poniedziałek, 12 grudnia 2016

Nordcon 2016 - minirelacja

Byłam.
No, a przynajmniej coś w tym rodzaju. Prawie-byłam…? Nordcon trwał od środy do soboty włącznie, a mi udało się dotrzeć na kawałek czwartku i piątek. Nie jest to może spektakularne, ale  wciąż o półtora dnia więcej niż kiedykolwiek wcześniej.
W czwartek wyrwałam zaraz po pracy. Okazało się zresztą, że dojazd do Jastrzębiej Góry jest z Gdyni całkowicie świetny, bo PKS z Gdyni Głównej jeździ co godzinę-pół (w zależności od pory dnia), a przystanek w Jastrzębiej jest tuż obok miejsca akcji.
Na miejscu zaś była już Siem, która zjechała na północ nieco wcześniej.
W ogóle pierwsze wrażenie z imprezy było natychmiastowo pozytywne: szybka rejestracja, ładnie wydany informator, no i przypinka. Lubię przypinki. Dokupiłam sobie przy akredytacji jeszcze kubek i koszulkę – i tu także jestem zadowolona, szczególnie projekt koszulkowy jest rewelacyjny. W dodatku był bardzo fajnie, konsekwentnie roztaczany klimat związany z tematem przewodnim tegorocznej edycji Nordconu. Zresztą, ta mocna tematyczność zdecydowanie mi się spodobała, podobnie jak lokalizacja, gwarantująca przyjemne odcięcie od rzeczywistości. I już nawet chyba pojmuję trochę ten system rekomendacji i tak dalej, konieczny, żeby w ogóle się na Nordcon dostać. Przy całym swoim braku konwentowego doświadczenia, i tak czułam różnicę w ludziach.
Miałam co prawda początkowo złe przeczucia, bo mi wszyscy opowiadali, że ten cały Nordcon to tak naprawdę kilkudniowe chlanie ze znajomkami w hotelu na końcu świata (co jedni zaliczali na plus, inni zaś na fuj-fuj), a nie żaden konwent – no a ja zdecydowanie chciałam czegoś innego. Okazało się jednak, że te pogłoski to były mocno przesadzone, bo program był bardzo ciekawy, nie natknęłam się też na żadne rażące mankamenty organizacyjne (rażące mnie – randomowego słuchacza. Nie wiem, ma się rozumieć, jak to wyglądało na przykład z perspektywy prelegentów). No i, choć co prawda nie nocowałam w hotelu, to jakoś nad ranem w piątek nie natknęłam się na zarzygane korytarze i toalety. Chyba więc jednak da się żyć.
Aha, fajne było też położenie nacisku na część rozrywkową, a nie na targową: stoisko z gadżetami i koszulkami było całe jedno. Acz nie przeczę, ucieszyłabym się, gdyby było na nim coś ciekawego, bo w sumie wybór nędzny i przez to nie nabyłam żadnego suwenira dla Ulva. Optymalne byłoby jedno-dwa stoiska, ale z jakimś ciekawym, urozmaiconym wyborem towarów.

Jeśli chodzi o sam program: w czwartek udało mi się podczepić pod ludzi, którzy szli na konkurs „Rozpoznaj Obcego”, prowadzony przez Izabelę Madeję. I, prawdę mówiąc, to był chyba najsłabszy punkt z tych, na które w ogóle udało mi się załapać. Nie znaczy to, że był faktycznie zły: po prostu jak na konkurs, to jednak strasznie jakoś to bałaganiarsko wyszło, jakby prowadzącej zabrakło pomysłu na ogarnięcie ludzi (co, mam wrażenie, zaowocowało zupełnie dziwnym i niespodziewanym skarceniem jednego z uczestników za to, że cośtam pokrzykiwał). Niemniej przekonałam się, że znam zdecydowanie więcej filmowych obcych niż myślałam, a także – że absolutnie nie jestem typem zapamiętującym tekst książek do tego stopnia, by później móc wskazać tytuł po cytacie.
Nie wiem, kto wygrał konkurs, gdyż przed jego rozstrzygnięciem zmyliśmy się do sąsiedniej sali, gdzie zaczynała się prelekcja Michała i Piotra Cholewów, poświęcona sztucznym inteligencjom. Dokładnie tak jak się spodziewałam, była rewelacyjna.

