czwartek, 29 czerwca 2017

Podaruj Mężu łom, czyli znów słowo o prezentach

skrzynia z rozbebeszoną zawartością
Swego czasu wrzuciłam na blogasa parę moich prezentowych dzieł: purity seal czy robokrowę. Dziś idę za ciosem. Dziś będzie o Falloucie.
Wiecie, tak naprawdę jakoś nigdy nie grałam w Fallouta. Znaczy zaczęłam kiedyś, tylko jakoś mi się to rozmyło, jak niemal każda moja przygoda z jakąkolwiek grą. Zresztą, pamiętam, że wybiłam jakąś wioskę, a potem zobaczyłam, że hej, te trupy mają imiona… a skoro mają imiona to pewnie byli ważni. I jakoś straciłam impet, bo mi było szkoda, że tych matołków wymordowałam. A wymordowałam ich tylko dlatego, że nie umiałam zdjąć broni…
No mniejsza.
W każdym razie, mimo że nie grałam, zawsze ogromnie podziwiałam Fallouta za klimat i tę przecudną mieszankę postapo i atomic punku. No i rozmach fabularny. I inne rzeczy, które już poznawałam na wyrywki i stopniowo, zaglądając przez ramię Ulvowi, który jest jak najbardziej graczem.
No więc postanowiłam zrobić falloutowy prezent.
Nie ukrywam: pierwotnie to miała być mała skrzynka z paroma gadżetami (kapsle!) i takim jeszcze mniejszym kuferkiem z dozymetrami. Ale cyferki trudne, ja jestem jemiołem i koniec końców okazało się, że chyba pomerdałam wymiary zewnętrzne i wewnętrzne, a kuferek z dozymetrami za diabła nie właził w tę mniejszą skrzynkę. Cóż mi pozostało?
Kupić większą skrzynkę, oczywiście.
Pech chciał, że nie bardzo były jakieś pośrednie – i moja skrzynka okazała się być taką do przechowywania trupów (tak myślę). Przez moment straciłam pewność siebie, no bo w sumie tego nie przewidziałam i się bałam, że będzie pusto. No ale to był tylko moment. Potem już było wyzwanie.

Bez dalszego przedłużania – oto Dirty Crate made by Fraa.


puszki z wodą - przed i po

Napoje

Postawiłam na różnorodność. Do skrzyni trafiła więc puszkowana woda z Instytutu, piwo, rum i Nuka Cola. Tu od razu muszę nadmienić, że miałam pewien dylemat: wygląd czy funkcjonalność. Na przykład taka puszkowana woda – wiecie, twórcy Fallouta w wielu punktach przenosili do gry bardzo realnie istniejące przedmioty, tak jak właśnie wodę pitną w puszkach, która rzeczywiście była produkowana w Bostonie i którą można nabyć na Ebayu. Tyle tylko, że gdybym ją nabyła, byłby to wyłącznie rekwizyt – nie do spożycia. A co za pożytek z czystej wody, skoro nie można jej wypić? Podobnie z rumem: ten w grze jest w innych butelkach. U nas w czymś takim można kupić raczej whisky. Ale co – przelewać? Zależało mi, żeby wszystko było możliwe do wypicia, w oryginalnych opakowaniach. Stąd pozwoliłam sobie na pewne odstępstwa. Aha, oczywiście nie uchowała się też Nuka Cola. Bo oczywiście, najprościej byłoby przerobić na nią butelki z Coca Colą, tyle tylko, że Ulv nie przepada za Coca Colą – jest w Pepsi-team. Więc przerabiałam butelki z Pepsi, które mają nieco inny kształt. Ale co tam.
piwo i rum - rum ma tłoczoną butelkę, dziad jeden!
Ogólnie przerobienie napojów nie było bardzo trudne: wystarczyło okleić kapsle (za wyjątkiem piwa – piwo ma po prostu czarne kapsle i nie przeczę, że specjalnie pod tym kątem szukałam w sklepie), zerwać oryginalne etykiety i nakleić własne. Jeśli coś sprawiło trudność, to że w pewnej mierze te etykiety musiałam rekonstruować z maleńkich obrazków o słabiutkiej rozdzielczości, gdzie ledwo coś widziałam. Najprościej było z etykietą do Nuka Coli – te są dostępne do wyboru do koloru w internetach. Jedyne, co musiałam zrobić, to przystosować projekt kształtem do butelki Pepsi.

