niedziela, 9 lipca 2017

Fraa’s Never Played: Baldur’s Gate II

(źródło)
(gdyby ktoś miał wątpliwości, tytuł notki jest parafrazą tytułu cyklu Tamara’s Never Seen z Channel Awesome)

Historia mojej relacji z Baldur’s Gate jest długa. Mam na myśli: naprawdę długa. Przeogromnie jarałam się pierwszą odsłoną tej gry w 1999 r. – a raczej jej zapowiedzą w jakimś komputerowo-growym czasopiśmie (Komputer Świat, jak mniemam, choć głowy nie dam). I tak sobie marzyłam, że łooooo, no to niebawem sobie pogram! Oczywiście, nie pograłam sobie, bo nie miałam na tyle wypasionego kombajnu, który by tę grę uciągnął. I tak pociąg „Wrota Baldura” na długie lata odjechał.
Z czasem, oczywiście, zupełnie zapomniałam o tej grze. Wróciła do mnie chyba na studiach – i to nawet nie BG, tylko BG II. Zaczęłam grać. Było fajnie. Dziecię Bhaala się przebudziło. Ale z przyczyn, których już nie pamiętam, jakoś przerwałam grę i długo do niej nie wracałam. Potem grałam z Ulvem (a może na odwrót? A może obie próby były z Ulvem? A może w ogóle wszystko mieszam? Nie wiem już sama, tyle było tych podejść…). Ale jakoś się rozmyło i przerwaliśmy. Potem grałam z Ulvem i z Oposem. Ale przerwaliśmy jeszcze szybciej. I tak dalej. Przez kilka lat jedyne, co z tej gry kojarzyłam, to że cholerne dziecię Bhaala się przebudziło. A raczej: „aa, dzieecię Bhaaala się przebudziiiiło”. Serio – nie potrafię o tym fakcie przebudzenia myśleć inaczej, niż z intonacją zastosowaną przez Krzysztofa Kolbergera. Tak, tyle razy zaczynałam tę grę! Jej początek wrył mi się w mózg!
A w ostatnią majówkę z Ulvem spróbowaliśmy po raz kolejny. I tym razem przyświecało nam mocne postanowienie, że uda nam się to przejść.
No i się udało.

Nie ma chyba sensu pisać ani o fabule (na litość Jeżusia, przecież po niemal dwudziestu latach wszyscy możliwi gracze, którzy mogliby być tym tytułem zainteresowani, znają tę fabułę lepiej ode mnie!), ani o tym, że to po prostu świetna gra. Niesamowicie klimatyczna, z rozbudowaną historią, świetnymi postaciami, ciekawymi wątkami pobocznymi, no po prostu wciąga i każe grać dalej. Kurde, wystarczy, że podsunę fragment wpisu na Wikipedii – o tutaj. Serio, to nie jest gra, która wymaga mojego mówienia, że jest fajna.
Ale jednak spędziłam z nią ostatnie dwa miesiące, więc mam potrzebę podzielenia się… cóż, wrażeniami po prostu.

