środa, 8 grudnia 2010

Granie na Fraakranie (12) - World of Warcraft: Cataclysm



(źródło)
W swoim czasie Fraa już pisała o WoW-ie jako takim. Wspominała tam również o mającym nadejść dodatku. Otóż Cataclysm – bo to o niego się rozchodzi – miał premierę wczoraj (7. grudnia), czas więc na opis pierwszych wrażeń

Cataclysm nie jest takim dodatkiem jak dwa poprzednie. One sprowadzały się do tego, że dodawano jeden kontynent, jakieś rasy lub klasy (no dobra, jedną – death knighta) i jazda. I jakkolwiek Fraa bardzo lubi Northrend, który – cytując – „cały wygląda jak skandynawska wiocha”, to jednak była wyraźna granica: tu się kończy podstawka, potem postać przechodzi przez portal i oto jest w dodatku The Burning Crusade. Później z kolei wsiada na zeppelina i leci do Wrath of the Lich King.
W przypadku Cataclysmu jest zupełnie inaczej. Cataclysm polega nie tylko na dodaniu czegoś, ale też na potężnym zmodyfikowaniu tego, co istniało od podstawki. Wpływa na kształt całej rozgrywki, od pierwszego poziomu.

Najpierw może intro, bo najsprawniej i najładniej pokaże zarys fabularny ostatniego dodatku:


Deathwing – jeden z pięciu Aspektów, stworzonych przez Tytanów z potężnego i ogromnego proto-dragona Galakronda do opieki nad Azeroth – który do tej pory czaił się w Deepholmie, lizał rany i zbierał siły, w końcu wydostaje się na powierzchnię. A skoro już się wydostaje, to zaczyna siać chaos i zniszczenie, zostawiając za sobą jeno spaloną ziemię. Proste.
Natomiast zagadnieniem dużo bardziej złożonym są konsekwencje uwolnienia się Deathwinga.

I tutaj właśnie należy wspomnieć, że całe to zdarzenie miało miejsce na długo przed premierą dodatku – zmiany, jakie zaszły wskutek pojawienia się smoka na horyzoncie, wprowadził jakiś czas temu patch, tym samym mogli je odczuć wszyscy gracze, choćby mieli wykupioną jedynie podstawkę. To właśnie tak się spodobało kawiarce: przeniknięcie Cataclysmu do samego rdzenia gry. Patch odświeżył cały Azeroth, sprawił, że znów chce się w to bawić (a Fraa jakiś czas temu niemal już postanowiła, że nie wykupi nowego pre-paida, bo WoW zrobił się nieco nudny – ileż można szlajać się po Icecrown Citadel i robić te same daily questy...?). Pojawiły się nowe kombinacje rasowo-klasowe (kawiarcza ulubiona opcja sprzed premiery dodatku: nieumarły hunter), a część terenów i questów zmieniła się nie do poznania. Również przed premierą dodatku można było nabyć tabarda i ruszyć na podbijanie sobie reputacji z goblinami (pewnie z worgenami też, Fraa nie wie, nie sprawdzała, przecież kto chciałby mieć wysoką reputację z czymś, co ma pchły i liże się po jajkach? Zresztą, w ogóle kto chciałby być po stronie aliantów...?). Zresztą, pierwszy dzień po wprowadzeniu patcha upływał i tak w większości na lataniu w tę i z powrotem po całym Azeroth i podziwianiu samych zmian terenu. A te miejscami są istotnie znaczące – właściwie dość dobrze widać to w intrze: posąg goblina przy Booty Bay uległ dotkliwym zniszczeniom (Oposie, może Piratka się ucieszy wiedząc, że Blizzard pozazdrościł Oj-Gobbosa i postanowił też takiego zrobić...?), tak samo tama w Loch Modan czy dwie wieże Stormwind, na których przysiadł Deathwing, z kolei Thousand Needles zalała woda (na czym, zdaniem kawiarki, kraina ta sporo zyskała). Oczywiście, zniszczeń i modyfikacji jest dużo więcej. Barrens zostało rozorane na dwie części, Azshara... Azshara to szczególnie ciekawy przypadek, bo zamieszkały ją gobliny, które – poza wybudowaniem przez całą krainę fantastycznego toru do podróżowania rakietą – przerobiły linię brzegową na symbol Hordy.
Azshara przed i po katakliźmie

Kto nie chciałby mieć takich sojuszników?

