czwartek, 5 stycznia 2017

Huncwot 1. Możliwe spoilery

(źródło)
Późno i mam wrażenie, że na ostatnią chwilę, ale udało nam się dotrzeć na Łotra 1. Właściwie nie wiem, czego się spodziewałam. Chyba niczego nadzwyczajnego, a na pewno czegoś gorszego od Przebudzenia Mocy. Miałam wrażenie, że pomysł na ten film wziął się z prostej rozkminy, jak by tu jeszcze odciąć kupon i zgarnąć kasę. I choć po seansie nadal mam wrażenie, że właśnie takie były podstawy stworzenia Łajdaka 1, to jednocześnie oznajmiam, że zupełnie mi to nie przeszkadzało.

Naprawdę – świetnie się bawiłam. Przede wszystkim, film ma tę przewagę nad Przebudzeniem…, że próbuje we własną fabułę. To już nie jest tak do końca zlepek wszystkiego, co znamy z pierwszej trylogii, tylko w podkręconych kolorach. Oczywiście, pewne elementy muszą się powtórzyć: protagonistka, która straciła rodziców i dołącza do Rebelii? Checked – w tym przypadku mamy Jyn Erso (Felicity Jones). Szemrany towarzysz niedoli, który, mimo różnic w poglądach, wkrótce staje się najbliższym przyjacielem? Checked – Cassian Andor (Diego Luna). Zabawny droid? Checked – zresztą, chyba moja ulubiona postać w filmie: K-2SO (Alan Tudyk). Można by tu na pewno mnożyć przykłady, ale moim zdaniem nie ma to większego sensu. Bo ważne, że – nawet jeśli odgrzewani – ci bohaterowie zostali wkomponowani w naprawdę fajną, ciekawą historię, co więcej: historię, której zakończenia, przyznaję, się nie spodziewałam. Do pewnego stopnia – oczywiście, że tak. Wszak oglądało się Nową Nadzieję, co daje pewne wskazówki. Niemniej cóż: warto wysiedzieć w kinie do końca.

Warto też dlatego, że Gałgan 1 ma naprawdę mocną końcówkę. Są świetne piu-piu w kosmosach, absolutnie satysfakcjonujące, wliczając w to klasyczne ujęcia wspaniałych rebelianckich pilotów w swych latających X-Wingach. Są wybuchające niszczyciele, mrowie myśliwców, no i admirał Raddus (Paul Kasey, Stephen Stanton) – nie Ackbar, ale zawsze coś. Przede wszystkim zaś: są absolutnie najbardziej epickie sceny w całych Star Warsach, to znaczy Darth Vader. Owszem, są to – jeśli dobrze liczę – sceny w liczbie całych dwóch. Nie wiem, ile łącznie trwają. Minutę? Dwie? Ale tak bardzo warto! Vader jest w nich całkowicie doskonały i pozwala w spokoju zapomnieć, że przecież znamy go jeszcze jako Anakina-co-kocha-Padme, który był koszmarnie wkurzającym gnojkiem. Huncwot 1 pokazał nam Vadera w pełnym rozkwicie jego badassowatości. To są sceny, które można by sobie zapętlić i oglądać w kółko, szczególnie że Vaderowi towarzyszy oczywiście Marsz Imperialny – chyba jedyny klasycznie starwarsowy kawałek, jaki pojawia się w tym filmie.
Chyba na przekór znanym mi opiniom, bardzo spodobał mi się Tarkin (Guy Henry). Podobno był okropnie cyfrowy, podobno źle animowany i tak dalej – i kompletnie tego nie zauważyłam. Dla mnie był świetny i bardzo ładnie nie schodził z poziomu „Jestem złym, zimnym rozpierdalatorem i lepiej nie wchodzić mi w drogę”. Od razu było widać, że Tarkin jest tym, kim chciałby być Krennic (Ben Mendelsohn), ale mu nie wychodzi.

