sobota, 18 marca 2017

Bo dom bez RoboKrowy to żaden dom (fotorelacja)

Dziś kolejna porcja głupot. Tym razem jest za nie odpowiedzialny bezpośrednio Ulv, który zarzucił „zróbmy RoboKrowę!” i zaprezentował projekt. Ten zaś z miejsca mnie zauroczył i tak decyzja właściwie podjęła się sama. Problem polegał na tym, że od samego początku mieliśmy – na podstawie wspomnianego projektu – zupełnie różne koncepcje. Ja zrozumiałam, że nasze dzieło ma być normalną, trójwymiarową krową. Dopiero później się dowiedziałam, że została pomyślana raczej jako coś w rodzaju ilustracji czy też płaskorzeźby. Ale było już trochę za późno: blachy i drut kupione, nitownica takoż. W dodatku wpadłam na funkcjonalność, z którą byłby kłopot w przypadku płaskiej Krowy. Teraz myślę, że pewnie – niezależnie od funkcjonalności – przy czasie, który miałam mocno ograniczony, RoboKrowa w dwóch wymiarach mogła być jednak bardziej dopracowana i w efekcie – po prostu lepsza.
No tak, bo poza tym, że zrobiłam zakupy i jarałam się myślą o RoboKrowie, to tak naprawdę nie miałam bladego pojęcia, od czego w ogóle zacząć. Kiedy dokonałam ostatniego niezbędnego zakupu, zostały nam w sumie dwa dni na zrobienie zwierzaka – a to zdecydowanie za mało, szczególnie jeśli robota jest jedną wielką improwizacją. Ale postawiłam sobie za cel, że będzie gotowa na dziesiątego marca i już (rzecz czyniona na prezent, stąd deadline).
Teraz, kiedy już wiem, gdzie popełniliśmy błędy, RoboKrowa 2.0 (czy też RoboCośinnego 2.0) z całą pewnością będzie bez porównania lepsza. Bo, wiecie, na tej jednej na pewno się nie skończy: za bardzo mi się to spodobało. Zresztą, odpowiada mi jej finałowy, siermiężny styl. Raczej tego bym nie zmieniała. Chodzi bardziej o bajery, na które pomysły zaczęły się rodzić jakiś dzień po wręczeniu prezentu.

No ale do rzeczy.

Projekt. Autor: Ulv
Użyte materiały: blacha nowosrebrna z alpaki 0,3 mm, blacha z brązu 0,2 mm, drut chromoniklowy 0,8 mm, drut miedziany 1,0 mm, nożyce proste do metalu, no i nity aluminiowe, które przyszły w gratisie z nitownicą ręczną. Oraz farby – acz te już miałam: fosforyzująca, która została mi po spaczeniu, no i zwykłe akryle: czarny, biały, miedziany. Przydały się kombinerki, młotek, a ostatecznie także papier, z którego robiłam wykroje. Ulv użyczył dodatkowo wiertarki, siły i godności osobistej (bo ja się wiertarek boję, więc dziury w blachach prędzej bym próbowała wygryźć, niż użyć samodzielnie tego narzędzia szatana).

Jedną blachę (o wymiarach 10x20 cm) po prostu zwinęłam w rulon i znitowałam – w ten sposób powstał korpus. Jarałam się, bo to było moje pierwsze w życiu nitowanie (serio, kiedy rozpakowałam nitownicę, odpaliłam jutuba, żeby zobaczyć, jak tego się w ogóle używa i którą stroną się wsadza nit w dziurę – to TAKI level I have no idea what I’m doing).
Najgorzej generalnie było z głową. Zaczęłam robić tak, jak mi się zdawało. Doczepiłam żuchwę i uznałam, że całość wygląda jak upośledzony Smok Wawelski. No ale jeszcze próbowałam walczyć. Myślałam, że z uszami zacznie wyglądać bardziej jak krowa. No więc nie – wyglądało jak Smok Wawelski ze świńskimi uszami. No i po przyłożeniu do korpusu okazało się, że głowa jest jednak sporo za duża. A w ogóle, to po pewnym czasie żuchwa zaczęła opadać. I to był moment, w którym stwierdziłam, że no trudno: wzięłam na siebie za wiele, jednak nie dam rady zrobić tej krowy. Może kiedyś, ale na pewno nie w tym miesiącu. Odłożyłam wszystko i poszłam spać.

