poniedziałek, 12 września 2016

Powrót siedmiu nie za bardzo wspaniałych

(źródło)
Jak nietrudno było przewidzieć, po seansie Westworld naszło mnie na więcej Chrisa – już niekoniecznie robota – toteż odpaliłam sobie Siedmiu wspaniałych. Tradycyjnie, obejrzawszy film, zostałam smutną pandą, bo tak się jakoś składa, że lubię tam wszystkich bohaterów, więc cóż… No. Jedynie zakończenie wątku Harry’ego mi się podoba, bo myślę sobie, że gdyby finał był inny, to koniec końców Harry byłby bardzo, bardzo rozczarowany.
Wciąż jednak będąc na głodzie, wykonałam dość karkołomny krok: odpaliłam sobie Powrót siedmiu wspaniałych, film z 1966 r, wyreżyserowany przez Burta Kennedyego (odpowiedzialnego też z jednej strony za Witajcie w Ciężkich Czasach, które – o ile mnie pamięć nie myli – całkiem mi się podobało, ale też, niestety, za Kosmitę z przedmieścia… Trudno więc stwierdzić, czy Powrót… to wypadek przy pracy, czy jednak norma).
Po seansie nie mogłam przestać się zastanawiać, dlaczego u licha Yul Brynner zgodził się tak paskudnie zarżnąć Chrisa. Ani ten bohater się nie rozwija w ciekawy sposób, ani nie podtrzymuje żadnego ciekawego wątku – to wszystko wydaje się takie… daremne. Zresztą, to nie jest tylko moje zdanie – jeśli wierzyć internetom, Steve McQueen zrezygnował z udziału w sequelu, bo uznał, że scenariusz jest zbyt głupi. Oczywiście, było to na rękę Brynnerowi, bo współpraca między tymi dwoma nie układała się zbyt pomyślnie i McQueen był na planie po części personą bez gratów (badum tss). Tyle tylko, że to miało swoje konsekwencje: bo mnie tak szczerze to mało interesuje, że Yul Brynner nie lubił Steve’a McQueena. Mnie interesował duet Chris i Vin w Siedmiu wspaniałych. Panowie stworzyli tak wyraziste, zapamiętywalne postacie, że naprawdę nie było szansy, żeby ktoś mógł któregokolwiek z nich po prostu zastąpić.
W Powrocie siedmiu wspaniałych (tytuł oryginału: Return of the Seven – hah! Nawet z tytułu wywalili „Magnificent”!) Vina gra Robert Fuller. I ja naprawdę miałam wrażenie, że on się starał. Że próbował być Vinem takim, jakiego stworzył McQueen. Ale po prostu nie miał szans. Oryginalny Vin był zbyt… był zbyt McQueenowaty. A scenariusz Fullerowi w żaden sposób nie pomagał, bo prawdę mówiąc, mocno wykastrował jego bohatera, sprowadzając tę rolę do koniecznego minimum – wiecie, od czasu do czasu trzeba było rzucić w Chrisa umoralniającym tekstem czy po prostu być randomowym rozmówcą, który da Chrisowi możliwość wygadania się.
Szkoda tylko, że Chris wszystko, co miał ciekawego do powiedzenia, powiedział w pierwszej części.

Siedmiu Takich Se (źródło)
A dalej jest już tylko gorzej: ponieważ tytułowych bohaterów powinno być siedmiu, widz znów dostaje fazę „zbieranie drużyny” – i o ile w pierwszej części było to coś fajnego, trochę zabawnego, trochę intrygującego, no i jednak dość oryginalnego, tutaj dostajemy tak naprawdę kalkę tamtego motywu, tylko są podstawieni inni bohaterowie. A ci są albo nudni, albo na siłę skonstruowani jako comic relief. Albo jako mroczni. W którą stronę by nie patrzeć, są po prostu irytująco nachalni. Widać ogromną spinę, żeby każdy z nich był inny – ale to nie gra, skoro tę spinę widać. W Siedmiu wspaniałych oni po prostu byli różni. Ja nie wiem, czy to zasługa aktorów, czy reżysera. Acz w pewnej mierze mam wrażenie, że problem tkwił w scenariuszu: pierwszy film koncentruje się na problemie wioski na pograniczu. Nie rozwija za bardzo historii poszczególnych bohaterów – ot, tu i ówdzie mamy wzmianki, że Bernardo dawniej uczestniczył w potężnych rozwałkach za wielką kasę (a później został ekscentrycznym milionerem – totalnie uwielbiam ten tekst), a Lee jest ścigany. Ale całej reszty widz musi – a raczej: może, jeśli go to interesuje – się domyślać. Scenariusz Powrotu… ciska w widza solidnymi bambulcami ekspozycji: poznajemy nudne, rzewliwe i wtórne historie bohaterów, które pewnie w założeniu miały sprawić, żebyśmy się do nich przywiązali, w rezultacie zaś sprawiły, że nie bardzo wiedziałam, o czym jest ten film. Przez wprowadzanie wątków poszczególnych bohaterów, sam problem wioski zupełnie gdzieś zniknął.
W ogóle Powrót… jest srodze przegadany. