czwartek, 27 stycznia 2011

ZaFraapowana filmami (41) - "Rambo II"


Rambo II - DVD

Kiedy Epimeteusz dobrał się do posagu Pandory, w pierwszej chwili na świat wypełznął katar. Potem puszka mogła nawet zostać zamknięta, wszystko jedno. Katar już tu był. To katar odpowiedzialny jest za całe zło tego świata, Fraa to wie.
Przyparta do muru tą przypadłością, kawiarka naprawdę długo kombinowała, co w takiej sytuacji może robić – czytanie z całą pewnością odpadało, jako że wymagałoby opuszczenia głowy, a na to katar tylko czeka. Gapienie się na ścianę po półtorej godziny powiało z lekka monotonią. Nawet biorąc pod uwagę fakt, że Fraa w międzyczasie przerzuciła się na inną ścianę.
Ostatecznie więc padło na film – Rambo II (oryg.: Rambo: First Blood Part II) z roku 1985, w reżyserii George'a P. Cosmatosa.
Tutaj należy się parę słów wyjaśnienia: oczywiście, zgodnie z powszechnie przyjętą kolejnością liczenia, Fraa powinna najpierw popełnić wpis o pierwszej części tego cyklu z Sylvestrem Stallone w roli głównej. Nie zrobi tego jednak – bo nie. Widziała tamten film już jakiś czas temu, wspomnienia ma bardzo dobre, może kiedyś jeszcze obejrzy, ale wątpi, żeby była w stanie wyłuskać z siebie jakąś sensowną opinię na ten temat. Tym bardziej, że dzisiaj i tak pojawią się tu pewne porównania, więc można uznać, że kawiarka załatwi oba filmy z jednym zamachem.

Cóż więc otrzymuje widz, kiedy sięga po Rambo II? Otóż John Rambo, osadzony na osiem lat w kamieniołomach za rozróbę z oregońską policją, dostaje szansę wyjścia na wolność, jeśli wróci do Wietnamu i podejmie się pewnej misji. Bohater zgadza się w zasadzie bez mrugnięcia. Rzeczona misja ma polegać cyknięciu paru zdjęć obozowi w dżungli, ale Rambo odnajduje tam amerykańskich jeńców i – wbrew rozkazom – postanawia ich uwolnić, tym samym wypowiadając wojnę zarówno Wietnamczykom, jak i radzieckim komunistom, ale też amerykańskim biurokratom i politykom. Towarzyszy mu dzielna agentka wywiadu, Co Bao (Julia Nickson-Soul).

Najgorsze jest to, że tego typu opis właściwie wyczerpuje temat. Film jest prostą, płytką siekaniną, bez cienia dramatu z części pierwszej. John Rambo z człowieka o drastycznie okaleczonej psychice staje się zwykłym twardzielem, który idzie walczyć za ojczyznę. Jego patriotyzm jest irytująco nachalny, zaś wszelkie nawiązania do poprzedniego filmu z serii – mocno naciągane. Bo co prawda w rozmowie z Co Bao Rambo mówi, że wrócił z wojny i trafił na inną wojnę – tylko kogo obchodzi takie mówienie? Próba streszczenia pierwszej części w jednym, krótkim zdaniu jest z góry skazana na niepowodzenie, bo nie da rady w ten sposób oddać emocji, jakie towarzyszyły bohaterowi – i widzowi zarazem – od pierwszych sekund filmu. Informacja, że trafił na tę inną, „cichą” wojnę, jest jedynie zarysem fabularnym, zresztą znacznie uproszczonym i spłyconym, jak każdy zarys fabularny.
Fakt faktem, przynajmniej pojawiła się próba nawiązania do Pierwszej Krwi.
Inaczej rzecz się miała w początkowej scenie, w której głównego bohatera odwiedza w kamieniołomie pułkownik Trautman (Richard Crenna) i proponuje mu powrót do Wietnamu. Jak Fraa wspomniała, John niemal od razu wyraża zgodę. Po obejrzeniu pierwszej części, kawiarce naprawdę trudno uwierzyć w tak tragiczną niekonsekwencję tytułowej postaci. Facet totalnie zniszczony przez tę wojnę, zjadany od środka przez fobie i prześladujące go wizje z przeszłości, teraz nagle nie widzi najmniejszego problemu w powrocie do dżungli, z której z takim trudem się wyrwał.