Później zaś zajechałyśmy z Siemą do Gdańska na noc – ostatni PKS do Gdyni odjeżdżał o 20:18, a więc idealnie, żeby na spokojnie się wygrzebać na przystanek po prelekcji.

Następnego dnia udało nam się dotrzeć na godzinę 13:00, czyli zdążyłyśmy na warsztaty „Inżynieria genetyczna zmieni wszystko. Na zawsze” Konrada „Białego” Klepackiego. I całe szczęście, że zdążyłyśmy, bo to było ogromnie inspirujące i fajnie przeprowadzone spotkanie. Ma się rozumieć, dawało się wyczuć, że zaledwie ślizgamy się po powierzchni tematów, ale to w niczym nie przeszkadzało. Ani słuchacze nie byli (przynajmniej nie wszyscy) fachowcami w dziedzinie, ani to nie miał być wykład turbonaukowy, tylko warsztaty kreatywne. I zaiste, teraz już z Siem wiemy, jakie będzie największe osiągnięcie ludzkości w dziedzinie genetyki. I kiedy już te łyse mamuty zaczną skakać przez płonące obręcze, zaklepujemy pierwsze bilety do cyrku.
Potem było okienko, ale to tylko dlatego, że jesteśmy ślepe buły, bo tak naprawdę, na to okienko została przeniesiona prelekcja o turystyce kosmicznej, ale nie widziałyśmy wielkich ogłoszeń naklejonych na drzwiach…
Porzuciwszy resztę wycieczki, dotarłam za to na opowieść Leszka Błaszkiewicza o SETI. I znów: bardzo mi się podobało. Było fachowo, czytelnie i inspirująco i gdyby nie to, że o 18:00 miałyśmy już postanowione odwiedzenie kolejnej prelekcji Cholewów, to z całą pewnością zawitałabym na „Opowieściach o gwiazdach” wspomnianego Leszka Błaszkiewicza. Po prostu świetnie się go słuchało.
Po historii SETI miałam trafić na prelekcję o wszechświatach równoległych, ale informacja o tym, że została przeniesiona, wisiała tuż obok tej o przeniesieniu turystyki kosmicznej. Jasne więc, że tej też nie zauważyłyśmy zawczasu. Czyli po prostu czekało mnie kolejne okienko, w czasie którego zresztą Siem dobiła z powrotem do hotelu.
Potem wstąpiłam na obchody trzydziestego jubileuszu Nordconu – ale stwierdziwszy, że chyba jednak nie czuję się do końca na miejscu, zmyłam się stamtąd czym prędzej. Okazuje się, że słuchanie wspominków, które nie są moimi wspominkami i picie szampana z ludźmi, których totalnie nie znam, nie rysuje się dla mnie jako coś w jakikolwiek sposób fajnego.

Ostatnim dla nas punktem programu (no bo PKS o 20:18) była prelekcja Cholewów, tym razem o kosmicznych kryzysach – czyli przegląd mniejszych i większych katastrof, którymi najeżona jest historia podboju kosmosu. Niektóre historie trochę zabawne, niektóre straszne, galeria nietuzinkowych postaci, no i oczywiście znów tona inspiracji. Nie żałuję ani minuty.

Z pewnym żalem, ale odpuściłyśmy sobotnie nordconowanie. Najprawdopodobniej jechałybyśmy raptem na jedną-dwie prelekcje i – mimo dobrych dojazdów – uznałyśmy to za przesadę.

Choć bardzo skromne, uważam moje pierwsze spotkanie z Nordconem za zdecydowanie udane. Podoba mi się atmosfera miejsca, staranne przygotowanie, tematyczność i jakiś taki luz. Potrzebowałam tego po ostatnim Imladrisie, żeby jakoś odzyskać wiarę w organizację takich imprez. Podobał mi się też brak mangi i anime. I choć w piątek po południu złapałam, ma się rozumieć, kryzys w stylu „co ja tu robię, to nie moje miejsce, idę do domu i zagrzebię się pod kołdrą, skąd nie wyjdę przed emeryturą”, to dziś ośmielę się stwierdzić, że bardzo chcę wrócić na Nordcon w przyszłym roku – i mam nadzieję, że uda się na dłużej i może nawet z noclegami w hotelu…?

Strasznie długa mi ta relacja wyszła jak na „mini”.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...