piątek, 27 stycznia 2017

Najlepszy film o Batmanie: "Mask of the Phantasm"

(źródło)
Właściwie tytułem zaspoilowałam już, co chcę tu powiedzieć. Ale że pewnie by mi samego tytułu nikt nie uznał za nadrobienie zaległej notki, no to spróbuję napisać coś więcej.

Kreskówkę o Batmanie pewnie większość ludzkości kojarzy. Była niesamowicie fajna, dynamiczna, klimatyczna, z fajną muzyką, dokładnie taka, jaki powinien być Batman – nie była burtonowska, nolanowa, ani niczyja inna – była batmanowa! No i najważniejsze: głos Jokerowi podkładał Mark Hamill! Najlepszy. Joker. Ever. Wiecie, ludzie się kłócą, czy lepszy był Nicholson czy Ledger. A to zupełnie bezsensowny spór. Znaczy owszem, lubię Jokera Nicholsona. Tylko że bądźmy poważni, Nicholson gra tam siebie. Tylko w makijażu. A Ledger… wiem, tłum oszalał na jego punkcie. Dla mnie to było dno i sześć metrów poniżej mułu. Ale ogólnie obu tych panów można odstawić do schowka na szczotki, kiedy na scenie pojawia się Joker-Hamill (a Riddlera dubbingował John Glover, co obecnie mnie cieszy, ale jak ten serial oglądałam, nie miałam o tym pojęcia).
Ale to serial. Natomiast jeszcze do niedawna omijała mnie jakoś wiedza o istnieniu pełnometrażowego filmu animowanego, stworzonego przez tych samych ludzi, z tą samą obsadą: Batman: Mask of the Phantasm z 1993 roku. Żeby było zabawniej, po polsku występujący jako Maska Batmana. A bawi mnie to dlatego, że bardzo zgrabnie zmienili właściciela maski. Ale tytuł to taki tam drobiazg, a faktem jest, że znów za muzykę odpowiada Shirley Walker, za reżyserię zaś – Eric Radomski i Bruce W. Timm. Podobnie ze scenarzystami, wszyscy są z serialu: Burnett, Dini, Pasko i Reaves. No i głos Jokerowi podkłada Mark Hamill. Cóż mogłoby pójść źle?
No właśnie nic. I, jak Jeżusia kocham, nic nie poszło źle.

Mask of the Phantasm w pełni trzyma poziom zajebistości serialu animowanego, tylko ma możliwość poruszenia obszerniejszego wątku, pogłębić historię, zabawić się w gęstszą intrygę. Jakże przyjemnie się to oglądało, szczególnie po Batmanach Nolana, który pozbawił Batmana… no, w zasadzie wszystkiego. To znaczy żeby nie było: ja mam świadomość tego, jak wyglądał Batman na początku. Nie było ani mroczne, ani za bardzo pogłębione. To nie tak, że patrzę teraz wyłącznie przez pryzmat Burtona. Niemniej jestem zagorzałą przeciwniczką ostatnich produkcji spod znaku Człowieka Nietoperza i się tego nie wstydzę.

(źródło)
Enyłej.
Mask… ma przede wszystkim fajną historię. Multum retrospekcji przybliża widzowi okoliczności „narodzin” Batmana. A także moment, w którym Bruce postanowił odwiesić pelerynę do szafy. To w ogóle mi się bardzo podobało: bo wszyscy wiedzą, że gwałtowna śmierć rodziców sprawiła, że młody dziedzic Wayne postanowił walczyć z bandziorami. Ale fajnie się oglądało ten okres, w którym – nieco już starszy – dziedzic Wayne zaczął się zastanawiać, czy to na pewno coś, czego chcieliby jego rodzice? Czy ma się tak mścić do własnej śmierci, czy może w dostatecznym stopniu wypełnił już przysięgę złożoną rodzicom? Szczególnie zapada w pamięć scena, w której Bruce przy grobie państwa Wayne tłumaczy, że ból nie jest już tak wielki jak kiedyś. Oto więc czas zaleczył trochę rany i właściwie to on by mógł odpuścić.
Dość tradycyjnie też, Mask… podkreśla, jak mętna jest granica między Batmanem a zwalczanymi przez niego złoczyńcami. Zwraca uwagę na to, że Bruce’owi wystarczy jeden krok, jedna chwila nieuwagi, by stać się tym, przed czym chce chronić Gotham. Zwraca uwagę na bliskość szaleństwa.
Ten film doskonale pokazuje Batmana-człowieka, zachowując jednocześnie całą komiksowość. Bo przecież będziemy też mieli Batmana latającego z Jokerem na czymś w rodzaju jetpacka, no i będziemy mieli dziwnego Phantasma – który potrafi znikać przed kulami.

