poniedziałek, 18 października 2010

Wielka Kolekcja Westernów (I.2) - "Dobry, Zły i Brzydki"

Wielka Kolekcja Westernów po raz drugi.

Tym razem można nieco ponarzekać. Jak wiadomo, część westernów Sergio Leone stanowi tak zwaną „trylogię dolara”. Znakiem rozpoznawczym jest Clint Eastwood w genialnej roli Bezimiennego. Skład i kolejność filmów w tym cyklu wygląda co następuje:
  1. Za garść dolarów (1964)
  2. Za kilka dolarów więcej (1965)
  3. Dobry, Zły i Brzydki (1966)
Dobry Zly i Brzydki
Tymczasem w Wielkiej Kolekcji Westernów po pierwsze: brakuje pierwszej części trylogii, co już stanowi poważne niedopatrzenie, bo jednak jak seria to seria i wrzucanie jej wybrakowanej do kolekcji źle świadczy o wydawcy (Axel Springer Polska Sp. z.o.o.). No i po drugie: nawet te dwie części, które znalazły się w kolekcji, są w odwrotnej kolejności. Zaczyna się więc od części ostatniej, dwa filmy później będzie druga, a pierwszej wcale się nie uświadczy.
To tyle z głównego narzekania.
Fraa przejdzie teraz do zawartości książeczki:
Rozdział „O filmie” musiał, naturalnie, skupić się na fenomenie włoskiego westernu. Już na początku można przeczytać:

„Western nakręcony w Hiszpanii przez włoską ekipę z udziałem amerykańskich aktorów? (…) Głęboko antywojenna powieść o rewolwerowcach i moralitet z udziałem ludzi pozbawionych skrupułów. Owo ciągłe napięcie między przeciwnościami raz daje efekt komiczny, raz przerażający, zawsze jednak ze wszech miar interesujący.”

I Fraa musi się z tym zgodzić.

Dalej znajdują się ciekawostki między innymi dotyczące tytułu filmu (w Niemczech pojawił się on jako „Zwei glorreiche Halunken”, czyli „Dwaj sławetni łajdacy” – nic dziwnego, Niemcy potrafią wszystko spaprać), nieco o wypadkach na planie czy o sposobie pracy Sergio Leone, jak również w ogóle pojawiają się cechy wyróżniające spaghetti western.
Rozdział historyczny ma charakter bardziej ogólny: są określone ramy czasowe tak zwanego „Dzikiego Zachodu”, pokrótce ukazany proces kształtowania się stanów i osiedlania się Europejczyków w Ameryce, wspomina się też o gorączce złota i rewolucji przemysłowej.
Blondie
Książeczkę zamyka rozdział dotyczący ekipy filmowej – znajdą się więc podstawowe informacje i parę ciekawostek o Eastwoodzie, Lee van Cleefie, Sergio Leone, Elim Wallachu oraz – naturalnie – Ennio Morricone. Jako że Fraa jest fanką pierwszego z wymienionych, pozwoli sobie przytoczyć jedną z tychże ciekawostek, właśnie jego dotyczących (choć biorąc pod uwagę konstrukcję zdań, można dojść do wniosku, że rozchodzi się o samolot, którym leciał Los...):

„Los oszczędził Eastwoodowi walki podczas wojny w Korei. Samolot wojskowy, którym leciał na Półwysep Koreański, wskutek usterki runął do Pacyfiku. Eastwood uratował się z katastrofy i przepłynął wpław ponad 5 km do brzegu. Na front nigdy nie dotarł, ale po tym wyczynie został wcielony do jednostek specjalnych i w obozie szkoleniowym dla komandosów był instruktorem pływania.”

Tym przemiłym akcentem Fraa kończy omawianie zagadnień okołokolekcjonerskich i przechodzi do samego filmu.


