środa, 8 marca 2017

"Hel 3" albo: robisz to źle

(źródło)
Autor: Jarosław Grzędowicz
Tytuł: Hel 3
Miejsce i rok wydania: Lublin 2017
Wydawca: Fabryka Słów

Ulv pytał, czy będzie z tego notka. Przez pewien czas rzeczywiście nie byłam pewna, czy chcę jeszcze tykać to gówno, z którego udało mi się w końcu wygrzebać. Z drugiej jednak strony – miałabym zmarnować taką okazję do uzewnętrznienia moich gorzkich czytelniczych żali?
No więc będzie.

Do twórczości Grzędowicza nie miałam dotychczas właściwie żadnego stosunku. Dawno temu zaczęłam czytać Popiół i kurz, ale dość prędko mnie to zirytowało i jakoś nigdy nie dokończyłam. Z Panem Lodowego Ogrodu wciąż mi nie po drodze, choć sama nie umiem podać przyczyny. Hel 3 mógł na tym polu sporo zmienić. Książka zapowiadała się przemiodnie: wszak to miało być sci fi osadzone w nieodległej przyszłości, miało być o locie na Księżyc, gdzie znajduje się izotop, mogący stać się energetycznym zbawieniem naszego świata. No super. Cóż może być źle? Moje doświadczenia z popkulturowym wykorzystaniem helu-3 do tej pory były bardzo pomyślne: wszak to Moon i Iron Sky!
No i ta okładka! W ogóle wydanie jest bardzo ładne i kuszące. Dark Crayon i Szymon Wójcik powinni za okładkę dostać gigantyczną premię, bo to jest naprawdę element, który obiecuje czytelnikowi sporo dobrego i gdybym się wahała nad zakupem, właśnie okładka by mnie przekonała.
Ogromna szkoda, że ona nie ma kompletnie nic wspólnego z zawartością.
Hel 3 nie denerwuje mnie tylko dlatego, że jest po prostu nędzny. Jest, ale przecież czytałam sporo nędznych książek i zazwyczaj nie budzą we mnie zbyt wielkich emocji. Hel 3 mnie wkurza, bo mnie oszukał.

Przede wszystkim, tytułowy izotop nie ma tak naprawdę żadnego znaczenia. W ogóle powieść ma prawie pięćset stron, a słowa „Księżyc” i „izotop” padły w okolicach trzechsetnej. Na czterechsetnej bohater w końcu opuszcza powierzchnię Ziemi. Przez ponad połowę powieści więc dzieją się jakieś totalnie inne rzeczy. Norbert, nasz protagonista, kręci filmik na futurystycznego jutuba, a potem wraca do domu i kręci drugi filmik. Towarzyszy temu chyba to, co było wspomniane w blurbie: zaprezentowanie zdehumanizowanego społeczeństwa 2058 roku.
Jest źle i fuj, bo ludzie oglądają filmiki w internetach… przepraszam, w MegaNecie, szybko się nudzą, a wszystko musi być eko i certyfikowane. I prawdziwa kiełbasa jest nielegalna. Czy coś. I nie mają własnego zdania, tylko się gapią w MegaNet. A to wszystko jest przemielone do znudzenia. Żeby było zabawniej, nie widzimy żadnego sensownego wycinka tego społeczeństwa, tylko bohater sobie o nim myśli, ewentualnie z kimś rozmawia – z kimś, kto (tak jak Norbert, oczywiście) się z tego wyłamuje. Więc czytelnik w sumie musi wierzyć na słowo Norbertowi i narratorowi, że tak właśnie wygląda ten świat i że w ogóle istnieje jakakolwiek potrzeba wprowadzania zmian. Bo przecież akcje z wysiedleniem wiochmenów czy jedzeniem małpek to nie jest norma, tylko jakieś ekstrema, które trudno przekładać na zwykłych ludzi, którzy gdzieś tam sobie zapewne żyją wokół Norberta.
Prawdę mówiąc, mimo całego tego obfitego pierdolingu, że świat jest zły i MegaNet, i tylko te iwenty, i omnifony, i zdeptany indywidualizm jednostki, to tego wszystkiego w ogóle nie widać. Mamy tylko puste słowa. Takie, które nagle przekonują mnie, że serial, który swego czasu zniechęcił mnie łopatologią i nachalnym, oczywistym moralizatorstwem, to jednak kurde są wyżyny subtelności. I ja chyba wreszcie dooglądam do końca Black Mirror.
No i jeszcze powieść zamyka Wielki Finał z Dupy, który nie bardzo wiem, co miał na celu, ale we mnie wywołał głównie intensywnego facepalma.