Są więc te retrospekcje i naprawdę poruszająca, ciekawa historia Bruce’a. I są dla równowagi momenty przepełnione akcją, pościgi za złoczyńcami, no i oczywiście za tajemniczym Phantasmem. Dodatkowo jest dość rozbudowany wątek kryminalny, w którym Batman ma okazję wykazać się nie tylko jako osiłek tłukący tych złych, ale też jako detektyw. I przyznam, że dałam się przy tej okazji nabrać na dość zgrabną zmyłkę w intrydze. A skoro tak, to czyż mogłabym narzekać? Dodatkowo ładnie były zarysowane relacje Bruce’a z Alfredem, który z jednej strony był dla panicza jak ojciec, z drugiej jednak – zdarzały się sytuacje, w których po prostu nie mógł pomóc i pozostawało mu jedynie wycofanie się.
No i Joker! Joker był cudowny! To najcudowniejszy Joker ever! Jednocześnie przerażająco zły, zabijający właściwie chyba głównie dla zabawy, bo przecież mógłby zarobić na współpracy, ale też błyskotliwy i szaleńczo odważny. No i uroczy. Kurde, creepy, ale na tyle charyzmatyczny, że naprawdę trudno go nie lubić. Ten śmiech!!

Wiem, że się miotam – i że więcej piszę o innych Batmanach niż o tym właściwym. Ale staram się nie rzucać spoilami, bo naprawdę byłoby szkoda mieć popsutą intrygę tego filmu. To wszystko jest po prostu stuprocentowo fajne, gra tu każdy element filmu: muzyka, bohaterowie, tempo, historia. Nie wiem, czego można by się przyczepić. Dlatego może już przestanę pisać i zakończę: jeśli ktoś – tak jak do niedawna ja – jeszcze nie widział Mask of the Phantasm, to niech jak najprędzej nadrobi ten brak. Warto. Bardzo warto.




– For once, I'm stuck without a punchline.

wtorek, 24 stycznia 2017

Fraa i prequele albo "Strażnicy - Początek"

(okładka tomu II)
Autor: Darwyn Cooke, Brian Azzarello, J. Michael Straczynski, Len Wein
Tytuł: Strażnicy – Początek
Tytuł oryginału: Before Watchmen
Tłumaczenie: Jacek Drewnowski, Marek Puszczewicz
Miejsce i rok wydania: Warszawa 2013-2014
Wydawca: Egmont Polska

Moje pierwsze zetknięcie ze Strażnikami, filmowe, najzupełniej mnie zachwyciło. Wkrótce więc nie miałam innego wyjścia, jak tylko sięgnąć po komiks – i, jeśli to w ogóle możliwe, było jeszcze lepiej. Nic więc dziwnego, że nie trwało zbyt długo, kiedy zdecydowałam się na kolejny krok, czyli lekturę serii prequeli pod zbiorczym tytułem Strażnicy – Początek. Już sam tom zawierający oddzielne historie Rorschacha i Komedianta by mi wystarczył, a przecież miało być więcej dobra: Gwardziści (Zakapturzony Sędzia FTW!), Dr Manhattan, a nawet Dolarówka. Cóż mogło pójść źle…?