Tuco i Blondie
I znów głupia sprawa, bo kawiarka musi po raz kolejny powstrzymywać się od piania z zachwytu.
Film Dobry, Zły i Brzydki jest po prostu fenomenalny. Blondie (Clint Eastwood), tytułowy Dobry, oczywiście wcale taki dobry nie jest, po prostu jest nieco lepszy od całej reszty. Co nie przeszkadza mu oszukiwać i zabijać. Przecież to właśnie on zostawia na pustyni wspólnika i pozwala na śmierć Shorty'ego. Ale jednocześnie to on, jako jedyny, jest skłonny okazać odrobinę współczucia umierającemu żołnierzowi.
Wspomnianym wspólnikiem jest Tuco (Eli Wallach), czyli Brzydki. Tu Fraa musi przyznać, że tak naprawdę Tuco, przy całym swoim życiowym pechu, wykazał się największą wytrwałością i siłą woli w filmie. Blondie często po prostu miał szczęście: a to kula armatnia akurat wpakowała się do pokoju, a to umierający żołnierz postanowił z nim porozmawiać. Gdyby nie szczęśliwe zbiegi okoliczności, Eastwoodowy bohater najprawdopodobniej nie dożyłby końca filmu. Tuco to coś innego: u niego zbiegi okoliczności najczęściej wypadały na jego niekorzyść, a on mimo wszystko walczył o przetrwanie – i wychodził z tego zwycięsko.
Nie wolno też zapomnieć o Angel Eyes (Lee van Cleef) – ten z kolei jest po prostu bezwzględnym najemnikiem, choć na swój pokręcony sposób uczciwym (ciekawostką tutaj jest fakt, że Baker, dla którego Angel Eyes wykonuje na początku zlecenie, pojawia się również w Za kilka dolarów więcej – a w każdym razie jest wspomniane to samo nazwisko. Zresztą, nie jest to jedyny element powtarzający się w więcej niż jednym filmie z „trylogii dolara” – to samo dotyczy między innymi aktorów drugoplanowych czy charakterystycznego poncho Bezimiennego). Żeby osiągnąć cel, użyje wszystkiego – nawet tortur.

Angel Eyes
Ta trójka bardzo wyrazistych, bardzo zapadających w pamięć bohaterów (których oczy widz wielokrotnie będzie miał okazję kontemplować w tych - jakże charakterystycznych dla Leone - zbliżeniach), w poszukiwaniu bogactwa (dwieście tysięcy dolarów w złocie) przemierza kraj, ocierając się przy okazji o okropności wojny secesyjnej.

A te są ukazane w filmie bardzo wyraźnie: nawet Angel Eyes, mimo że sam trudni się zadawaniem ludziom śmierci w wymyślne sposoby, kiedy trafia do obozu uciekających konfederatów, wydaje się z lekka porażony ogromem tragedii, jaką widzi.
Zresztą widz wielokrotnie ma okazję w Dobrym, Złym i Brzydkim oglądać podobne obrazki: ranni, porzuceni żołnierze, często młodzi, którzy właściwie sami nie bardzo wiedzą, w imię czego mieliby walczyć i ginąć. Dotyczy to obu stron wojny secesyjnej. Jak Angel Eyes trafił do konfederatów, tak Blondie i Tuco lądują w obozie jankeskim, gdzie sytuacja wcale nie wygląda lepiej.
Ten antywojenny wydźwięk jest bardzo wyraźny w Dobrym, Złym i Brzydkim. O ile wiele sytuacji w filmie jest zabawnych, o tyle sceny związane z wojną są przede wszystkim tragiczne i - zwłaszcza jak na western z lat sześćdziesiątych - dość brutalne.
Ale wojna secesyjna to nie jedyny poważny akcent filmu.

Tuco i Pablo
Dla kawiarki najbardziej chyba wzruszającą sceną westernu jest spotkanie Tuco z bratem, Pablo, po czym odjazd z klasztoru. W tym momencie widz zaczyna zupełnie inaczej patrzeć na Tuco: bohater przestaje być tak po prostu zabawny, kiedy już się go rozumie, kiedy zostaje pokazana jego samotność i odsłonięte sumienie. Przejmujące staje się to, że istotnie najbliższym przyjacielem „biednego Tuco” (jak w innej scenie sam o sobie mówi) jest Blondie, z którym tak naprawdę łączy go jedynie chęć odnalezienia złota. Prosty gest podania cygara przeobraża się w swego rodzaju deklarację lojalności. Blondie przystaje na grę Tuco, chociaż doskonale wie, jak przebiegła rozmowa tego ostatniego z bratem.

Oczywiście Dobry, Zły i Brzydki nie byłby tym samym filmem, gdyby nie fenomenalna muzyka, a tej chyba szerzej opisywać nie trzeba, bo kompozycje Ennio Morricone do filmów Sergio Leone są znane jak świat długi i szeroki i stanowią – obok utworów z Siedmiu wspaniałych czy Alamo – absolutną klasykę.


