sobota, 22 stycznia 2011

ZaFraapowana filmami (40) - "Deadwood"


Deadwood - plakat
Westerny zazwyczaj sprowadzają się do filmów pełnometrażowych. Czasy Bonanzy czy Cimarron Strip minęły, nawet Doktor Quinn nie jest już pierwszej młodości. Zresztą, co tu wiele mówić – nowsze westerny ogólnie pozostawiają wiele do życzenia. Albo idiotyczna i prosta jak konstrukcja cepa fabuła (Szybcy i martwi), albo nie ma rozmachu, jakiego można by się spodziewać (Jonah Hex), albo jest to remake, z braku dobrych, nieirytujących i charyzmatycznych aktorów bez porównania gorszy od oryginału (Legenda Butcha i Sundance'a, 3:10 do Yumy). Fraa na palcach jednej ręki zliczyłaby fajne westerny z XXI w. A fajne westernowe seriale – na palcach... jednego palca: Deadwood.

Deadwood to serial ze stajni HBO, powstały w latach 2004-2006. Nakręcono trzy sezony – po dwanaście odcinków każdy – a na dalsza produkcję, wedle plotek, jakie Fraa czytała, zabrakło funduszy. Taka powściągliwość względem tego akurat serialu dziwi, bo – jak można przeczytać na oficjalnej stronie – Deadwood było nominowane do 22 nagród Emmy, 7 z nich wygrało, ponadto Ian McShane został nagrodzony Złotym Globem za rolę Ala Swearengena. Choć, jeśli wierzyć z kolei innym plotkom, wyprodukowanie jednego odcinka kosztowało około 6 milionów dolarów, co może skutecznie zniechęcać do kręcenia westernowego tasiemca.

Zacząć należałoby chyba od zarysu fabuły: śmiało można powiedzieć, że głównym bohaterem serialu jest tytułowe Deadwood – jeszcze nie miasteczko, a raczej prężnie rozwijający się obóz poszukiwaczy złota. Widz pozna zarówno jego stałych mieszkańców, jak i postacie będące tam przejazdem. Z tego względu nie da się raczej wyłowić jednego, głównego tematu – losy bohaterów przeplatają się, tworząc wielowątkową opowieść o Deadwood.
Rzecz się dzieje w 1876 roku, widz ma okazję być świadkiem całkiem historycznej epidemii ospy i poznać historyczne postacie, takie jak Al Swearengen, Seth Bullock, Sol Star, Dziki Bill Hickok, Calamity Jane, Colorado Charlie, pastor Smith, E.B. Farnum i inni. Ale o bohaterach później.
Tu pojawia się pewien szkopuł, choć Fraa chce wierzyć, że wynikł on z racji nagłego urwania serialu, który początkowo miał być dalej kręcony, a nie z braku pomysłów czy z niedopatrzenia – co prawda część wątków łączy się z innymi dość luźno, ale są i takie, które nijak się nie łączą. Pojawiają się bohaterowie, tacy jak Wyatt i Morgan Earp, i zupełnie nic z tego nie wynika, widz nawet nie wie, co się z nimi dalej stało. Albo nowa prostytutka w salonie Western Union – Fraa zachodzi w głowę, po co ta kobieta pojawiła się w serialu. Tylko po to, żeby w dramatycznym momencie machnąć cyckiem, czy może jej rola miała być większa w kolejnym sezonie?
Tego typu wstawki trochę kawiarkę drażnią i psują kompozycję całości. Z drugiej strony, trudno byłoby kręcić serial o Deadwood i nie wspomnieć o jednym z najsłynniejszych rewolwerowców Dzikiego Zachodu, skoro istotnie odwiedził to miasto.

Deadwood to przede wszystkim charaktery. Plenerów widz nie uświadczy, akcja rozgrywa się głównie w kilku wnętrzach i na błotnistej, zatłoczonej uliczce. Jedną z największych pokazywanych przestrzeni jest cmentarz Mount Moriah.
Najważniejszym miejsce, do którego chodzą bohaterowie, gdy w Deadwood dzieje się cokolwiek istotnego, jest saloon Swearengena, Gem. Gem to azyl dla rannych i wystraszonych, centrum dowodzenia, sala audiencyjna, wieża obserwacyjna i burdel w jednym. Wszędzie może panować bezhołowie, ale w lokalu Ala to Al ustala zasady. Dzięki temu to właśnie jego saloon daje poczucie bezpieczeństwa, choć przecież właściciel to jeden z najokrutniejszych i najbardziej niebezpiecznych bohaterów serialu.
Konkurencyjny saloon, Western Union, nie robi już takiego wrażenia – to po prostu saloon, większy i bardziej elegancki, niż Gem, ale zdecydowanie mniej ważny. Inne lokacje w miasteczku – burdel, sklep z narzędziami, hotel czy mieszkanko doktora – też nie mają tej mocy, jaką ma lokal Ala Swearengena.

kadr z serialu Deadwood (Al Swearengen)
Magia miejsca wynika oczywiście z charakteru właściciela. I tu należy przejść do bohaterów.
Al Swearengen (Ian McShane) to postać autentyczna. Pierwszy właściciel saloonu w Deadwood, człowiek sprytny, stanowczy nie stroniący od zabijania. Filmowy Al ma wszystkie te cechy. I mimo to, nie da się go nie uwielbiać. Jest to postać niesamowicie charyzmatyczna i, paradoksalnie, dająca poczucie bezpieczeństwa. Trzęsie całym miastem, ale jednocześnie jest jego opiekunem. Relacje między Swearengenem a jego prostytutkami, które wyjaśniała jedna z nich (że Al je bije i krzyczy na nie, jest ich utrapieniem, ale jeśli dzieje się coś złego, to każda pójdzie właśnie do niego), swobodnie można rozciągnąć na relacje Ala z całym Deadwood. Szalenie udany bohater.

Mniejszy zachwyt w kawiarce wzbudził Seth Bullock (Timothy Olyphant, a Fraa nadal uważa za zabawne, że ktoś ma na nazwisko jak słoń z Haradu albo afrykański czołg), również postać autentyczna, szeryf z Montany. Początkowo plusował, otwierająca serial scena pokazuje, że nie jest to mdły pozytywny hero, tylko facet z jajem. Potem jednak okazało się, że Seth to człowiek właściwie dość nieporadny i jeśli gdzieś nie pomaga użycie siły, to Bullock nie ma tam czego szukać. Jedno, do czego się nadawał, to obijanie kolejnych mieszkańców Deadwood i pocieszanie wdów, w czym miał już pewne doświadczenie (choć to akurat jest element fikcyjny, tak samo jak syn Setha, który powinien być córką). W pozostałych momentach Bullock łypie spode łba spojrzeniem mówiącym „trzymajcie mnie, tylko ostatkiem sił powstrzymuję się od wyrywania płuc małym, puchatym króliczkom!”.
W tym miejscu wkracza Sol Star (John Hawkes). To znaczy Sol wkracza już na samym początku (postać autentyczna, przyjaciel Bullocka), ale to jest dobra chwila, żeby o nim wspomnieć. On, Żyd z Austrii, i Seth stanowią parę iście Heglowską. Bullock to bohater, wybitna jednostka, podczas gdy Sol to jego kamerdyner. Jak to Żyd, zajmuje się handlem i finansami. Pilnuje tych przyziemnych spraw, podczas gdy Seth pochłonięty jest masakrowaniem czyjejś twarzy.
kadr z serialu Deadwood (od lewej: Sol, Seth, Dziki Bill)
Podobnie, a właściwie to jeszcze silniej, objawia się to w przypadku kolejnych postaci: Dzikiego Billa Hickoka (Keith Carradine) oraz Charliego Uttera (Dayton Callie), zwanego Colorado Charlie, choć nie w serialu. Z tym że, w przeciwieństwie do Setha, Fraa niesamowicie uwielbia Hickoka. Kiedy tylko pojawił się na scenie, kawiarka zakrzyknęła w myślach: „To Dziki Bill! Hurra!”, choć nie wiedziała nawet, że ma on pojawić się w serialu. Ten amerykański bohater narodowy został przedstawiony jako człowiek przede wszystkim chyba zmęczony. Zmęczony ciągłą potrzebą udawania kogoś, kim nie jest. Zdecydowany pozostać wiernym sobie. Przez to, naturalnie, mocno „nieżyciowy”, w związku z czym kamerdynerska rola Charliego była wyraźniejsza niż Sola. Charlie dbał o relacje Billa z innymi, o finanse, starał się znaleźć sposób zarobku dla przyjaciela, podczas gdy Hickok nie dbał nawet o jedzenie.

Skoro już o Dzikim Billu mowa, to można tutaj wspomnieć o Jane (Robin Weigert) – w serialu pojawia się jedynie jej nazwisko, Cannary, a mowa oczywiście o słynnej Calamity Jane. Weigert genialnie zagrała zapijaczonego babochłopa. Jane jest bardzo przekonująca: z jednej strony, jak sama mówi o sobie w jednej ze scen, tylko ona ma tam jaja, ale z drugiej, jednak bardzo często okazuje słabość – mięknie zarówno na widok Billa (Fraa się nie dziwi, też by robiła do niego maślane oczy), jak i Swearengena (Fraa też się nie dziwi, choć tutaj akurat przyczyny słabości pewnie są inne, bo Jane Ala po prostu się boi, a kawiarka – wielbi). I nie jest to jakaś plastikowa dziunia, o której ktoś powie albo napisze, że jest silna i wrażliwa jednocześnie, a widz ma to kupić. Ona po prostu jest silna i wrażliwa. Zresztą, odpowiednio nakierowana wrażliwość też staje się w jej przypadku siłą, co dostrzega i umiejętnie wykorzystuje doktor, zlecając Jane prace pielęgniarskie.

No właśnie – Doc Cochran (Brad Dourif aka Grima Smoczy Język), kolejna fascynująca postać w serialu. Człowiek honoru, który widzi, co się dzieje dookoła, i wie, jak się musi wobec tego zachować. A metoda jest prosta: nie wychylać się. Nie mówić nikomu o niczym, po prostu robić swoje. Wbrew tym zasadom, są momenty, w których doktor traci cierpliwość i wyraża swoje zdanie i, co więcej – jako że nikt się nie kwapi, żeby go zastąpić, a jest jedynym lekarzem w miasteczku – tak naprawdę chyba tylko on może sobie na to pozwolić. Jedna z bardziej przejmujących scen serialu to ta, w której doktor modli się w swoim domu. Na kawiarce zrobiło to ogromne wrażenie.

Wyliczanie bohaterów można by ciągnąć jeszcze długo, ale nie o to chodzi. Rzecz w tym, że postacie są niesamowicie wyraziste, charyzmatyczne, niepowtarzalne. Przy kilku pierwszych odcinków Fraa nieco zbaraniała, bo okazało się, że nie potrafi wskazać bohatera, o którym mogłaby powiedzieć, że go nie lubi. Zazwyczaj sympatią darzy się główną postać, ewentualnie kilka głównych, a resztę traktuje drugoplanowo, tymczasem kawiarka uwielbiała wszystkich jednakowo. Z czasem nieco to się zmieniło, ale nadal grupa lubianych bohaterów przedstawia się nadzwyczaj bogato. Będzie tam wielebny Smith (Ray McKinno), z początku nieco denerwujący, ale ostatecznie Fraa ocenia go bardzo pozytywnie; będzie Czarny Generał, Dan Dority (W. Earl Brown), człowiek Swearengena od brudnej roboty – choć w jego przypadku akurat pojawia się pewna niekonsekwencja w ciągu kolejnych sezonów. W drugiej serii Dan staje się nagle bardziej wygadany, ale w trzeciej znów upodabnia się do siebie z pierwszego sezonu. Będzie też Johny Burns (Sean Bridges), nierozgarnięty, acz przesympatyczny człowiek Swearengena, pan Wu (Keone Young) – niesamowity Chińczyk, szef Deadwoodskiego Chinatown, a także wiele innych, zapadających w pamięć postaci.

Trzeba przy tym wszystkim pamiętać, że to nie jest serial historyczny. W wielu szczegółach historia i to, co pokazano w Deadwood, rozbiega się. Tym niemniej najważniejsze zdarzenia, jak wspomniana już epidemia ospy czy przyjazd generała Crooka, zgadzają się z rzeczywistością.

Następna sprawa, to dialogi. Cóż – Fraa musi przyznać, że tłumacz miał nie lada wyzwanie przed sobą. Jeśli ktoś pamięta skecz Macieja Stuhra o tłumaczach, to mniej-więcej wie, czego się spodziewać. Rzecz w tym, że język bohaterów jest dopasowany do ogólnie brutalnej wizji Dzikiego Zachodu. A więc bardzo gęsto lecą różnego rodzaju „fuck” i „cocksucker”, do tego stopnia, że kiedy Fraa oglądała trzy odcinki bez tłumaczenia, miała kłopot z wydłubaniem spomiędzy tego treści. Tym niemniej po polsku można ten serial puszczać do posłuchania trzylatkom, bo „cocksucker” zamieniono na „ludzie”, „fuck” wycięto bez zamienników, a najgorsze, co się pojawia, to „cholera”. No dobrze, Fraa troszeczkę przesadza, gdzieś jeszcze był „fiut”, a raz nawet „lachociągi”, ale to najwyraźniej tłumaczowi coś się pomyliło, bo więcej tego błędu nie popełnił. To stosunkowo zabawne, kiedy słychać zdanie w oryginale i w wykonaniu lektora – i te zdania tak fantastycznie nie mają ze sobą nic wspólnego.
„– Are these rumors true, that you're descended from the British nobility?
– I'm descended from all them cocksuckers.”
czyli:
„– Nadają, że wywodzisz się z angielskiej szlachty. Czy to prawda?
– Prawda.”
Albo nieco dalej:
„– I may fucked my life up flatter that hammered shit, but I stand here before you today beholden to no human cocksucker.”
czyli:
„– Może i zszedłem na psy, ale przynajmniej przed nikim nie zginam karku.”
Już Fraa nie wspomni o tym, że na przykład „motherfucker” raz jest przetłumaczone jako „dusigroszu”.
Ale idiotyczność tekstu to domena nie tylko polskiego przekładu. Bohaterom też zdarzało się palnąć coś, nad czym Fraa musiała się dłużej zastanowić. Na przykład: „Potraktowałeś mnie jak dobry Samarytanin wędrowca z Jeruzalem” – niby wszystko w porządku, ale mówi to kobieta do mężczyzny po tym, jak mężczyzna się z nią przespał. A więc znów Biblia: wydanie dla nauczycieli, czy jak? Albo coś innego: „Maddie nie bała się żadnego mężczyzny. Moja mama bała się ojca, ja bałam się siostry, ale Maddie nie bała się żadnego mężczyzny.” – Fraa wnioskuje z tego, że siostra osoby wypowiadającej te słowa była mężczyzną.

kadr z serialu Deadwood (od lewej: Al, Seth, Dan, Johny)
Serial ma ponadto naprawdę niesamowity klimat. Jak już kawiarka wspominała, to dość brutalna wizja Dzikiego Zachodu. Ponieważ Deadwood nie jest miastem o uregulowanej administracji, podległym przepisom któregoś ze stanów, panuje bezprawie i przemoc. Śmierć może nadejść zewsząd. Muzyka jest tu świetnie dopasowana i, choć Fraa nie może wskazać żadnego konkretnego utworu, to musi stwierdzić, że od tej strony serial również prezentuje się doskonale. Obok tej brutalności, są momenty mniej lub bardziej wzruszające, wrzynające się w pamięć – między innymi wspomniana już modlitwa doktora, ale też relacje tegoż doktora z kaleką Jewel, nocne rozmowy Jane i Billa na cmentarzu czy pastor Smith słuchający pianina.
Klimat zresztą zmienia się w trakcie kolejnych sezonów. To, co początkowo jest osadą pełną rewolwerowców i poszukiwaczy złota, z czasem staje się miastem. Zamiast ludzi pokroju Dzikiego Billa, pojawiają się bogaci przedsiębiorcy i ubodzy aktorzy, ewidentnym znakiem czasów jest telegraf. W kawiarce wywołało to nawet pewien żal, bo – zwłaszcza w ostatnim sezonie – rozchodzi się już raczej o politykę i biznes, brakuje dzikości z pierwszej serii.
Dlatego też Fraa ostatecznie stwierdziła, że może to i lepiej, że nie pojawiły się kolejne sezony. Deadwood coraz bardziej by się cywilizowało, na Calamity Jane coraz bardziej brakowałoby miejsca (już pod koniec pierwszego sezonu zaczęła nie pasować do reszty, była tylko łącznikiem między starymi a nowymi czasami), coraz więcej przestępstw byłoby popełnianych w białych rękawiczkach – a Fraa nie po to ogląda western, żeby oglądać grubych przedsiębiorców zawierających kolejne transakcje i z nostalgią wspominać pierwsze odcinki.
Choć przyznać trzeba, że trzeci sezon nieładnie się urywa, ewidentnie coś jeszcze powinno być, choćby jeden kończący całość odcinek.

Fraa długo wahała się nad oceną. Ostatecznie jednak stwierdziła, że nie może dać niższej niż 10/10, biorąc pod uwagę Ala Swearengena, Dzikiego Billa Hickoka i wiele innych elementów. Drobiazgi wybacza, a o przekład nie może przecież obwiniać serialu.







Zatem może jest pan jak Sokrates, a ja niczym Alcybiades?
– … Chce mnie pan przelecieć?


PS. I jak, do stu demonów Chaosu, odmienia się w miejscowniku imię „Wyatt”?
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...