środa, 1 lutego 2017

Prawdziwą dżunglę poznaje się po tym, jak kończy

(źródło)
Autor: Dariusz Sypeń
Tytuł: Dżungla
Miejsce i rok wydania: Poznań 2015
Wydawca: Czwarta Strona

Ponad rok temu, bo w listopadzie 2015, przy okazji spontanicznego wypadu na Warszawskie Targi Fantastyki, wspominałam o tym, że pozyskałam nową książkę o kolonizacji Marsa: Dżunglę. I to nawet egzemplarz z autografem! No więc już w styczniu 2017 przeczytałam tę powieść! Nie, na serio: to nie jest taki zły wynik. Wciąż lepiej niż czwarty tom Kłamcy, który czeka na przeczytanie od dnia premiery, kiedy to odebrałam paczkę z zamówioną książką…
Żeby nie było: to nie tak, że Dżungla jest tak zła, że się męczyłam przez rok – po prostu położyłam ją gdzieś pod stosem innych tytułów i tak ją przekładałam z kąta w kąt, ciągle mając coś innego, pilniejszego do czytania. A prawda jest taka, że jak już się wzięłam za powieść Sypenia, to poszło zupełnie szybko, ot: kilka wieczorów. Nie aż tak szybko jak Duma i uprzedzenie, ale też bardzo sprawnie.

Nakręciłam się na Dżunglę, bo o Marsie – i rzeczywiście dostałam całkiem sporo Marsa: planety, na której co prawda żyją ludzie, ale to życie całkowicie rozmija się z tym, o czym wszyscy marzyli. Mars zdaje się odrzucać kolonistów, wszyscy czują, że to nie jest ich naturalne środowisko. Tyle tylko, że nie ma powrotu na Ziemię. Dariusz Sypeń bardzo zgrabnie oddał ten klimat. Jego opowieść nie ma co prawda ciężaru historii Dicka, ale i tak daje się odczuć, że mieszkańcy Marsa są najzwyczajniej nieszczęśliwi. Unieszczęśliwia ich sama Czerwona Planeta. Niby coś robią, niby utrzymują kontakty, tworzą społeczności, ale to wszystko nie wystarczy do zdrowej egzystencji.
No i jeszcze nad wszystkim unosi się groza nadciągającej dżungli.
Odmalowanie tego świata to jeden z głównych plusów powieści. Drugim zaś jest intryga. Z oczywistych względów się nie rozpiszę na ten temat, żeby nie spoilować, ale pomysł jest, moim zdaniem, rewelacyjny.

I, niestety, teraz muszę przejść do czepów.
Przede wszystkim więc, bohaterowie: nie zdołałam się przywiązać do żadnej postaci. Nawet drugoplanowych. Wszyscy wydają mi się dość mdli, zdefiniowani głównie przez funkcję, którą mają pełnić w intrydze: naukowiec, agent, rewolucjonista, wpływowy bogacz, Daniel… nie, na serio: jeśli chodzi o Daniela, to właściwie nie do końca w ogóle wiem, po co on był. Znaczy w porządku, była sprawa włamania, tyle tylko, że wpływ tego wątku na rozwój fabuły i w ogóle wpływ Daniela na fabułę był cokolwiek nędzny. Gdyby Daniela po prostu wyciąć z powieści, tak naprawdę nic by się nie zmieniło – a to nie za dobrze, kiedy mówimy o jednym z dwójki głównych bohaterów. Bo że Aiko nie służyła w zasadzie niczemu, to mnie aż tak nie rusza – zawsze można jej bronić, że była potrzebna dla podkreślenia problemów ludzi na Marsie. W niej odbijała się jakość ich życia, psychiczna słabość i rozchwianie emocjonalne.
Nieco lepiej wypadła druga z dwójki protagonistów, Fran: owszem, miałam wrażenie, że ciut za często się onanizuje i nie bardzo wiedziałam, jakie to ma mieć znaczenie dla czytelnika, ale ta kobieta przynajmniej miała wpływ na rozwój wypadków. No i na upartego można cośtam o niej powiedzieć. Niewiele, ale coś się da.

Ale bohaterów jeszcze bym jakoś przeżyła. Największym grzechem Dżungli jest w moim mniemaniu końcówka. Biorąc pod uwagę, że intryga rozkręca się dość leniwie i czytelnik stopniowo wkręca się w wykreowany przez autora świat, spodziewałam się, że w końcu sięgniemy dna, wnikniemy w tytułową dżunglę, uwikłamy się w tajemnice i tak dalej. A tymczasem odniosłam wrażenie, jakby Sypeniowi już się nie chciało. Po prostu w którymś momencie dostajemy dwa rozdziały: jeden to przydługa rozmowa Fran z jakimś gościem, druga – przydługa rozmowa Daniela z innym gościem. Te dwa dialogi – czyli dwa rozdziały – stanowią ogromną, rozbuchaną ekspozycję. Siada napięcie, niczego się nam nie pokazuje, czytelnik nie przekonuje się o niczym naocznie. Po prostu postaci o wszystkim sobie opowiadają. Trochę jakbym czytała notkę encyklopedyczną z historii kolonizacji Marsa – tylko ubraną w płaszczyk dialogu. A gdzie złota zasada „show, don’t tell”?
Ta ekspozycja sprawiła, że bardzo mocno opadł mój entuzjazm związany z powieścią – a, ze względu na nudnawych bohaterów – on i tak nie był jakiś nadzwyczaj wielki.
Później, niestety, Dżungla nie odzyskuje już formy. Co prawda bohaterowie zaczynają z powrotem coś robić, ale ich działania, w świetle odbytych rozmów, stają się już do bólu przewidywalne.

Gdybym miała jeszcze wspomnieć o inszych sprawach, powiedziałabym, że do tej pory są dla mnie niejasne przyczyny poprowadzenia narracji w czasie teraźniejszym. Prawdę mówiąc, w trakcie lektury zupełnie przestałam zauważać ten element. Zastanawiam się, co konkretnie taka narracja miała spowodować…
Interlinia ogromna, marginesy spore, strony grube, więc tak naprawdę przez tekst się płynęło gładko, a każdy postęp był od razu widoczny, jeśli tylko spojrzało się na umiejscowienie zakładki w książce. Choć nie ukrywam, że nie jestem fanką takiego pompowania objętości i do tej pory myślałam, że przoduje w tym Fabryka Słów. Jak widać, Czwarta Strona czerpie z tych samych wzorców. Wszak każdy wie, że regały są z gumy, a w podróży przecież nikt nie czyta, więc im bardziej powieść będzie cegłówką, tym lepiej.
Wzdych.
No, ale przynajmniej baboli korektorskich było satysfakcjonująco mało.

Dżunglę można przeczytać. Można, ale nie trzeba. Nie zajmie to dużo czasu, a pomysł jest bardzo fajny – niestety, realizacja tego pomysłu mocno rozczarowuje, szczególnie końcówka. Obecnie mam mieszane uczucia. Pewnie będę się musiała po prostu przekonać w którąś stronę przy okazji kolejnych publikacji autora.





Chmura pyłków Priega zakrywa większość nieba, pod nią zaś rozciąga się motanina kształtów, zielone, falujące kłębowisko. Wszystko tam się rusza, wszystko pulsuje, napędzane szalonym życiem, nowe drzewa rosną na jego oczach, inne oplatają się wzajemnie swoimi lianami, łączą korzeniami, liście i kwiaty falują hipnotycznie. Mroczna zieleń pulchnieje, jest blisko, na wyciągnięcie ręki.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...