To chyba tyle, co Fraa miała do napisania. Jakkolwiek to dość kuriozalne, że western w wykonaniu Włocha będzie czymś tak genialnym, to jednak bez „trylogii dolara” ten gatunek byłby uboższy. A bez Bezimiennego uboższa byłaby cała kinematografia.





– There are two kinds of people in the world, my friend. Those with a rope around their neck and the people who have the job of doing the cutting. Listen, the neck at the end of the rope is mine! I run the risks. So, the next time, I want more than half!
– You may run the risks, my friend, but I do the cutting. If we cut down my percentage... Cigar...? It might interfere with my aim.
– But if you miss, you had better miss very well. Whoever double-crosses me and leaves me alive, he understands nothing about Tuco. Nothing!

niedziela, 17 października 2010

Wielka Kolekcja Westernów (I.1) - "Siedmiu wspaniałych"

Czyli Wielka Kolekcja Westernów po raz pierwszy.
Wielka Kolekcja Westernow

Zanim Fraa przystąpi do pisania o samym filmie, należy powiedzieć kilka słów o kolekcji jako takiej.
Na całość składało się początkowo dwadzieścia osiem filmów, później dodano cztery bonusowe tytuły, bo najwyraźniej kolekcja nieźle się sprzedawała. Jak w większości tego typu serii, pudełko z płytą jest dodatkowo wyposażone w coś w rodzaju książeczki z paroma informacjami. W tym akurat przypadku, książeczki mają po trzy rozdziały: ogólne ciekawostki o filmie, kontekst historyczny oraz notki o głównych osobach z ekipy.


Siedmiu Wspanialych
W tym przypadku oczywiście nie mogło obejść się bez obszernej wzmianki o tym, że Siedmiu wspaniałych (1960 rok, reż. John Sturges) bazuje na scenariuszu Siedmiu samurajów – ponadto można przeczytać na przykład ciekawostkę, jakoby Akira Kurosawa powiedział reżyserowi westernu, Johnowi Sturgesowi, że Siedmiu wspaniałych to jeden z jego ulubionych filmów. Dalej można sobie poczytać o chaosie towarzyszącym kręceniu westernu, zmianach w ekipie, celowym wypadku samochodowym Steve'a McQueena czy o meksykańskiej cenzurze, jak również o wzajemnych relacjach aktorów. I trzeba przyznać, że taki krótki zbiór ciekawostek stanowi całkiem miły dodatek, a często pozwala zwrócić uwagę na coś, co w normalnych warunkach umknęłoby przy oglądaniu filmu.
W rozdziale „historycznym” znalazły się informacje o broni charakterystycznej dla Dzikiego Zachodu – a więc zarówno podstawowe wiadomości o muszkietach z wojny secesyjnej, jak i o różnych rodzajach coltów czy o winchesterze.
Fraa przypuszcza, że szczególnie kłopotliwe przy filmie Siedmiu wspaniałych było wybranie postaci do rozdziału poświęconego ekipie. Yul Brynner to oczywistość, ale co dalej? Western jest naszpikowany wybitnymi nazwiskami, trudno też mówić o hierarchii ważności wśród postaci. O ile Chris jest rzeczywiście jednym z głównych bohaterów, o tyle już wybór między Charlesem Bronsonem a Jamesem Coburnem jest dość karkołomny. Zabrakło też wzmianki o twórcy muzyki, Elmerze Bernsteinie, mimo że jest ona rozpoznawalna chyba w całym cywilizowanym świecie.

Jeśli chodzi o sam film, to Fraa ma naprawdę duży kłopot z suchym opisem co i jak, bez dzikich ochów! i achów! – sprawa wygląda następująco: Siedmiu wspaniałych jest w istocie wspaniałe (przybliżanie fabuły chyba nie jest konieczne). A po próbie porównania z japońskim pierwowzorem, kawiarka wciąż podtrzymuje tę opinię. Jakkolwiek Siedmiu samurajów również jest genialną produkcją z fantastycznymi postaciami, no i z rewelacyjnym Toshirô Mifune, to jednak film Sturgesa wcale mu nie ustępuje, co przy tak wybitnym pierwowzorze stanowi nie lada osiągnięcie.