Zresztą, jeśli chodzi o Hel 3, to mam takie ogólne wrażenie, że autor pisał to w ramach NaNo. Tylko sobie zwiększył normę na 100 tysięcy słów, a nie 50. No bo ja na przykład tak właśnie piszę swoje NaNo i teraz już wiem dokładnie, o czym mówią moje bety, kiedy wskazują problemy tego mojego pisania. Bo to jest tak: biorę się za tworzenie. Gdzieś mam jakiś pomysł, ale on jest wyrwany ze środka. No i trzeba jakoś do tego w ogóle dobrnąć. Więc zaczynam pisanie w bólach, nie bardzo wiedząc, o czym, ale wszak dzienna norma sama się nie spłodzi. Klepię więc w klawisze cokolwiek, byle było. Z braku pomysłu przez dwie strony opisuję, jak kelner powinien nosić tacę. Podaję dokładne menu śniadania, które spożył bohater, bo słowa to słowa, liczą się do normy. Kij, że treści w tym tyle co kot nasmarkał. Potem trochę się rozpędzam, bo wreszcie w bólach dociągnęłam do tego miejsca, co to miałam pomysł. Ale całe to pisanie w międzyczasie zrobiło się męczące, a ten „pomysł” to tak właściwie jedna scena była. Prawdę mówiąc, najchętniej bym już to rzuciła w diabły, ale muszę dociągnąć do wymaganej liczby słów. A potem się orientuję, że hej, hura, jeszcze tylko ostatni tysiąc i finał! Laba! No dobra, to miejmy to z głowy: ktoś zginął, ktoś przeżył, był spisek, nara, idę na piwo, bo nie chcę już patrzeć na ten tekst.
I mam wrażenie, że tak dokładnie Grzędowicz pisał Hel 3. Po ślamazarnej pierwszej połowie książki (z bardzo męczącym wdawaniem się w zupełnie nieinteresujące szczegóły) finał jest nagły, głupi i staje się zbędny przez to, że zamyka się w paru akapitach, bez żadnego rozwinięcia poza jednorazową ekspozycją w dialogu. Nie jest w niczym osadzony i nie robi żadnego wrażenia. Choć gdzieś tam pewnie by miał potencjał. Nie chcę rzucać spoilami, ale gdybym chciała, to znalazłabym kilka przykładów, gdzie tego typu motywy, które pojawiły się w zakończeniu Helu 3, są fajne.
Zresztą hej, jeśli już mowa o tym, że pewne motywy z powieści inni realizują ciekawiej: podróż kosmiczna! Ja pi r w dole! To już naprawdę majstersztyk, żeby sprawić, że podróż kosmiczna w tekście będzie tak śmiertelnie nudna. Bo wiecie, w gruncie rzeczy to nuda, irytacja i meh, nic się nie dzieje, jak w polskim kinie. Okej, kumam, że pewnie miało być realistycznie. Tak w opozycji do efekciarskich powieści i filmów sci fi. Tylko że na czort mi realizm, skoro on jest nieciekawy? Gdybym chciała realistyczną, nieciekawą historię, mogłabym równie dobrze czas spędzony nad Helem 3 spędzić gapiąc się na rosnącą trawę. Ale z jakiegoś powodu tego nie zrobiłam, tak? Teraz myślę, że może to był błąd. Rosnąca trawa nie kosztuje 45 zł…

Tyle, jeśli chodzi o fabułę i świat. Mogli to jeszcze ratować bohaterowie.
O EM GIE.
Jak bardzo bohaterowie niczego nie uratowali! To aż niebywałe! Nie wiem w sumie, czy bohaterowie nie są najsłabszym elementem powieści.
A właściwie brak bohaterów. W sumie kiedy narzekałam, że w Space: 1999 postaciom brakuje trochę charakterów, to nie wiedziałam jeszcze, że nadejdzie dzień, kiedy oni mi się wydadzą tak fascynujący.
Po pięciuset stronach spędzonych w towarzystwie Norberta nie mogę powiedzieć o nim nic. Kompletnie nic. O nim jako o człowieku. Bo wiem, że kręci te filmiki (znaczy się jest iwenciarzem, prawda). Ponoć jest w ich kręceniu dobry, ale tego wcale nie widać. Bo przecież cała jego zasługa to to, że ktoś inny da mu cynk, że będzie się działo. Ktoś inny poprosi go o nakręcenie materiału. Ktoś inny zaproponuje podróż na Księżyc. Norbert sam z siebie niczego nie inicjuje. Niestety, nie jestem nawet w stanie powiedzieć, że jest pierdołą, bo to by oznaczało, że jednak jest jakiś. A on jest na tyle pierdołą, żeby nie być superbohaterem, ale jednocześnie jest akuratnie odważny i rozsądny, żeby pierdołowatość nie stała się cechą. Jest idealnie nijaki i nieinteresujący. I otacza się równie nijakimi postaciami. I ja powtórzę po raz któryś: jeśli bohaterowie są nieciekawi, trudno oczekiwać, że będą mnie ciekawić ich losy. Trudno oczekiwać, że przejmę się czyjąś śmiercią, jeśli ta postać i tak mi całkowicie zwisała. Tak więc ziewałam nawet w scenach akcji, gdzie było strzelanie, wybuchy i takie tam, bo co mnie to wszystko interesuje?
Choć ta nijakość Norberta jest w ogóle też na swój sposób majstersztykiem: pisać o bohaterze bite pińcet stron i w gruncie rzeczy nic o nim nie napisać. Tylko po kolei – poszedł tu, poszedł tam, zjadł śniadanie, włożył skarpetki. Brawo. Ach, przepraszam: cztery razy było wspomniane, że ogląda Top Gear. Tak oczywiście w zawoalowany sposób wspomniane. Ha. Ha. No i miał drzewko bonsai. O którym dowiadujemy się, kiedy nagle ma poryw tęsknoty, bo musi uciekać z domu i łojezu, bonsai musi zostawić. Szkoda, że przez wcześniejsze trzysta stron ani razu nawet o tym drzewku nie pomyślał. Przywiązanie tak wiarygodne, prawda.

Gardzę tym tekstem. Głęboko. Czuję się oszukana i zlekceważona. Mam poczucie, że rzucono we mnie gównem i kazano się zachwycić, bo wszak to gówno wydane przez Duże Wydawnictwo i napisane przez Znanego Autora.
I chcę już o tym zapomnieć.



Nie zwracał na siebie uwagi. Robił to, co inni. Nie miał zielonego pojęcia, kto w stłoczonej w szatni grupie kelnerów wie, kim jest, kto jest wtajemniczony, a kto ma to gdzieś.
Wiedział tylko, że jest przerażony, że w żołądku rozpuszcza mu się tajemnicza kapsułka, a skomplikowane, wieloperścieniowe związki organiczne stopniowo robią coś z jego mózgiem.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...