, że Fraa w ogóle nie poznała, że to Matt Damon – i dobrze, bo nie pała do tego aktora jakąś wielką namiętnością): w trakcie filmu zmienia się stosunek widza do bohatera. Choć tutaj akurat kawiarka musi jeszcze raz zaznaczyć plus filmu z Waynem: otóż nazwisko strażnika Teksasu jest czytane „labif” – Fraa, która (bójcie się bogowie!) trochę miała do czynienia z językiem francuskim, momentalnie zaczęła się zastanawiać, dlaczego właściwie tak się to wymawia. W westernie z 1969 roku ta kwestia jest poruszona: bez wdawania się w szczegóły, ale pojawia się uwaga, że po francusku byłoby inaczej, ale że on to wymawia tak i już. Czegoś w tym stylu kawiarce zabrakło w filmie braci Coen.

kadr z filmu True Grit (Mattie Ross)
Jedno, do czego Fraa faktycznie mogłaby się przyczepić, to zakończenie. Nie chodzi o to, czy jest złe czy niedobre, ale o jego charakter – „xx lat później”. Fraa w ogóle nie lubi wszelkich motywów ileś-lat-później. Trzej Muszkieterowie po dwudziestu latach ją przybijali. Robin Hood kilkadziesiąt lat później był niebywale depresyjny. W True grit również pojawia się ten element i – jak zwykle – jest nieco dołujący. Szczerze mówiąc, kawiarka naprawdę wcale by nie płakała, gdyby całość skończyła się paręnaście minut wcześniej.

Fraa, jak zwykle zresztą, napisała strasznie chaotycznie. Ale próbując to jakoś podsumować: film bardzo się podobał. Jakiś czas temu kawiarka wspominała, że obecnie trudno o dobry western, bo albo durne, albo słaba obsada, która nijak nie może konkurować z niegdysiejszą, albo zbyt rozmemłane, albo jeszcze coś. Jest kilka wyjątków od tej reguły: Propozycja, Deadwood... a teraz również True grit. To naprawdę radosna nowina, bo może oznaczać, iż western w końcu odbił się od dna i jest jeszcze nadzieja. Kawiarce naprawdę bardzo przypadł do gustu ten film – uwzględniając to, że wiele z pozytywów zawdzięcza pierwowzorowi z Waynem, ocena będzie 8/10 (to się robi częsta ocena, prawda...?).






And, returning to the encounter with Aaron and his two remaining sons, you sprang from cover with your revolver in hand?
I did.
Loaded and cocked?
If it ain’t loaded and cocked it don’t shoot.
And like his son, Aaron Wharton advanced against an armed man?
He was armed. He had that axe raised.
Yes. I believe you testified that you backed away from Aaron Wharton?
That is right.
Which direction were you going?
I always go backwards when I’m backing up.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...