Czemu, do diabła, wylądowaliśmy tak daleko?
(źródło)
Oczywiście, film ma wady. Przede wszystkim: bohaterowie. Mimo że dają radę i część z nich naprawdę polubiłam, to Łobuz 1 nie stworzył tak pamiętnych charakterów jak Nowa Nadzieja. Jyn i Cassian są dość nijacy. Dlatego zresztą, jak pisałam: droid jest moim ulubieńcem, jeśli chodzi o główne role. Jest trochę postaci pobocznych, które okazały się dużo ciekawsze od głównych (niezbyt trudne, równie dobrze można by powiedzieć, że są ciekawsi od kostki styropianu): Chirrut (Donnie Yen) i Baze (Wen Jiang) stworzyli sympatyczny duet, pozytywne emocje wzbudza tez Bodhi (Riz Ahmed).
Tyle tylko, że wspomniany Bodhi jest jednocześnie sporym rozczarowaniem. Bo kiedy Saw Gerrera (Forest Whitaker) kazał go wymiziać temu czemuś z mackami, wspomniał, że to może doprowadzić do utraty rozumu. I naprawdę liczyłam na to, że to nie będzie tylko pusta pogróżka, ale że faktycznie pilotowi oberwie się po mózgu. Tymczasem okazało się, że koleś zniósł to wszystko zupełnie dobrze – dla mnie to okropnie zmarnowany potencjał.
W ogóle przy tej okazji wspomniałam o drugim rozczarowaniu: Gerrerze. W moim odczuciu był taką tutejszą kapitan Phasmą: napompowali mu opinię, zrobili kozacką stylówę, przygotowali widza na to, że ta postać okaże się badassem – a okazało się, że jego jedyną rolą jest powiedzenie paru zdań i… no, zejście ze sceny. Był Saw, nie ma Sawa. Wkurzyło mnie to, tak samo jak wkurzyła mnie w Przebudzeniu Mocy Phasma. Obojgu zabrakło jakiejś jednej, malutkiej chociażby scenki, która usprawiedliwiłaby to, co o tych postaciach się mówiło.

Film ma u mnie też dużego plusa za próbę wyjaśnienia czegoś, co w mojej opinii zawsze było i jest największą bzdurą Star Warsów: jak to możliwe, że Imperium skonstruowało wielką, mocarną broń masowej zagłady z tak boleśnie oczywistym słabym punktem?
(źródło)
Plus jednak, choć jest duży, nie jest bardzo duży. Niestety, to wyjaśnienie tak naprawdę też ma parę słabych punktów. Po pierwsze: konstruktorem Gwiazdy Śmierci był Galen Erso (Mads Mikkelsen), koleś, który już raz wycodał się z imperialnego interesu i został zaciągnięty z powrotem do pracy siłą. Jak więc można było zaufać mu tak bardzo, że nikt nie kontrolował tego, co on wyprawiał? Czemu żaden zespół kompetentnych naukowców nie patrzył mu na ręce? Po drugie: nawet jeśli nie patrzyli mu na ręce podczas pracy, to przecież w archiwum były kompletne plany Gwiazdy Śmierci. Nikt w Imperium ich nie przejrzał? Bo mam wrażenie, że pierwszymi osobami, które zerknęły na te dane, byli żołnierze Rebelii. No i po trzecie: dobra, załóżmy, że Galen naprawdę świetnie kłamał i tak wszystkich zmanipulował, że w ogóle nie przyszło im do głowy, żeby cokolwiek sprawdzać. Ale, do licha, przecież oni później – już bez udziału Galena – to powtórzyli! A potem jeszcze raz! Jak to w ogóle możliwe?!
Niemniej – wciąż szacun za tę próbę. Podejrzewam, że wyjaśnili to po prostu najlepiej jak się dało. A że mieli naprawdę trudny materiał, to cóż… Jak to mówią: z tego tam czegoś bicza nie ukręcisz.

Gdybym miała doszukiwać się jeszcze problemów, to powiedziałabym, że niepotrzebnie Szelma 1 jest filmem tak bardzo poważnym. Star Wars zawsze kojarzyły mi się jednak z odrobiną humoru, a tutaj tego zabrakło. Rozumiem, oczywiście, że sytuacja, w której znalazła się Rebelia, nie sprzyjała tryskaniu humorem, ale odniosłam wrażenie, że twórców filmu by zabiło, gdyby widz choć raz mógł się zaśmiać podczas seansu. Pozwolili sobie najwyżej na kilka uśmiechów, zazwyczaj z udziałem droida.

Niemniej film bardzo mi się podobał i udowodnił, że – mimo obaw po obejrzeniu Przebudzenia Mocy – Disney jest w stanie pokazać dość oryginalną historię osadzoną w tym settingu. Pozostaje więc czekać do przyszłych świąt na dalszy ciąg przygody.




– Do you want to know the odds of her using that blaster on you?
Quiet.

– It's high. It's very high.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...