Niestety, rzeczywistość postanowiła od razu dać mi po nerach i poprawić w piszczel.
W trakcie lektury pierwszego tomu, na który składają się historie Gwardziści oraz Jedwabna Zjawa, uświadomiłam sobie kilka spraw: po pierwsze, ja przecież w ogóle nie lubię prequeli! Serio – z jednej strony, jasne, jeśli mam do czynienia z ciekawą, złożoną opowieścią, to korci i nęci, by dowiedzieć się, co było wcześniej. Ale to taka ciekawość, która potrafi się okropnie mścić, kiedy zostaje zaspokojona. Bo nierzadko odarcie postaci czy wydarzeń z aury tajemniczości jakoś tak… no… nie jest fajne. Zubaża całą historię, każe porzucić dotychczasowe wyobrażenia na dany temat i wpasować się w zaprezentowaną ramkę. Pamiętam, że stosunkowo niedawno uderzyło mnie to podczas oglądania historii Wolverine’a. I niemal zawsze mam podobne wrażenie. Więc właściwie sięganie po Strażników – Początek było z mojej strony od samego startu ogromnym ryzykiem. Tym bardziej, że po komiksie Moore’a i Gibbonsa naprawdę bardzo wysoko zawiesiłam poprzeczkę. I tu następuje zresztą „po drugie”: autorzy serii prequeli mieli cholernie trudne zadanie. Przypuszczam, że nie ja jedna uznałam, że jeśli dostanę coś choć odrobinę gorszego niż „epicko przezajebiste”, to będę bardzo, bardzo niezadowolona. Pewnie gdyby bohaterowie tych komiksów inaczej się nazywali, a całość nie byłaby związana ze Strażnikami, ewentualne mankamenty bolałyby mnie dużo mniej. Po trzecie wreszcie, Strażnicy – Początek mają to, czego nie lubię: różnych rysowników. To chyba mocno subiektywne, ale ja po prostu nie lubię, kiedy w ramach jednej serii zmienia mi się kreska. Ja wiem, rozumiem, że przecież tutaj mamy do czynienia z kilkoma oddzielnymi komiksami i to nie tak jak np. w Kaznodziei czy Jonahu Hexie, ale jednak czytałam to ciągiem i miałam kłopot z tym przerzucaniem się co i rusz na inny styl rysowania. Jakoś mnie to wybijało. I nie poprawiał sytuacji fakt, że niektórzy rysownicy wyczyniali naprawdę dziwaczne rzeczy, które w najlepszym razie nie bardzo mi się podobały, w najgorszym zaś – niezmiernie bawiły za każdym razem, kiedy patrzyłam na dany kadr. I uwierzcie, to potrafi rozwalić klimat historii.

Ale to wszystko takie marudzenie formalne, które wciąż mogły wykasować świetnie opowiedziane historie poszczególnych Strażników.
Tyle tylko, że nie.
To znaczy nie chcę być źle zrozumiana: dobrze się bawiłam czytając te prequele. No, przynajmniej większość z nich. Ale one za diabła nie wytrzymują porównania.
W pierwszej części, Gwardziści, odniosłam wrażenie, że opowieść snuta jest jakoś tak bałaganiarsko, że wdziera się w nią chaos i miałam trudność z wczuciem się w bieg wydarzeń. Zabrakło mi rozsmakowania się w tle, delikatniejszego zarysowania postaci, wszystkiego tego, co oferowali Strażnicy. Rozumiem, oczywiście, że skoro Gwardziści są objętościowo o połowę krótsi od Strażników, trudno oczekiwać podobnego tempa. Ta część ma swoje lepsze strony, choćby Człowieka Ćmę, ale to ciągłe wrażenie pośpiechu i bałaganu sprawiło, że nie mogłam się nią zachwycić. Plus mały spoiler: doceniam podniesienie mi ciśnienia Zakapturzonym Sędzią. Przez krótki moment dałam się nabrać i już chciałam wyrzucić z siebie potok brzydkich słów, kiedy myślałam, że komiks jednoznacznie odpowiada mi na pytanie, kim ten bohater był w rzeczywistości. Na szczęście okazało się, że to tylko jedna ze zmyłek, a tajemnica pozostała tajemnicą.
Kolejna część, Jedwabna Zjawa, spodobała mi się bez porównania bardziej. Okazało się, że jednak przy tej długości historii zdecydowanie na zdrowie wyszło skupienie się na jednej postaci, a nie na całej grupie. Tak naprawdę nie mogę się za bardzo przyczepić do tej opowieści. Rysunki Amandy Conner fajnie podkreślają klimat, a sama historia tego, jak młoda, zbuntowana hipiska chcąc nie chcąc idzie w ślady matki, jednocześnie robiąc to „po swojemu”, jest całkiem ciekawa. Szkoda, że akurat nie jestem jakąś szczególną fanką Jedwabnej Zjawy, bo pewnie się trochę zmarnował potencjał.

