czwartek, 29 grudnia 2016

W poszukiwaniu sensu, czyli "Delirium w Tharsys"


projekt okładki: Wiktor Żwikiewicz
Autor: Wiktor Żwikiewicz
Tytuł: Delirium w Tharsys
Miejsce i rok wydania: Bydgoszcz 1986
Wydawca: Pomorze

W maju tego roku dzieliłam się wrażeniami po lekturze zbioru Kajomars i inne opowiadania Wiktora Żwikiewicza. Wspomniałam również przy tamtej okazji, że zaczęłam walczyć z Delirium w Tharsys. Pamiętam, ma się rozumieć, radę, bym ten akurat tytuł odłożyła na sam koniec zaznajamiania się ze Żwikiewiczowską twórczością, ale skoro miałam już wypożyczoną i napoczętą książkę, to co się miało marnować…?
Szczęśliwie już ponad pół roku później dobrnęłam do końca.
Przez pewien czas zastanawiałam się, czy w ogóle pisać o Delirium… - skłaniałam się ku przemilczeniu tego epizodu ze swojego życia, ale jakoś tak dzisiaj stwierdziłam, że kaman! Zjadło mi to siedem miesięcy, dlaczego miałabym o tym milczeć? No więc odpaliłam Worda. I poszłam w internety w poszukiwaniu cudzych recenzji tej powieści, w poszukiwaniu inspiracji i pomocy w zrozumieniu dzieła.
I, prawdę mówiąc, cholernie się zawiodłam. Raz, że tych opinii znalazłam jak na lekarstwo. Dwa, jak już były, to albo sprowadzały się do „spróbowałem, ale po kilkudziesięciu stronach dałem sobie spokój” (rzadziej), albo do „Żwikiewicz jest bardzo trudny, nie dla każdego, ale moim zdaniem to geniusz” (częściej). Muszę przyznać, że poczułam się nieswojo. Przede wszystkim, zupełnie nie podoba mi się ton tych zachwytów. Bije z niego proste ultimatum: albo uwielbiasz Żwikiewicza, albo jesteś za gupia. A tymczasem ja się nie uważam za aż tak znowu głupią. Okej, okej, do tytanów intelektu nie należę, ale zdarzyło mi się w życiu zanurzać zarówno w rozrywkowe czytadła jak i teksty mądre i pogłębione. I jeśli nie zachwyca mnie Delirium…, to nie zgadzam się, że to wynika z faktu, iż tej powieści nie zrozumiałam. Tylko z tego, że… no, że po prostu mi się nie za bardzo podobała. Proste.

A skoro już nabiłam notce objętość tym przydługim wstępem, mogę przystąpić do właściwego tematu.
Przede wszystkim, mam wciąż kłopot z tym osławionym, trudnym stylem. Nie dlatego, żeby rzeczywiście sprawiał mi trudność. Bah, w wielu momentach język, jakim posługuje się narrator, jest zachwycający: szczególnie działają na wyobraźnię niebanalne, bardzo plastyczne opisy – bardzo, jakby to ująć… soczyste. W efekcie tego sceny, których świadkiem jest wędrujący przez świat Jonas, mocno odciskają się w pamięci. Tyle tylko, że same opisy nie zrobią powieści. Nie uczyni tego też fajne słowotwórstwo (a u Żwikiewicza zazwyczaj jest fajne). Szczególnie, jeśli między to wszystko wciśnie się różne mniej lub bardziej irytujące maniery, jak na przykład nadużywanie Wielkich Liter – nie było, ma się rozumieć, tak źle jak u Coelho, ale i tak miewałam dość często wrażenie, że ktoś tu próbuje mi tymi Wielkimi Literami wmówić Wielki Ukryty Sens pewnych rzeczy, który wcale nie wynikał z kontekstu. Z czasem też zaczęłam mieć dość wykrzykników i apostrof – towarzyszyło mi takie niewyraźne uczucie, jakbym czytała pijanego Tyrmanda. Nie poprawiał sytuacji fakt, że w ten sposób wyrażał się zarówno narrator, jak i bohaterowie. Przez to dość skutecznie potrafiło mi się rozmywać, co właściwie czytam i kto to mówi. Przy czym wszystko to tak naprawdę dość dobrze pasuje do tytułu – jest wrażenie majaków, osaczenia i obłędu. Jest strach, choć nie do końca wiadomo przed czym, bo wróg wciąż ukrywa się gdzieś za kadrem – kto wie, może wcale nie istnieje? Może oni wszyscy tam oszaleli? Nawet Jonas, który – jako osoba z zewnątrz – początkowo był do mieszkańców Tharsys mocno zdystansowany, wszak to w ogóle nie jego świat.
Nie zmienia to faktu, że – choć uzasadniony i konsekwentnie stosowany – styl był miejscami po prostu irytujący, a brak zróżnicowania zaciemniał obraz.