Dzień drugi. Fraa tonie, ale się nie poddaje.
Następnego dnia wstałam i jakoś tak siadłam do tego biurka, a tam rozbebeszone blachy, drut się wije po całym blacie, w to wszystko wplątane kombinerki i nitownica… Zaczęłam sobie ciąć coś od niechcenia. Zrobiłam druciany ogon z drucianym chwostem.
Dupkę chciałam zrobić po prostu z wyciętego blaszanego kółka, ale Ulv zapytał ze zdziwieniem: „nie będzie wypukła?” – no więc nie pozostało mi wiele więcej, jak zrobić wypukłą dupkę. Co w sumie nie było bardzo trudne. Podobnie przecież robi się z papieru zabawki choinkowe: nacinamy kółko dookoła i zaginamy te ponacinane kawałki do środka. Gwoździem powybijałam dziury na wsunięcie drucianego ogona i przeciągnięcie drutu, który miał mocować dupkę do korpusu i w sumie włala. Potem dopiero się pokumałam, że to było głupie – bo trzeba było dupkę doczepiać na końcu – miałabym łatwiejszy dostęp do wnętrza krowiego brzucha, kiedy usiłowałam zamocować tylne nogi. A tak to się musiałam napocić. No ale to znowu kwestia tego, że prace były ostro improwizowane i wykonując jedną czynność, ja zwyczajnie nie myślałam o tym, co będzie później.
Kiedy tak sobie – za przeproszeniem – dłubałam w zadku RoboKrowy, przyszło mi do głowy, że tę głowę to trzeba jakoś zupełnie, zupełnie inaczej zrobić. I wykonałam profesjonalny research, to znaczy poszukałam obrazków papierowych krów z zamiarem przełożenia tego na metal. No i znalazłam. Konstrukcja zadziwiająco prosta i efektowna. Oczywiście, po tym, jak dorobiłam naszej krowie żuchwę (bo wszak zęby były jednym z istotniejszych elementów!), zaczęła wyglądać jak krokodyl, ale muszę przyznać, że sporo poprawiło doklejenie nosa z brązowej blaszki. Dalej uszy, rogi i byłam naprawdę dość zadowolona. Zresztą, tym razem była mądrzejsza i zanim poskładałam wszystko do kupy, na płaskiej blasze pozaznaczałam miejsca na otworki i Ulv mógł powiercić je zawczasu. Taki tam przebłysk.
Głowa trzyma się korpusu na druty. Koniec końców okazało się, że w sumie nie potrzeba tu żadnych blaszanych obręczy, które by robiły za szyję. Gołe ścięgna są równie dobre.
RISERCZ!
Zanim, oczywiście, zamocowałam głowę, wmontowałam w trzewia RoboKrowy rolkę papieru na drucie, a także doczepiłam nogi i – co nader istotne! – wymiona. Z wymionami długo się zastanawiałam, jak je przytwierdzić do brzucha, przez moment chciałam nawet przykleić, ale w końcu sięgnęłam po prostsze rozwiązanie: przywiązałam je drutem. W końcu jak się bawić w siermiężną kukłę, to na całego! Jaki tam klej! W ogóle gdybym pomyślała wcześniej, to pewnie nogi (wycięcie nóg było dość proste – przecież wiem, jak wyglądają wykroje na rękawy) też byłyby przynitowane, ale że jakiekolwiek otwory na mocowanie zaczęliśmy robić, kiedy tułów już dawno był zwinięty i z zamocowaną dupką, no to wiercenie dziur pod nity raczej odpadało. Z drugiej strony, przywiązanie nóg drutem nawet mi się podoba.
A potem zostało tylko pomalować (w tym także: zrobić fosforyzujące oczy i wymiona) i oto jest. RoboKrowa. Zawsze lepiej mieć w domu RoboKrowę niż jej nie mieć.