Drugi tom serii był tym, na który czekałam najbardziej: składają się na niego dwie części: Komediant oraz Rorschach. Miziałam okładkę jeszcze na długo zanim wzięłam się za czytanie.
I, niestety. Smuteczek. Niby Brian Azzarello, autor scenariuszy do obu historii, to nie byle kto, bo zdobywca Nagrody Eisnera, ale kurde, no.
Szczególnie rozczarował mnie Komediant. Raz, że właściwie nie powiedział nam o tym bohaterze niczego odkrywczego. Wręcz mam wrażenie, że go uprościł, odzierając z tego, czym był Komediant w Strażnikach: z bycia błaznem w najbardziej klasycznym rozumieniu. Azzarellowy Komediant to ot, po prostu szuja. Nie mówi czytelnikowi niczego o otaczającym go świecie, mówi tylko o sobie. Przestaje być krzywym zwierciadłem. Dwa: całość skupia się wokół wątku wietnamskiego, który – czysto subiektywnie – niekoniecznie jest najciekawszym, co można było wybrać z życia Eddiego. Trzy: coś, co mnie poirytowało najbardziej – Azzarello zmienia wydarzenia, które znamy z oryginalnych Strażników. I to było w moim odczuciu bardzo, bardzo niefajne.
Zdecydowanie lepiej poszło z Rorschachem. Skarpetek z wrażenia nie rozerwało, a o Rorschachu dowiadujemy się tak naprawdę więcej z samych Strażników oraz z prequela poświęconego Nocnemu Puchaczowi, ale przyjemnie się to czyta. Jest intryga, śledztwo, szemrane typy i Rorschach, który nie uznaje szarości. Czyli wszystko poprawnie.

Trzeci tom to wspomniany już Nocny Puchacz oraz Dr Manhattan, a także króciutka historyjka Molocha.
Nocny Puchacz jest naprawdę bardzo w porządku. Irytowała mnie kreska, jakaś taka niedbała i rozedrgana, z brzydkimi cieniami i… no dobra, i ta groteskowa fryzura Damy Zmierzchu. Przepraszam, nie mogłam przestać się śmiać, kiedy ją widziałam. Laska wyglądała, jakby posadziła sobie na łbie ośmiornicę. Taką naprawdę dużą. A skądinąd Dama Zmierzchu okropnie mnie irytowała tymi swoimi okropnie naiwnymi, generalizującymi komentarzami na temat mężczyzn i tego, jak to świetnie ona się na nich zna. A wszystko to były mądrości na poziomie egzaltowanej nastolatki. Nie jestem pewna, czy bohaterka miała zrobić właśnie takie wrażenie. Natomiast abstrahując od niej, historia Nocnego Puchacza była fajna, no i szczególnie ciekawym akcentem był w niej Rorschach. I ta dość nienaturalna przyjaźń, jaka się między nimi wytworzyła (choć może „przyjaźń” to złe słowo) – bo wszak ci dwaj to typy o skrajnie różnych moralnościach.
Dr Manhattan jest opowieścią równie dziwaczną co tytułowy bohater. Właściwie trzeba tu docenić, że J. Michael Straczynski i Adam Hughes dali radę oddać tę niesamowitość, poprowadzić narrację w kilku alternatywnych rzeczywistościach jednocześnie, z różnych perspektyw i w różnych czasach. Fajnie wykorzystali formę komiksu do pokazania sposobu, w jaki istnieje dr Manhattan. Nie powiem, pod koniec zaczęło mnie to już nieco męczyć, ale myślę, że zamysł się udał. Ponadto ta historia robi to, czego mi brakowało przy Komediancie: poszerza wiedzę czytelnika o bohaterze. Wnosi coś nowego.
Tom kończy się częścią Moloch. Miły, krótki dodatek, który przybliża złoczyńcę znanego ze Strażników – acz znanego z zaledwie kilku pojedynczych scen, pozbawionego do tej pory jakiegokolwiek tła. Nie miałam tu żadnych oczekiwań, a historia, którą dostałam, była całkiem zadowalająca.