Gadżety niespożywcze

Oczywiście, oprócz napojów, w skrzyni musiały się znaleźć i inne rzeczy: niektóre z nich to tylko małe ozdobniki, kupione bądź wyprodukowane bardzo małym nakładem sił – sznurek, bandaże, mapa, tematyczny kubek, piersiówka, ołówki (trochę tylko oszlifowane i zaostrzone nożem, no bo przecież nie temperówką! – a dlaczego pojawienie się ołówków było uzasadnione, o tym za chwilę), skrzynka z dozymetrami, jakieś plakaty i całkiem małe afisze.
No i był też łom. Musiał być łom.
Osobną podkategorią są tutaj jednak pieniądze.
woreczek z kasą - sześć lat zbierania
ze wszystkich zakątków postapokaliptycznego świata!

Pieniądze

Zanim przejdę do kapsli (oczywiście!), wspomnę o paru innych walutach. W ogóle nawet nie wiedziałam, że w uniwersum tyle tego jest. Pomijając trochę niekanoniczne bankoty i kluczyki od puszek Bractwa Stali (które i tak się znalazły w prezencie), mamy walutę kopalni Kokoweef i Morningstar, złote i srebrne monety Legionu Cezara (z czego zrobiłam tylko aureusa, bo denar na rewersie miał za trudny obrazek…) czy dolary Republiki Nowej Kalifornii.
Kokoweef było absurdalnie łatwe: oni mieli pieniądze dość improwizowane, po prostu wartość napisana na kawałku papieru. Z żetonami z Morningstar było więcej zabawy, bo to drewniane krążki z malunkiem. Zostało mi na szczęście nieco sklejki po robieniu zakładki swego czasu – starczyło akurat na trzy żetony. Potem wystarczyło wyciąć szablon z gwiazdką, szablon z wartością i namalować najpierw jedno, potem drugie. Ach, sklejka miała jakieś wypalone wzorki (robienie zakładki było moją pierwszą zabawą z pirografem), więc na początek poszło też trochę szpachlówki.
aureus - nic nie widać, bo ziemniak
nie radzi sobie ze zbliżeniami
Z aureusem trochę się pobawiłam, nie przeczę. Zależało mi, żeby to miało stosowną wagę, więc nie bardzo ufałam modelinie, masie modelarskiej czy czemuś w ten deseń. Całość oparłam więc na blasze. Wycięłam z blachy kilka krążków i skleiłam je do kupy. Na to nakleiłam własnoręcznie ulepiony ryjek Cezara z jednej i wyciętego byka z drugiej strony. Reszta to zasługa pereł w płynie – swego czasu Ridka zostawiła u nas napoczętą tubkę. Nadało się w sam raz, bo przyznam, że zachodziłam w głowę, jak zrobić napisy. Dalej poszło malowanie i jest jak jest. Nie jestem w pełni zadowolona, bo w dotyku czuć, że to nie metal. Z drugiej strony, jak wspomniałam: przynajmniej jest dość sensowny ciężar, więc nie narzekam. Aż tak.
Z banknotami bywało różnie: dolary RNK są o tyle proste, że grafiki dobrej jakości można znaleźć w internetach. Wystarczy wydrukować, postarzyć i gotowe. Waluta Bractwa Stali ma w internetach tylko szkic koncepcyjny. Sporo więc musiałam nazmyślać i trochę improwizować, niemniej jestem dość zadowolona z efektu. To jak z etykietami: właściwie nic wielkiego, po prostu trzeba zrobić projekt w oparciu o to, co daje nam gra. A resztę robi za nas drukarka.
No i najważniejsze, czyli kapsle.