Nie twierdzę, oczywiście, że to dzieło mojego życia. Po prostu na tamten moment i na moje ówczesne umiejętności to był rzeczywiście szczyt moich możliwości. W czasie prac nad RoboKrową bardzo dużo się nauczyłam. Wiem, że teraz robiłabym to inaczej. Planowałabym. Potrzeba mi już tylko jakiegoś dobrego pretekstu i przystąpię do pracy. Bo, wiecie, w myślach to ja teraz latam po całym mieszkaniu i nituję co się da i co się nie da. Strasznie fajna zabawa takie nitowanie.

Mam nadzieję, że obdarowana będzie miała z RoboKrowy pożytek. W metalowych trzewiach jest chyba około sześćdziesięciu pisarskich wyzwań/inspiracji. Pewnie nie wszystkie są fajne, ale może choć niektóre zapewnią pozytywnego kopa do pisania.

Spóźnionego wszystkiego najlepszego, Krffo. :)


Na początku wyglądało niewinnie:
blachy, nożyce, nitownica i drut.
Moja pierwsza radość i duma: tułów!
A tu już trwają prace nad wymionami.
Jestem z nich całkiem zadowolona.
...w przeciwieństwie do głowy. Z głową od początku
coś było nie halo i to ona sprawiła, że przez jakiś czas
uważałam się za pokonaną w temacie.
Następnego dnia jednak okazało się, że możemy walczyć dalej.
Tym razem był risercz, wykroje, planowanie. Na zdjęciu:
krowi łeb gotów do wiercenia.
A tutaj składniki głowy praktycznie gotowe,
teraz na wiercenie czekają nogi.
Nitowanie krowiej żuchwy.
Zaczynam mocować nogi.
W tym miejscu zaczynam rozumieć, że o ile przednie
nogi było łatwo przywiązać, o tyle z tylnymi będzie
nieco gorzej - ze względu na przedwcześnie
zamocowaną dupkę.
Niemniej jakoś się udało. Teraz trzeba przykleić nos
innego koloru - no i wymiona!
Posklejane paski papieru z hasłami do pisania utworzyły
taśmę, którą założyłam na drut, a ten następnie
przeciągnęłam na wylot przez boki krowy
i zawiązałam na dole.
Napisami do dołu, żeby nie spoilować.
Ta krew przy krowim oku to moja. Ogólnie sporządzenie
RoboKrowy kosztowała mnie całkiem dużo krwi:
okazuje się, że ostre krawędzie blach są ostre.
Wreszcie nadszedł moment na umocowanie głowy.
Trzyma się!
Z wymion serio jestem całkiem dumna.
Po pierwszym chlaśnięciu farbą.
No i wersja finalna: jeśli chodzi o jej poziom złomowatości,
to myślę, że jest zupełnie odpowiedni.

czwartek, 16 marca 2017

Te wspaniałe kobiety w swych latających maszynach

Autor: Anna Hrycyszyn
Tytuł: Zatopić „Niezatapialną”
Miejsce i rok wydania: Bydgoszcz 2017
Wydawca: Genius Creations