Ostatni tom to Ozymandiasz, Karmazynowy Korsarz i – znów krótki dodatek – Dolarówka.
Jeśli miałabym wskazać najgorszą część serii, to chyba celowałabym właśnie w Ozymandiasza. Ta historia przypomina słabego fanfika, pisanego przez podjaranego jedenastolatka, który bardzo chciałby być głównym bohaterem. Można odnieść wrażenie, że całość została napisana tylko po to, żeby Ozymandiasz mógł się bez ustanku nacierać własną zajebistością: inteligencją, zwinnością, siłą, błyskotliwością i ujwieczymjeszcze. A to się bardzo szybko stało cholernie męczące. Dodatkowo rysunki Jae Lee były cokolwiek dziwaczne – i nie chodzi mi tu wcale o wykończenie poszczególnych scen, które przechodziły w monochromatyczne plątaniny kresek – bo to akurat sprawiało fajne wrażenie. Chodzi mi o to, że Ozymandiasz – a także inne postacie pojawiające się w kadrach – zawsze mają obowiązkowy rozwiany pukiel nad czołem. I przepraszam, ale ten pukiel wyglądał idiotycznie i skutecznie odciągał moją uwagę od fabuły. Zresztą, od jakiej tam fabuły… fabułę znałam ze Strażników, bo scenariusz Lena Weina nie rozwinął jej jakoś szczególnie. Tak naprawdę dodał tylko ten intelektualny onanizm Ozymandiasza. Blah. Był dosłownie jeden moment, w którym pojawiła się we mnie iskierka nadziei, że może choć raz, jeden raz, Ozymandiasz – nie to, że przegra! – zremisuje w mordobiciu z kimś innym. To by było takim trochę ściągnięciem go na ziemię, dodaniem odrobiny mięsa do tego nadętego balonu. I co? I oczywiście musieli to popsuć, bo zaraz po tej niby wyrównanej walce czytelnik dostaje komentarz bohatera w stylu „oczywiście pozwalałem mu wygrywać, bo chciałem go sprawdzić”. FAK JU! I tym sposobem moim ulubionym momentem z całej tej historii jest kadr, w którym Bubastis odlewa się na Ozymandiasza. Amen.
Po takim przeżyciu powitałam Karmazynowego Korsarza jak prawdziwe błogosławieństwo. Fakt, myślałam, że ta część będzie miała więcej wspólnego z tymi fragmentami, które czytał chłopaczek w Strażnikach, ale i tak historia dała radę wciągnąć. Jeśli czegoś tam żałowałam, to faktu, że kreska nie była taka jak w Karmazynowym Korsarzu ze Strażników. Nie był to jednak wielki żal, bo ta opowieść jest naprawdę ładnie narysowana.
Serię zamyka krótka historia o Dolarówce – który tak właściwie nie był za bardzo superbohaterem, a raczej maskotką banku, ale przez pewien czas dawało się jakoś splatać jedno z drugim. Historyjka jest właściwie dość przykra, choć sam Dolarówka, niestety, jest moim zdaniem postacią zbyt marginalną, żeby dobrym pomysłem było kończenie nim całej serii.


Nie było idealnie, zdecydowanie nie. Wiele spraw mnie irytowało, mam żal o spartolenie historii tych bohaterów, na których mi najbardziej zależało. Ale gdybym miała podsumować wrażenia z lektury całości, to dobrze się bawiłam. Że Ozymandiasz był wkurzającym gnojem? No dobrze, może i był. Mogę się z tym pogodzić. Poza tym, poznałam lepiej Nocnego Puchacza, Jedwabną Zjawę, Rorschacha i innych. Zagłębiłam się w dziwaczne postrzeganie świata przez Dra Manhattana. Dowiedziałam się też czegoś choćby o Sylwetce czy Molochu. Gdybym teraz, znając zawartość, miała decydować, czy kupować serię Strażnicy – Początek, najpewniej zdecydowałabym się na „tak”. Bo wśród rozmaitych mankamentów, to wciąż są fajne historie osadzone w ciekawej rzeczywistości. Zapoznanie się z nimi nie jest w żadnym razie obowiązkowe. Strażnicy samodzielnie świetnie dają sobie radę i żadnych prequeli do szczęścia nie potrzebują. Ale jeśli ktoś naprawdę przywiązał się do tych bohaterów i chciałby przedłużyć tę znajomość – to ta lektura w żadnym razie nie boli.