kadr z filmu Rambo II
Osobną sprawą jest to, że film jest przegadany. W pierwszej części John Rambo bardzo oszczędza głos. Dzięki temu jeśli już coś powie, to robi to o wiele większe wrażenie – świadczy o jakimś przełamaniu się, zwiększa znaczenie wypowiadanych słów. Tymczasem w dwójce kazano bohaterowi paplać komunały o wojnie, marzeniach czy patriotyzmie, które, niestety, jedynie nużą.

W ogóle Fraa ma wrażenie, że sam Sylvester Stallone po prostu w Rambo II nie popisał się jako aktor. O ile w Pierwszej Krwi przeżywa się wszystko razem z bohaterem (tak, tak – obok Króla Lwa i kreskówki o pieskach na śmietniku, której tytuł zaginął w mrokach niepamięci wiele lat temu, Rambo: Pierwsza Krew to film, na którym kawiarki płaczą), o tyle w tym przypadku Fraa mogła najwyżej od czasu do czasu zerkać na zegarek. Częściowo to wina tego, o czym była mowa powyżej: przegadania. Mowa ciała, spojrzeń, gestów jest dużo wymowniejsza od ględzenia. W pierwszej części widz miał do czynienia właśnie z tym pierwszym.
Ponadto, skoro już przerzucono zadanie przekazywania emocji na słowa, nie trzeba było starać się nad pracą fizjonomii, w efekcie czego widz dostaje człowieka-klocka, z tym samym wyrazem twarzy przez półtorej godziny. I Fraa pisze to ze smutkiem, bo Stallone'a bardzo lubi i ceni go jako aktora.

Ewidentnie też postawiono na tanie efekciarstwo i straszliwą przewidywalność. Wątek romansowy w stylu „kompletnie się nie znamy, ale pobiegaliśmy jeden dzień po dżungli, więc na pewno jesteśmy dla siebie stworzeni” pasuje do bohatera jak pięść do nosa, ale konwencja zobowiązuje: jest amerykański bohater, musi być i dziewczyna bohatera. Dorzucenie do puli paskudnych sowietów pokroju podpułkownika Podovsky'ego (Steven Berkoff, Anglik, swoją drogą) i sierżanta Yushina (Voyo Goric) tylko dodaje kiczowatości.

Fraa wcale się nie dziwi, że Rambo II dostał Złotą Malinę za scenariusz. Chociaż uważa, że Stallone parę razy został umaliniony niesłusznie (Oskar, Sędzia Dredd, Zabójcy), to jednak tym razem filmu nie da się ocenić inaczej, niż jako zupełny niewypał. Może gdyby nie „Rambo” w tytule, kawiarka mogłaby potraktować tę produkcję jako przeciętny film akcji, gdzie mają dużo biegać, strzelać i ratować świat przed komunistami. Ale tutaj, niestety, Fraa miała wyższe oczekiwania przez wzgląd na pierwszą część.
Przykro patrzeć, że w całość zamieszany był James Cameron, który na koncie ma przecież kilka fenomenalnych filmów. Z kolei napawa lękiem świadomość, że reżyser Rambo II odpowiedzialny jest też za Tombstone, na które Fraa od jakiegoś czasu ostrzy sobie zęby. Zaistniała właśnie obawa, że sobie te zęby na westernie z 1993 roku połamie.
Wielkie rozczarowanie i 2/10.





Tratatatatatata! Srutututututu! Bum! BUM! JEBUT! Tratatatatata!



PS. A jedyny pozytyw, jaki wynikł z produkcji tego filmu, to:


(nawet jeśli musical o Conanie i tak jest lepszy...)
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...