Chris Adams
Podstawową różnicą, która rzuciła się kawiarce w oczy (oprócz oczywiście tego, że rzecz się dzieje w Meksyku, a nie w Japonii, a bohaterowie nie są roninami, tylko rewolwerowcami), było sklejenie dwóch bohaterów w jednego. Wątki związane z Kikuchiyo i Katsushirō zawarły się w historii młodego, porywczego Chico (Horst Buchholz). Nie da się jednak ukryć, że żaden niemiecki trzydziestolatek nie odegra Kikuchiyo tak, jak zrobił to Mifune. Tutaj, niestety, nic się nie dało zrobić. Za to już Britt (James Coburn) doskonale odnalazł się w roli westernowego odpowiednika Kyūzō. Tak samo Fraa nie ma żadnych zastrzeżeń do Chrisa (Yul Brynner), który – tak jak i Kambei Shimada – zajął się zebraniem grupy, po czym właściwie stanął na jej czele.
I co prawda bohaterowie Siedmiu wspaniałych nie stanowią odbicia zasad bushido, tak jak to ma miejsce w przypadku roninów z filmu Kurosawy, tym niemniej nadal jest to zbiór indywidualności, być może po prostu uosabiających zasady bardziej adekwatne do realiów Dzikiego Zachodu.

Drugi element, bardzo wyraźnie odróżniający oba filmy, wynika głównie z kręgu kulturowego, w jakim rozgrywa się akcja. W Siedmiu samurajach przejmujący był dystans, jaki dzielił ubogich wieśniaków od roninów. Mieszkańcy nękanej wioski padali na kolana przed Shimadą i jego towarzyszami, podczas gdy meksykańscy chłopi co najwyżej międlą w dłoniach sombrero i sprawiają wrażenie onieśmielonych. Nie ma tej czołobitności – co więcej, w saloonie przecież piją przy jednym stole razem z Chrisem i Vinem.

Vin
Między innymi ze względu na brak tej wyraźnej przepaści między postaciami, ale również dzięki cudownemu humorowi bohaterów, Siedmiu wspaniałych jest dużo lżejsze od Siedmiu samurajów. Pojawiają się tam co prawda też poważne treści, ale jednak na pierwszy plan – przynajmniej na początku – wysuwa się humor.
Przoduje w tym oczywiście Vin (Steve McQueen), którego anegdotki zapadają głęboko w pamięci. Co nie mienia faktu, że kiedy Bernardo O'Reilly mówi, że jest ekscentrycznym milionerem, również wywołuje to uśmiech. Wspomnieć tu jeszcze można o pięknym pojedynku Britta, któremu towarzyszy niezapomniane i absolutnie bezbłędne „Haaa-Haaa-Haaaa!” jednego z obserwujących tę scenę kowbojów.




Obok tytułowych siedmiu wspaniałych, bardzo wyrazistą postacią jest też Calvera – wcielił się w tę rolę Eli Wallach, który sześć lat później stworzył fantastyczną kreację u Sergio Leone, w filmie Dobry, Zły i Brzydki. Calvera to dowódca bandytów, niepozbawiony jednak pewnego uroku. Poza tym nie da się ukryć, że istotnie jest w trudnej sytuacji i że właściwie nie ma innego wyjścia, jak tylko robić to co robi. Jego pobudki ujawniają się stopniowo wraz z rozwojem fabuły.

Siedmiu wspaniałych to genialne dzieło, zdaniem kawiarki – godne japońskiego pierwowzoru, z wachlarzem porywających bohaterów (i Fraa nie mówi tu tylko o rewelacyjnym Chrisie – choć nie da się ukryć, że jest rewelacyjny, ale przecież choćby Starzec w nieco oddalonej od wioski chacie jest osobą bardzo pozytywnie zapisującą się w pamięci widza – ma urzekający dystans do życia i całej sytuacji), fantastycznym humorem i piękną muzyką. No i dzięki temu filmowi Fraa diametralnie zmieniła nastawienie do Charlesa Bronsona (który zaczął ją mierzić gdzieś w okolicach Życzenia śmierci 3, bo na litość wszystkich bogów, ile można sobie i innym tej śmierci życzyć?! Daliby już panu starszemu spokój...).

Dla miłośników gatunku – pozycja obowiązkowa.








– A fella I knew in El Paso took all his clothes off and jumped on a cactus. I asked him same question: „why?”.
– And...?
– He said: „It seemed to be a good idea at the time”.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...