poniedziałek, 23 stycznia 2017

"Duma i uprzedzenie", czyli o mylnych pierwszych wrażeniach

Autor: Jane Austen
Tytuł: Duma i uprzedzenie
Tytuł oryginału: Pride and Prejudice
Tłumaczenie: Anna Przedpełska-Trzeciakowska
Miejsce i rok wydania: Warszawa 2008
Wydawca: Świat Książki

Od wielu tygodni zbieram się do napisania zaległych notek. Mam ich w głowie mnóstwo i istnieje całkiem spore prawdopodobieństwo, że wkrótce pozapominam, o co mi w ogóle chodziło, zamiast faktycznie cokolwiek napisać. Próbuję jednak przełamać tę złą passę – delikatnie i powoli, czymś niezbyt wymagającym: czyli właśnie Dumą i uprzedzeniem Jane Austen. Dla uczciwości napiszę, że będą spoilery, choć nie umiem sobie wyobrazić zaspoilowania komuś tego tytułu…

Po książkę sięgnęłam właściwie przypadkiem – ot, akurat znalazła się w domu, a ja skończyłam inne lektury, no to sięgnęłam sobie, bo co tak ma leżeć i się kurzyć. Okazało się to bardzo trafioną decyzją. Duma i uprzedzenie to powieść, która podpasowała mi pod bardzo wieloma względami, z których część zresztą jest może mało chwalebna, niemniej chyba nie ma sensu udawać.
Powieść Jane Austen czyta się szybko. Szybko nawet w moim przypadku – i przypomnę w tym miejscu, że jestem osobą, która ostatnimi czasy potrafi niezbyt obszerne książki czytać po pół roku. Bo trzy strony i zasypiam. Bo nie mam czasu. Bo nigdy nie pamiętam o spakowaniu sobie książki na drogę do pracy. Dumę i uprzedzenie tymczasem łyknęłam w coś około trzech wieczorów. Podejrzewam, że nie tylko dlatego, że książka jest ciekawa. Spore znaczenie przypisuję rozdziałom, które mają po kilka stron, więc bardzo łatwo mówić sobie „tylko dokończę rozdział”. A dwie minuty później „nie no, to szybko poszło, to jeszcze jeden”, a za chwilę znów „no dobra, jeden, ostatni – bo te poprzednie takie krótkie były”. I tak, malutkimi kroczkami, człowiek nagle łapie się na tym, że jest w połowie książki. I nie ma przy tym za grosz poczucia, że przez ten tekst brnie, nie ma walki. Jest tylko radosne przemykanie przez kolejne strony.
Przy czym, oczywiście, ma znaczenie fakt, że powieść rzeczywiście nie jest zbyt długa.

No i jest fajna – zwyczajnie i po ludzku fajna. Nie zostawia kaca, nie wywołuje katharsis, nie budzi jakichś gwałtownych emocji. Ale sprawia, że czas poświęcony lekturze mogę z czystym sumieniem uznać za przyjemnie spędzony, poprzetykany radosnym rechotem i komfortem psychicznym, że w tej bajce wszystko będzie dobrze.
Wiecie, to nie jest Przeminęło z wiatrem, choć nie ukrywam, że ciągle mi się kołatało w głowie to skojarzenie. W Lizzy widziałam nieśmiały zwiastun Scarlett, a pan Darcy przywodził na myśl Retta. Tyle tylko, że w powieści Mitchell mamy emocje na pełnym wypasie (wspominałam już, że koniec końców Scarlett doprowadzila mnie do białej gorączki i pizgłam książką o ścianę nie doczytawszy ostatnich stron), bohaterowie są niesamowicie złożeni, jest niesamowicie dramatyczne tło historyczne, a podczas lektury czytelnik boi się o każdą postać po kolei, bo nie wiadomo, kiedy na bohaterów spadnie kolejna katastrofa i jakie żniwo zbierze tym razem. Porównując, Duma i uprzedzenie to bajeczka – czytadło o sielskim życiu na wsi, gdzie absolutnie jedyną bolączką bohaterów jest to, jak dobrze wydać za mąż pięć córek. Najgorsze, co może ich spotkać, to że w towarzystwie będzie się na nich krzywo patrzeć. W ogóle poziom obawy spod znaku „co ludzie powiedzą” jest rozczulająco rozhulany, ale przyznam, że po pewnym czasie człowiek się w to wkręca. Nie wiem, czy wśród osiemnastowiecznych angielskich wyższych sfer rzeczywiście etykieta i opinia sąsiadów miała aż takie znaczenie, czy autorka jednak trochę podkręciła realia dla zwiększenia dramatyzmu. Nie robiłam ani odrobiny researchu pod tym względem, bo – prawdę mówiąc – zupełnie nie odczuwam takiej potrzeby. Z mojego punktu widzenia jest to zupełnie wiarygodne i całkowicie ufam Austen.
Jak o tym myślę, to chyba większe napięcia i emocje były w Ani z Zielonego Wzgórza