Skoro już wspomniałam o bohaterach, to muszę tu nadmienić, że choć wszyscy mieli zbliżony styl wypowiedzi, to jednak pojawiło się w powieści kilka postaci budzących… jeśli nie sympatię, to chociaż w ogóle emocje. Przede wszystkim ciepło wspominam Janka – zarówno ze względu na fakt, że to Bio-Łącze, a mi się spodobał pomysł całego tego Systemu Informatycznego z wykorzystaniem takich właśnie osób, jak i ze względu na niego jako człowieka – chłopca pozbawionego ojca, silnego i wrażliwego jednocześnie, który w dodatku fantastycznie się rozkręcił pod koniec.
Innymi zapadającymi w pamięć postaciami są Ion Szałamaja czy Feretrius – skrajnie różni, ale w fajny sposób pokazują odmienne spojrzenia na przedstawioną rzeczywistość.

A trzeba tu nadmienić, że rzeczywistość jest niczego sobie. Właściwie Delirium w Tharsys można by chyba podpiąć pod postapokalipsę. Są mutacje, bezludne pustkowia i odizolowane enklawy, w których dogorywają resztki ludzkości bez nadziei na przetrwanie czy jakiekolwiek odrodzenie i ponowne zapanowanie nad planetą. Z czasem czytelnik dowiaduje się o tym świecie coraz więcej i nic już nie jest takie oczywiste: ani tożsamość wroga, który rozpoczął inwazję na ludzkość, ani więzy łączące ludzi na Ziemi z dziećmi Seleny.
Problem polega na tym, że ze względu na przeładowaną emocjami narrację, która momentami sprawia wrażenie, jakby nie potrafiła skupić się na jednym wątku chociaż przez trzy strony bez popadania dramatyczne okrzyki i filozoficzne wywody, ta – sama w sobie ciekawa – fabuła gdzieś ginie. Oczywiście, mam świadomość tego, że nie pomagało moje czytanie po jednym rozdziale dziennie (albo i to nie). Rozproszyłam sobie tekst trochę na własną prośbę, czytając go przez ostatnie siedem miesięcy. Z drugiej strony, gdyby rzeczy w Delirium… działy się jakoś żwawiej i składniej, zapewne nie zasypiałabym po pięciu stronach i całość czytnęłabym szybciej.

Delirium w Tharsys ma sporo dobrego i byłabym nieuczciwa, gdybym całkowicie tę powieść przekreśliła. Niemniej mam wrażenie, że Wiktor Żwikiewicz pisał ją przede wszystkim dla siebie, a czytelnik zabiera się za nią na własną odpowiedzialność – i będzie musiał przebić się przez grubą warstwę waty, żeby dobrnąć do tego fajnego, błyszczącego środeczka.
Cieszę się, że przeczytałam Delirium…, bo to zdecydowanie coś innego i oryginalnego na tle moich dotychczasowych lektur. Mogę sobie wpisać do CV. Ale zdecydowanie pozostanę przy fangirlowaniu Clarke’a i Dicka, wreszcie też Lema, a Wiktorem Żwikiewiczem… cóż, niech się napawają inni.




Zafascynowany patrzył przed siebie. Wzrok sondował perspektywę hali wysokiej na kilkanaście metrów. Środkiem prowadził pomost, szarością niewiele różniący się od reszty posadzki, za to bez widocznego wsparcia, zawieszony pół metra nad ziemią. Po jego obu stronach podwójne rzędy porcelanowych postumentów. Każdy nakryty przezroczystym kloszem.
Wewnątrz – nie zawiodły go zmysły – leżeli nadzy, bladoskórzy w świetle zmartwiałym pod wysokim stropem. Pomyślał, że pierwszy raz widzi ich nagość. Nie w poglądowych projekcjach Uniwersytetu Seleny, już poza inkubatorem Kliniki–Matki, lecz takich właśnie – żywych i nagich, choćby bezwładnie spoczywających pod szklanym wiekiem. Od szczytu każdego klosza rozwijały się nitki szklanych rurek, niby światłowody – jeden tłoczący wodnistą różowość, drugi odsączający żółć, trzeci musujący pęcherzykami powietrza, kilka splecionych w czarny warkocz. Od czasu do czasu pod hermetyczny kołpak trzeba wpompować noc – ciemność zatapiającą światło, żeby poza nim zalęgły się senne widziadła. Najlepiej umierać we śnie.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...