Obok ukształtowania terenu, zmieniły się relacje między poszczególnymi frakcjami. Trolle odzyskały Echo Isles (zresztą, event z tym związany pojawił się sporo przed patchem), a Thralla zastąpił Garrosh Hellscream. To zaś niekoniecznie spodobało się innym, wskutek czego stosunki między rasami w obrębie Hordy są bardzo napięte. Dołączyły też gobliny, ale znów – nie wygląda to wcale różowo, a Trade Prince, przywódca goblinów, to gość ze wszech miar podejrzany.
Znów – Fraa nie do końca wie, jak kształtują się relacje w Sojuszu, ale na pewno gnomy opuściły Ironforge i odzyskały Gnomeregan (no, walki właściwie dalej trwają, ale zasadniczo stolica została odzyskana).
Na tym tle na przykład bardzo biednie przedstawiają się krwawe elfy, których questy i krainy praktycznie są niezmienione, więc w chwili obecnej to rasa, która nie ma za bardzo czym konkurować z innymi.
Bardzo mocno z kolei widać wpływ Cataclysmu na nieumarłych. Od pierwszej chwili, w której gracz zaczyna martwy, a wskrzesza go jedna z Val'kyr, które niegdyś służyły Lich Kingowi. Potem przychodzi czas na questy w Silverpine Forest – no i tam zaczyna się prawdziwa jazda, bo są one fantastyczne: urozmaicone, z bardzo silnie wyeksponowanym elementem fabularnym, wciągają bez reszty. Fraa nie może tu wiele opisywać, żeby nie zarzucić parszywymi spojlerami, ale grunt, że są to questy, które nawet kawiarka czytała i składała sobie z nich do kupy całą historię, podczas gdy przed Cataclysmem questowanie sprowadzało się do pospiesznego wyłapania z treści questa co i ile zabić (zresztą, ta informacja zazwyczaj była powtórzona, więc wystarczyło przeczytać samą końcówkę), po czym biegło się wykonać zadanie. Fakt, że przez to Fraa w tej chwili nabija poziomy o wiele wolniej, skoro wszystko nagle zaczęła czytać, ale o ileż więcej frajdy to daje!

Oddając honor Sojuszowi, tam też kawiarka natknęła się na rewelacyjne elementy: no dobrze, na jeden póki co, ale to dlatego, że mimo wszystko Fraa jest zapaloną fanatyczką Hordy. Elementem tym są questy na lotnisku nad Ironforge – piękny widok, cudowna, prawdziwie epicka muzyka, a przede wszystkim radość, że w końcu coś się dzieje. Przedtem ten teren był niedostępny, a dało się go dostrzec jedynie przelatując na płatnym gryfie – kawiarce zawsze wydawało się to miejsce smutno martwe. Teraz w końcu odżyło i jest zachwycające.
No i nowe dowództwo krasnoludów, Council of Three Hammers, też jest ciekawym rozwiązaniem – Fraa szczególnie polubiła Moirę Thaurissan, głównie za pięknie wypowiadane: You stand before Moira, Queen-Regent of the Dark Iron Clan. Watch your tongue!

Jak już Fraa wspomniała, do Hordy dołączyły gobliny – i są grywalną rasą. Również ich początkowe questy zasługują na uwagę. Nie dość, że są często przekomiczne i takie... takie goboskie po prostu (trudno to wyjaśnić, jeśli ktoś nie poznał WoW-owych goblinów), to jeszcze – tak jak w przypadku nieumarłych – są bardzo mocno naznaczone fabułą. To nie jest „idź, zabij, zabij, przynieś, zabij”, tylko ciąg zdarzeń, które doprowadzają do tego, że gobliny w ogóle trafiają pod opiekę orków i dołączają do jednej ze stron, wyrwane z dotychczasowego życia.

