niedziela, 18 czerwca 2017

O takiego Hulka walczyliśmy, czyli "Wonder Woman"

(źródło)
Od jakiegoś czasu obserwowałam, jak internety niesamowicie podjarały się Wonder Woman. Że film rewelacyjny tak bardzo, że ratuje honor DC, że podnosi z kolan dotychczasowe filmy z tego uniwersum, a w dodatku główna rola należy do kobiety, więc w ogóle ach i och. Nie mówię, że mnie dziwił zachwyt sam w sobie: dziwiło mnie raczej ustawiczne wyciąganie opozycji: „poprzednie filmy od DC” vs Wonder Woman. Bo wiecie: nie uważam, żeby Człowiek ze stali czy Batman vs Superman były aż tak złe. Oczywiście, mam do nich sporo zastrzeżeń (szczególnie że akurat zupełnie nie jestem fanką Supermana jako postaci), ale oba te tytuły miały swoje zalety. Szczególnie ten drugi: Batmana. I jakoś wybierałam się na Wonder Woman zupełnie spokojna, że wyjdę z kina usatysfakcjonowana – bo wychodzi mi na to, że filmy uniwersum DC są po prostu z tytułu na tytuł fajniejsze i już się nie mogę doczekać Aquamana. To znaczy Ligi Sprawiedliwości też, ale to oczywista oczywistość, a jestem ogromnie ciekawa Aquamana…
Ale zbaczam z tematu: ogólnie chodzi mi o to, ze Wonder Woman to świetna rzecz – i że dokładnie tego się spodziewałam, o.

A coś konkretniej… przede wszystkim, byłam zupełnie zachwycona, jak ładnie wyważyli proporcje między rzewliwym gadaniem, smuteczkami i umoralnianiem a nieskrępowaną, pardon my french, napierdalanką. Pamiętam, że w takich na przykład Avengersach byłam mocno rozczarowana, bo fajna akcja zaczęła się jakoś w ostatnich minutach filmu, a cała reszta polegała głównie na gadaniu. Tutaj nie było tego problemu: już rozwałka na plaży z Amazonkami robi wrażenie (serio serio, ja wiem, że to było może przekombinowane, może tu i ówdzie bezsensowne, ale kurde: who cares?! „Rule of cool” – powinni to hasło umieścić na plakacie, bo to ewidentnie była najważniejsza zasada, którą się kierowano przy produkcji), a potem jest jeszcze lepiej. Jest też, ma się rozumieć, mnóstwo – MNÓSTWO – slow motion. Ale trochę się nie dziwię. Bo skoro już zrobili tyle tej fikuśnej choreografii, byłoby szkoda, gdyby widzom to umknęło. No więc zadbali, żeby nie umknęło ani jedno kopnięcie i ani jedno strzelenie z bata. I chociaż przesada ze slow motion bywa niebezpieczna, to tutaj mi to grało: wydaje mi się, że spora w tym zasługa naprawdę fajnej, dynamicznej muzyki.
To jest trochę tak: w Rogue One te końcowe dwie minuty z Vaderem są absolutnie najlepszymi dwiema minutami, jakie widziałam w kinie od lat – no więc w Wonder Woman bohaterka w co drugiej scenie ma takie dwie minuty. I nie, to się nie nudzi.

Antiope - jedna z fajniejszych postaci (źródło)
Kiedy myślę o Wonder Woman, przychodzi mi do głowy inny film, w którym też było widać, że to w ogromnej części robota komputera, też było mnóstwo rzeczy przesadzonych i dziwnych tylko po to, żeby podporządkować całość złotej rule of cool: i przecież to też jest film, który uwielbiam: 300. Tam na tle rodem z green screena pozował Leonidas, tutaj – Hulk Wonder Woman.

A właśnie, skoro już wspomniałam o zielonym pakerze z konkurencyjnej piaskownicy: trudno o nim nie myśleć, kiedy patrzy się na Dianę. Naprawdę: ten film dał ładnego Hulka. Well done, DC. Mamy więc rozbijanie budynków własnym ciałem, rzucanie przeciwnikami w dal, podnoszenie ciężarówek, miotanie czołgami i ogólnie cały ten stuff, który sprawia, że zastanawiam się, czy ta pani nie powinna aby być zielona.

Co mnie zaskoczyło, to bardzo optymistyczna przeżywalność bohaterów drugoplanowych. Postacie, które na starcie skreśliłam, dotrwały do napisów końcowych. Zdziwienie bardzo, bo gdzieś się zapodziała zasada „zabijamy tych, których Fraa lubi”. Faktem jest, że musieliby tu ostro natłuc, bo jak teraz o tym myślę, to ja chyba polubiłam naprawdę dużo postaci z tego filmu, z Aresem włącznie. Najmniej przemówił do mnie chyba Steve, ale nie wiem, czy przypadkiem nie doszedł tu do głosu mój jad, którym wciąż pluję w jego pseudo-Kirka z najnowszych Star Treków.

Skoro już dość wyraźnie napisałam, że film jest dynamiczny i widowiskowy, można jeszcze na chwilę zatrzymać się na warstwie fabularnej i co z tego wynikło.
No więc cóż…
Możemy wrócić do dynamiki i widowiskowości?

i cała wesoła gromadka (źródło)
Nie no, wiecie: nie jest bardzo źle. Historia Diany jest ogólnie fajna, natomiast końcówka i puenta filmu są trochę jak nieślubne dziecko kucyków Pony i Troskliwych Misiów. Kiedy padło zdanie, że najważniejsza jest power of love, miałam wrażenie, że księżniczka Themysciry zaraz strzeli tęczą z brzuszka.
Z drugiej strony, to w sumie do niej pasowało (nie strzelanie tęczą, tylko rzucanie takimi tekstami). Bo to, co również się udało Gal Gadot i Patty Jenkins, to połączenie w postaci głównej bohaterki wkurwionego Hulka i… no, i kucyka Pony. Diana jest jednocześnie wyczynowym rozpierdalatorem i niewinnym dzieckiem o złotym serduszku. I to po prostu działa. Nie było chyba momentu, w którym miałabym wrażenie, że meh, to naciągane, nie kupuję tej postaci.
No więc to zakończenie jest głupkowate, ale jak pomyśleć, to właściwie stanowi dość naturalną kontynuację całości.

Powtórzę dokładnie to, co napisałam pod koniec notki o Batman vs Superman: „A tak prawdę mówiąc, to film po prostu każe mi czekać na kolejne część i spin offy. Na razie jest coraz lepiej, więc nie mam powodów wątpić, że ta tendencja się utrzyma.”
I wcale się nie dziwię, że – jeśli wierzyć internetom, oczywiście – dziewczynki teraz chcą być jak Wonder Woman. Kurde, każdy normalny człowiek chciałby być jak Wonder Woman. Ja pytam: po co światu cała reszta Ligi Sprawiedliwości, skoro jest Wonder Woman?
Och, och, i pojawił się ten motyw muzyczny z trailera do Ligi…! Lubię go tak bardzo!




– I am Diana of Themyscira, daughter of Hippolyta. In the name of all that is good, your wrath upon this world is over!
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...