kapsle podczas malowania - naprawdę,
jeśli macie wybór, nie wybierajcie Perły,
Carlsberga, Heinekena i tego typu rzeczy.
Są smaczne, ale utrudniają życie.
Po pierwsze, musimy zebrać kapsle. Najlepiej oryginalne, mające 21 ząbków. Co tak naprawdę oznacza: jakiekolwiek, bo nie spotkałam się chyba z innymi.
Po drugie, nie popełniajcie mojego błędu – zbierajcie kapsle złote, białe, czerwone, ale na litość, powstrzymajcie się od pstrokatych ciemnozielonych. Nie żeby coś – po prostu trudno się to potem zamalowuje, bo farba lubi prześwitywać.
Enyłej – kiedy mamy kapsle, malujemy je na czerwono. Chyba że już są czerwone – to wtedy świetnie i wystarczy, że przejedziemy je papierem ściernym celem pozbawienia oryginalnego nadruku.
Tu wrócę jeszcze do butelek Nuka Coli: kapsle od Pepsi do pewnego stopnia podlegają tym samym regułom, co kapsle w ogóle. Tylko można sobie darować malowanie na czerwono. Tak naprawdę wygląd kapsli był różny w różnych Falloutach i nie musimy się stresować. Czasem to były całe czerwone kapsle z białym logo, a czasem boki miały złote (czy w ogóle jasne), a tylko na górze białe logo na czerwonym tle z czarną obwódką. No więc na kapsle od Pepsi ta ostatnia opcja jest idealna. Zdzieramy z wierzchu logo Pepsi i jesteśmy w domu.
te jaśniejsze naklejki to takie, które testowo
wcisnęłam w kapsle bez kleju - po prostu
przyklepałam do mokrej farby.
W sumie też się trzymają.
Następnie musimy mieć wycięte odpowiedniej wielkości papierowe kółka z logotypem Nuka Coli. I przyznaję, że długo się głowiłam, jak to wszystko rozegrać, bo opcja naklejanych papierków w ogóle mi nie pasowała. Przeglądałam tutoriale w internetach i tam prawie wszędzie było chamsko widać, ze to po prostu no… papierek naklejony na kapsel. Znalazłam jedną stronę, gdzie koleś robił pieczątki z logo, ale to z kolei wiązałoby się z dodatkowymi kosztami, a zresztą ja miałam kapsle używane, pogięte, na których stempelek mógłby się w ogóle beznadziejnie odbić. Odrzuciłam więc tę metodę. Tak jak odrzuciłam malowanie ręcznie, bo wiedziałam, że to by wyglądało po prostu szpetnie. Wróciłam więc do tych nieszczęsnych papierków.
...i po oszlifowaniu. Na większości kapsli tym sposobem
znów wylazła zielona, oryginalna farba.
Kiedy już mamy wycięte czerwone kółka z logo, po prostu naklejamy je na kapsle – ja to zrobiłam za pomocą jakiegoś kropelkopodobnego kleju. Naklejamy i na kapsle na butelkach, i na te pomalowane na czerwono. Jeśli będziecie mieć całe palce w Kropelce, nie bójcie się: to się z czasem wykrusza. Nie mam tylko pojęcia, co z czym wchodzi w jaką reakcję, bo podczas tej roboty czułam wyraźnie, że papierki na tych kapslach stają się gorące. Oj dobra, BHP jest dla słabych.
Kiedy moje kapsle wyschły, oskrobałam je na brzegach papierem ściernym, żeby trochę ugłaskać papierowe krawędzie. I tutaj już podzieliłam sobie kapsle na mniejsze pakiety: niektóre zostawiłam po tym oskrobaniu, bo podobał mi się efekt. Zostawiłam też te na butelkach. Inne kapsle zaś maznęłam po bokach ponownie czerwoną farbą, żeby jeszcze bardziej zamaskować biel papieru. A potem wszystkie kapsle chlasnęłam Wikolem. Serio. Ja pokochałam Wikol ostatnio. Po wyschnięciu tworzy przezroczystą, błyszczącą powłokę i jest świetny.
A tu schną po wyjęciu z soli. Rdza taka śliczna.
Tę ponownie podmalowaną grupę później znów rozdzieliłam na dwie: jedną zostawiłam taką czerwoną, drugą zaś ponownie oskrobałam, tym razem już tak do gołej blachy i nie przejmując się niczym. A następnie tę garść ponownie oszlifowanych kapsli wrzuciłam na talerz, zalałam wodą utlenioną i zasypałam solą. I zostawiłam na dobę albo i więcej. I dostałam piękną, piękną rdzę.
Aha, część kapsli dostało logo Sunset Sarsaparilli. Bo tak. Bo postawiłam na różnorodność. A część kapsli po Sunset Sarsaparilli ma na odwrocie niebieskie gwiazdki.
I tak to było.