W ramach pozostałych smaczków Fraa może wspomnieć, że obecnie można latać po całym Azeroth, no i naturalnie gracz ma dostęp do kilku nowych krain, dungeonów, jest oczywiście raid, w którym głównym przeciwnikiem jest sam Deathwing, plus pojawiły się nowe umiejętności, profesja (archeologia), a limit poziomów podniesiono do 85.

I naprawdę Fraa myśli w tej chwili, na co może ponarzekać – niestety, nic nie przychodzi do głowy. Z początku kawiarce było nieco szkoda wyścigów na Shimmering Flats, ale odkąd pobawiła się nieco w tych okolicach po zmianach (czyli w obecnym Shimmering Deep), doszła do wniosku, że po pierwsze – jednak nadal jest świetnie, a po drugie – jeden z NPC-tów twierdzi, że trwają prace nad reaktywacją wyścigów. Toteż jeśli Fraa zobaczy tam kiedyś śmigające motorówki, będzie zachwycona.

Teraz można jeszcze przejść do World of Warcraft: Cataclysm jako do towaru.
Dodatek był dostępny w trzech opcjach: on-line, czyli po zapłaceniu dostaje się sam kod, który wklepuje się w stosowne miejsce na battlenet.net... i to właściwie tyle. Konto się upgrejduje i oto jest Cataclysm. Druga możliwość to nabycie drogą kupna pudełka z grą – właściwie więcej roboty, a satysfakcja niewiele większa. Zaś trzecia opcja, to zakup edycji kolekcjonerskiej (choć Fraa nie jest pewna, czy ta możliwość jeszcze istnieje – z tego co kawiarka się zorientowała, liczba egzemplarzy Cataclysmu w edycji kolekcjonerskiej w Polsce była mocno ograniczona) – i to już jest ciekawe.
Oprócz gry, dostaje się artbook z fantastycznymi grafikami związanymi z Cataclysmem, kolekcjonerskiego companiona – małego Deathwinga, karty do gry World of Warcraft: Trading Card Game, podkładkę pod mysz, DVD zza kulis tworzenia dodatku oraz płytę z soundtrackiem. Fraa nie ukrywa, że szczególną radość czerpie z posiadania w domu tego ostatniego – niektórymi utworami kawiarka jest naprawdę zachwycona.

Pierwszy z utworów na płycie, The Shattering, jest dość długi i zmienia się kilkukrotnie w ciągu tych dwunastu minut. Od mniej-więcej połowy robi się szczególnie epicki.

Jeśli zaś ktoś pamięta motyw z Ulduaru:

...to na pewno rozpozna też jego odnowioną, podrasowaną wersję, czyli Thaurissan's Reach:

Na uwagę zasługuje też fantasytyczny Nightsong:

Bo jeśli chodzi na przykład o artbook, to ten zachwyt był nieco mniejszy. Fraa przemyślała sprawę i nawet wie, skąd się to wzięło: otóż kiedy kawiarka przeglądała artbook z dodatku Wrath of the Lich King, było to coś nowego. Fraa nie miała pojęcia, jak będzie wyglądał Northrend, więc każdy concept art wywoływał rozdziawienie ust i wytrzeszcz oczu. W przypadku Cataclysmu, kawiarka naoglądała się screenów, filmików i innych rzeczy tyle, że w artbooku zobaczyła stosunkowo niewiele nowego. I choć całość jest, oczywiście, ładna, to jednak jest już po prostu „opatrzona”.
Jeśli chodzi o płytkę Making of..., to Fraa jeszcze jej nie oglądała, ale spodziewa się, że może być to coś całkiem przyjemnego i sprawiającego, że Cataclysm zachwyci jeszcze bardziej. Tak przynajmniej było w przypadku poprzedniego dodatku.

Cóż więcej Fraa może powiedzieć?
Świetny dodatek, wspaniałe odświeżenie gry, a kawiarka nie ma teraz wątpliwości, że jednak kupi kolejnego pre-paida, ot co.


10/10


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...