Czyli: Twój mroczny przydomek nie ma szans
w starciu z Janem Jansenem i maścią z rzepy.
Przede wszystkim: członkowie drużyny. Cała ta przygoda byłaby niczym, gdyby nie oni. Ogromne ukłony dla ekipy tworzącej polską wersję językową. Jan Jansen Jana Kobuszewskiego, Korgan Jarosława Boberka (szacun ogromny, bo w życiu bym nie powiedziała, że to Boberek!), Keldorn Marka Perepeczko, Minsc Janusza Marcinowicza i wreszcie narrator Piotra Fronczewskiego (och, któż nie wie, że przed wyruszeniem w drogę należy zebrać drużynę?) – to po prostu majstersztyk. Nawet do Aerie Jolanty Wilk nie mogę się przyczepić, mimo że ogólnie to strasznie jęcząca postać (wiecie, bolą nóżki, nie podoba się pod ziemią, takie tam…). Bardziej jęcząca jest chyba tylko Imoen Iwony Rulewicz, ale co zrobić – taka postać, akceptuję to. Może nie budzić mojej ogromnej sympatii, ale z całą pewnością trudno byłoby czepiać się tego, jak jest zagrana. Ot, po prostu taki ma charakter. W tym momencie trochę żałuję, że nigdy nie przyłączyliśmy do drużyny Haer’dalisa, bo bardzo chciałabym posłuchać nieodżałowanego Andrzeja Butruka.
Miałam zresztą ogromny dylemat związany z doborem członków drużyny, bo o ile Minsc i Jan Jansen byli pewniakami (hej, podobno gracze narzekają na Minsca – czego w ogóle nie ogarniam – fantastyczna postać, a raczej dwie fantastyczne postacie w cenie jednej, no bo wszak Minsc i Boo!), o tyle na przykład wahałam się, co uczynić z Korganem. Zdecydowanie odpowiadał mojemu stylowi gry (czyli miecz w dłoń i szarża na wroga) i upodobaniom (krasnolud!), natomiast niestety nasze podejścia do świata się nieco rozjeżdżały i w końcu zaczął trochę marudzić, kiedy dobiliśmy do heroicznej reputacji. Z pewnym żalem ostatecznie wymieniłam go na Keldorna, ale paladyn koniec końców okazał się zupełnie satysfakcjonujący, w dodatku fajnie się dogadywał z Minskiem.
Pomarudzę natomiast na moją własną postać: wybrałam sobie bowiem zabójcę magów. Po przejściu całych Cieni Amn muszę powiedzieć, że jedyna wyraźnie widoczna cecha tej klasy to niemożność noszenia magicznych przedmiotów. Teoretycznie powinnam mieć jakieś zwiększone odporności na magię i bonusy do walki z magami, ale doświadczenie pokazało, że rzucali na mnie swoje zaklęcia jak chcieli i jakoś w ogóle nie odczułam plusów płynących z mojego wyboru drogi życiowej.
Boo taksuje badawczym spojrzeniem Desharika.
Boo zna się na ludziach. Osądom Boo można ufać.
Zresztą, podejrzewam, że moje życiowe wybory w ogóle nie ułatwiały nam rozgrywki. Mogłoby być łatwiej, gdybym na przykład przez większość gry nie trzymała się kurczowo biegłości w toporach (bo krasnolud! Krasnoludy walczą toporami!), bo kiedy wreszcie zdobyliśmy Crom Faeyr, mogłam co najwyżej używać go jako przycisku do papieru. Pewnie też nie trzeba było do niemal końca gry kazać Minscowi walczyć Lilarcorem, ale kamaaan, to był gadający miecz! Był uroczy! Tym sposobem Minsc był nawet nie dwiema, a trzema postaciami w cenie jednej! No i od Lilarcora po raz pierwszy usłyszałam o Księżycowym Ostrzu, którego wszak później szukaliśmy.
Ale myślę, że jednak pod wieloma względami świetnie rozumieliśmy się z grą. Ot, na przykład kiedy drowy opowiedziały nam smutną, smutną historię o tym, jak to ustawili tron na dachu Pałacu i skończyło się to tragicznie dla Matriarchy, a potem zapytały, czy wiem, jaki z tego morał – ja, w sumie w żartach, powiedziałam, że morał brzmi „nie ustawiać tronu na dachu z trawy”. I jakież było moje zdumienie, kiedy właśnie to powiedział Jan, a co więcej – drowy to potwierdziły! Tak, z tej przykrej historii właśnie taki płynie morał: nie ustawiać tronu na dachu z trawy. To takie proste i takie piękne. I ta gra w wielu punktach właśnie tak zaskakuje rozsądkiem. Tam, gdzie człowiek spodziewa się jakiegoś wzniosłego badziewia, nagle dostajemy coś totalnie życiowego, aż zabawnie niepasującego do całej otoczki.
Ale humor przejawia się zresztą nie tylko w tych zaskoczeniach. Baldur’s Gate II obfituje po prostu w taką mniej i bardziej prostą radość, czy to kiedy spotykamy drużynę Drizzta, która szuka różowego młota (którego kolor stanowi podstawę do płomiennego sporu), czy kiedy Jan mówi… no, cokolwiek o rzepie. A Jan ma naprawdę dużo do powiedzenia o rzepie. Wiedzieliście, że rzepa, prócz świetnego smaku, posiada także cudowne właściwości lecznicze?
Naprawdę chciałam wrzucić jakieś poważne screeny,
ale chęci chęciami, a wyszło jak zwykle.
Poza tym, miałam swoją twierdzę. I to też było szalenie fajne. Rozwiązywałam lokalne spory i zbierałam podatki. Choć jak teraz o tym myślę, to pod koniec jakiś lord mi fikał, że te ziemie należą do niego i że następnym razem przyjdzie ze swoją armią – i jakoś chyba nigdy nie wrócił… Cóż, tak czy owak ja się zastanawiam, co on chce z tą armią osiągnąć. Kaman, zabijaliśmy smoki, demony, wybiliśmy co najmniej dwie cywilizacje (drowy i rybo-ludzi) i kilka sekt. Serio, ale ten lord to może nam naskoczyć.