Nie sposób nie wspomnieć o fantastycznej galerii postaci. Przede wszystkim, moim faworytem jest pan Bennet, ojciec pięciu córek i – obok Elżbiety – jedyny, który korzysta z mózgu w Longbourn. Choć zapewne nie byłby w połowie tak fajny, gdyby nie obecność jego małżonki, pani Bennet, z której mógł tyle razy robić sobie podśmiechujki. Co mi się dodatkowo podobało, to fakt, że choć pan Bennet wyraźnie jest obliczony na lubienie, to jednak narrator nie boi się obarczyć go częściową winą za nieszczęścia, które spotykają członków rodziny. Bycie zabawnym złośliwcem nie rozgrzesza pana Benneta, a on sam wcale nie jest tak dużo lepszy od swojej małżonki, choć skrajnie odmienny.
Pan Darcy, jak to pan Darcy: absolutnie cudowny tróloff, do którego nie sposób mieć jakiekolwiek zastrzeżenia. Czytelnik od początku wie, na co się szykować i chce, żeby to się spełniło. I książka nie rozczarowuje, oczywiście.
Bohaterów jest tak naprawdę bardzo dużo, począwszy od – także głównych – Jane i Bingleya, przez panią Bennet i pozostałe siostry Elżbiety, aż po pułkownika Fitzwilliama czy Georgianę Darcy. Każda z postaci jest inna, każda bardzo wyrazista, choć nie można im zarzucić zbytniej złożoności: prawdę mówiąc, nawet bohaterowie pierwszoplanowi są raczej prości. Nie zmienia to faktu, że ci, których czytelnik ma polubić, dają się polubić bez żadnego problemu, a kto ma być bucem i łajdakiem, takie właśnie wrażenie wywołuje. Słowem, oni wszyscy są może nieskomplikowani, ale ten system po prostu działa.

Jeśli miałabym na cokolwiek kręcić nosem, to będzie to zakończenie: właściwie nie do końca wiem, po co ono się znalazło w powieści. Pędzimy z akcją, następuje finał, przyjęte oświadczyny, wszyscy się cieszą, właściwie można by na tym poprzestać… ale dostajemy jeszcze kawał tekstu, gdzie narrator nam uprzejmie objaśnia, kto gdzie zamieszkał i jak się układały dalsze relacje między postaciami. I w międzyczasie ulatnia się gdzieś cała radość z tamtego finału.

Ale, pomijając ten drobiazg, Duma i uprzedzenie to naprawdę fajna powieść, która zapewnia parę godzin lekkiej, niezobowiązującej rozrywki, pozwala zajrzeć w codzienność wyższych sfer w osiemnastowiecznej Anglii i sprawia, że chce się do tej historii jeszcze wrócić.



Żonie nie zawdzięczał nic prócz radości, jaką czerpał z jej głupoty i ignorancji. Nie jest to jednak ten rodzaj szczęścia, jaki na ogół mężczyźni pragnęliby zawdzięczać żonom, ale tam, gdzie brak innych źródeł zadowolenia, prawdziwy filozof potrafi wykorzystać i te, które mu są dane.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...