Wszystkie razem pieniądze wrzuciłam do woreczka, woreczek do skrzyni.

mała skrzynka z dziennikiem. I kubkiem.
Pamiętajcie: jeśli można kupić coś innego albo kubek -
zawsze wybierzcie kubek!

Dziennik

I tu wracamy do kwestii ołówków i łomu.
Otóż im dłużej robiłam te rzeczy, tym bardziej odczuwałam chęć wpięcia tego wszystkiego w jakąś historię. Tak też zrobiłam – obok innych gadżetów, w skrzynce znalazł się więc fragment dziennika pisanego przez gościa, który ocalał z Krypty 74, która w 2178 została przejęta przez bandytów. Mój ocalały od sześciu lat wędrował przez Stany, spotykał ludzi i wymieniał towary. Swoje rzeczy trzymał w skrzyni. Czasem przywalił komuś łomem. I pisał dziennik – najpierw na maszynie (och, swobodnie zmieściłaby się w tej skrzyni!), potem ołówkiem (otóż to!).

Łom. Mieć łom albo nie mieć łomu
to jak mieć dwa łomy!

Skrzynie

No i jeszcze otoczka, czyli same pudełka. Przez pewien czas byłam trochę w kropce, kiedy myślałam o tej dużej, drewnianej skrzyni. Bo internety podpowiadały mi, że w Falloucie są różne takie pojemniki, ale dość często metalowe. Ku mojej radości jednak, udało mi się znaleźć coś takiego jak dirty crate – i te były drewniane. Właściwie były całkiem doskonałe i natychmiast się na to zdecydowałam. Co do mniejszego pudełka, to już odpuściłam bycie aż tak tró. Po prostu chlapnęłam falloutowe logo i zostawiłam jak jest. Kaman, to tylko pudło po amunicji – mam uwierzyć, że w uniwersum Fallouta coś takiego byłoby jakieś super nierealne?
Finałem było, oczywiście, ochlapanie wszystkiego sztuczną krwią. Przyznaję, że bardzo lubię to robić, a po wszystkim ręce wyglądają, jakby się właśnie wyrwało komuś wątrobę. To źle, że mi się to podoba…? Zresztą, krew totalnie przeszła test jakości, gdyż albowiem zaraz po odsłonięciu całego prezentu, w czasie kiedy Ulv zaczynał oglądanie zawartości, nasz kudłaty Ochłap bez żenady podszedł do skrzyni i zaczął ją - tę krew - zlizywać.
Łom nie tyle ochlapałam, ile raczej zanurzyłam w miseczce z krwią raz, drugi, czwarty – z fabularnych powodów zależało mi, żeby na nim znalazła się nieco grubsza warstwa.


I to właściwie tyle. Efekt pewnie mógł być lepszy, ale też ośmielę się stwierdzić, że mógł być gorszy. Jestem dość zadowolona ze skrzyni i jej zawartości, pisanie dziennika troszeczkę zdjęło ze mnie dwuletnią pisarską blokadę, no i ogólnie świetnie się bawiłam. I wiem o Falloucie więcej niż kiedykolwiek. I w ogóle, to ten:


WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO, ULVIE!!!


A tu nasz Ochłap.Bo tak.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...