Jeśli miałabym się naprawdę czepiać, to powiedziałabym, że pod koniec chyba twórcy już trochę mieli wywalone. Takie wrażenie tknęło nas po raz pierwszy, kiedy spojrzeliśmy na nazwy lokacji na mapie. Bo wiecie, dawniej to były miejsca typu „Dom Jansenów”, „Tawerna pod Miedzianym Diademem” i tak dalej. A pod koniec lokacja potrafiła nazywać się „Tak, przyłącz się do mnie” albo „To nie ze mną powinieneś podróżować, Haer’dalisie”. Mam też wrażenie, że w końcówce interpunkcja dialogów czegoś się nawdychała i stała się już totalnie nieprzewidywalna. Przecinki atakowały w najdziwniejszych miejscach, za to nie było ich w miejscach – zdawałoby się – oczywistych. Trochę jakby twórcy uznali „oj dooobra, po tylu godzinach gry i tak żaden gracz już nie będzie na to zwracał uwagi”.

Co ja jeszcze mogę mówić? To świetna gra, z którą każdy, kto w ogóle lubi tego typu rozrywkę, powinien się zaznajomić. Nie zostawiła po sobie kaca i jednak wciąż w moim prywatnym rankingu Syberia zajmuje pierwsze miejsce, niemniej człowiek się niesamowicie przywiązuje do tych postaci i wciąga w historię, nawet jeśli jej część to dramat krasnoludów pod tytułem "kopaliśmy sobie i dokopaliśmy się zbyt głęboko, a z tej głębi wyskoczył potwór" (OMG TEGO JESZCZE NIE GRALI!). I już się nie mogę doczekać Tronu Bhaala, bo jakoś tak nawet nie mogę sobie wyobrazić sytuacji, że nie mam w perspektywie żadnego Baldura do pogrania. Na dwa miesiące stał się dość często pojawiającym się elementem naszego życia i jest trochę jak… no dobra, może nie członek rodziny, ale w każdym razie bardzo fajny współlokator.





Jan: Ach, intryga się zagęszcza. Podobnie jak spora miska zupy z rzepy, jeśli pozwoli się jej stać przez odpowiedni czas. Zwykle trwa to tydzień, chociaż papa zawsze narzekał na smród, więc skróciliśmy to do półtora dnia. Nie smakuje jednak tak samo, co oznacza, że nie można po prostu olewać tradycji. Kiedyś zrobię jej trochę dla ciebie i Imoen, jeśli pozwoli na to czas. Nie pożałujesz tego!
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...