Siadam niniejszym do pisania notki, na myśl o której jarałam się w gruncie rzeczy od paru lat. A od roku co najmniej. Nie ma sensu udawać chyba, że nie znam autorki albo że o „Niezatapialnej” usłyszałam po raz pierwszy z newsów na fanpage’u wydawnictwa. Myślę też, że nie rozminę się zbyt wiele z prawdą, jeśli stwierdzę, że dziewczyny (no i śruddżańskiego kucharza – nie zapominajmy o kucharzu!) z pirackiego parowca znam od dawna, przywiązałam się do nich, patrzyłam, jak dojrzewają – i jak dojrzewa ich historia. Rozpoznaję camea, zacieszam z obecności Pięknej Teodory, wiem, kim jest chłopiec powieszony na gałęzi. Sentyment więc jest przeogromny i na pewno trudno byłoby podejrzewać mnie o jakiś szczątkowy obiektywizm, kiedy mówię bądź piszę o debiutanckiej powieści Anny Hrycyszyn, czyli Siem (bo ja jakoś o znajomych człowiekach nie umiem myśleć nazwiskami).
Niemniej myślę sobie, że chyba z faktu, że przez ten cały czas losy dzielnych piratek niezmiennie mnie fascynowały i budziły emocje, o czymś jednak świadczy. Bo wszak mogłam przeczytać „Niezatapialną” raz, pochwalić i na tym skończyć przygodę. A jednak kończenie tej przygody to ostatnie, na co miałam ochotę.

Przede wszystkim, co rzuciło mi się w oczy od samego początku i zawsze bardzo silnie przemawiało na korzyść Zatopić „Niezatapialną”, to fantastyczne podejście do steampunku – właśnie takie, jak lubię: steampunk w powieści nie jest dekoracją. Nie jest zębatką przyczepioną do gorsetu, tylko stanowi przemyślaną, integralną część wykreowanego świata. Steampunk ma sens, ma znaczenie i nie jest nachalny. Ta odrobina nadchemii czy gogle-noktowizory po prostu idealnie się wpasowują w fabułę. Bah!, na całą powieść – jak teraz o tym myślę – chyba nie ma ani jednego gorsetu! A wszak jakieś dziewięćdziesiąt procent bohaterów to kobiety! Można? Można. Oczywiście, że można, jeśli tylko potraktujemy steampunk z głową.
Ale „Niezatapialna” nie tylko steampunkiem stoi. No bo są też wspomniani już bohaterowie – czyli w sumie głównie bohaterki. A z nich lubię chyba wszystkich po kolei, może za wyjątkiem jednej–dwóch postaci, po których w sumie widać od początku, że są obliczone na wręcz odwrotne emocje. I to wszystko działa. Siem umie sprawić, żeby czytelnik przywiązał się do Nes Rożnowski, Feliksa i mnóstwa innych osób. Do moich osobistych faworytów należy celowniczy Fraan, felczer Gracja, zaocznie: Romuald Rożnowski, no i Edward – porucznik z „Drapieżnego”. Ach, no i sam „Drapieżny”. Każda z postaci jest inna, bardzo wyrazista, zapada w pamięć. W pierwszym rozdziale można odnieść wrażenie pewnego chaosu, bo autorka rzuca czytelnika od razu na głęboką wodę, jeśli chodzi o liczebność bohaterów – ale wszystkie elementy tej układanki stopniowo wskakują na swoje miejsce i już wkrótce nie pozwalają się oderwać od lektury.
Przez to, że postacie są po prostu świetne, wiarygodne i barwne, błyskawicznie zaangażowałam się w ich losy. Ciężko przeżywałam śmierci i razem z innymi bohaterami żywiłam nadzieję na cudowne ocalenia. Nawet teraz, czytając „Niezatapialną” po raz –enty, kiedy przecież dość dobrze już wiem co i jak. Podobnie było z ostatnią sceną (tą przed epilogiem) – ostatnie zdania są doskonałe i każą mi ze zniecierpliwieniem czekać na dalsze losy załogi „Niezatapialnej” i dowódcy „Drapieżnego”.
O dziwo, stosunkowo najmniejsze emocje budził we mnie wątek miłosny. To znaczy „o dziwo” w takim ogólnym sensie, bo jak się zastanawiam nad tym, to jakoś bardzo mnie to nie dziwi – ja jestem dość odporna na wątki miłosne i dość często one potrafią w moim odbiorze ginąć wśród innych motywów. A tych w „Niezatapialnej” nie zabrakło. Bo mamy fajne zwrócenie uwagi na plusy i minusy trudnienia się piractwem. Mamy dużo o konsekwencjach, a także różne perspektywy: samych piratów, stróżów prawa, władzy, no i prostych mieszkańców portowych miast i wsi. Jak o konsekwencjach mowa, to fabuła powoli, ale bezlitośnie nabiera ciężaru. Zaczynałam czytać lekką historyjkę o piratkach, a skończyłam z trwającą krwawą rewolucją oraz wiszącą nad horyzontem wojną. Trudno powiedzieć, jak i kiedy to wszystko tam się stało, przecież dziewczyny chciały tylko napadać na statki kupieckie, ale jednak to nie jest takie różowe. I nie mogą po prostu odpłynąć w siną dal, udając, że to wszystko wokół się nie dzieje. I to też szalenie mi się podobało: zanurzenie bohaterek w tej całej historii, w tle. I konfrontacja Nes z powidokami ojca, który porzucił żonę i córkę przed laty, by zbawiać ludzkość i walczyć z systemem.
Nawet jeśli pewne elementy wydają się na pierwszy rzut oka nieco banalne: dzielny kapitan idący na dno z ukochanym statkiem czy kochankowie z przeciwnych stron wielkiego konfliktu – to wszystko po prostu gra, pasuje do całej tej świeżej, oryginalnej opowieści. Dodatkowo miło się czyta malownicze opisy i po prostu zgrabne, ładne zdania. To nie jest siermiężny styl, w którym dałoby się poznać, że mamy do czynienia z debiutem.

W pewnym sensie, kiedy kończyłam czytać, doszłam do wniosku, że pod pewnymi względami to taki steampunkowy Robin Hood w spódnicy. Sympatyczna rozbójniczka ze swoją równie sympatyczną ekipą, wszyscy piękni i młodzi, żądni przygód. I tylko czasem te przygody nie układają się tak, jak by tego chcieli. Ale przecież – choć łupią bogatych kupców – w gruncie rzeczy nie robią, a przynajmniej nie chcą robić, niczego złego. Nes zawsze jest gotowa pomóc potrzebującym, nawet jeśli teoretycznie znajdują się po przeciwnych stronach barykady.

Chciałabym zachwalać Zatopić „Niezatapialną” i wciskać każdemu, kto mi się nawinie pod rękę. Niemniej wciąż się zastanawiam, czy jednak target nie jest do pewnego stopnia ograniczony przez wspomniany już wątek miłosny: nie wiem, jak „Niezatapialną” odebrałby męski czytelnik. Owszem, jest dużo przygód, strzelania, pościgów i pojedynków. Jest wszystko, czego można by oczekiwać od powieści awanturniczej. Ale jest też romans. I dużo, dużo myśli, emocji, uczuć. Jeśli ktoś wie, że jest zbyt „męski”, żeby takie rzeczy czytać – cóż, nie ma chyba sensu się męczyć. Ale jeśli ktoś się nie boi romansu przez sam fakt, że jest romansem – to bezpiecznie może kupować i cieszyć się mądrą, wciągającą historią i przesympatycznymi bohaterami, z którymi trudno się rozstać, niezależnie od tego, który raz się czyta „Niezatapialną”.

Wyszła laurka? No i trudno. To laurka szczera, niewymuszona i w pełni świadoma.


A za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu Genius Creations.



– Poruczniku! – Głos Ucellego był jednocześnie chłodny i pełen tłumionej pasji.
– Tak, kapitanie?
– Proszę wziąć ją na cel. Wiem, że jest pan niezrównanym strzelcem.
Edward zrozumiał, bez dyskusji odrzucił gogle i sięgnął po opartą o burtę strzelbę. Odczepiwszy monokl celowniczy, zamontował go sobie na lewym oku. Potem uniósł strzelbę do ramienia i oparł o nie kolbę. Drżały mu ręce, gdy usiłował namierzyć cel.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...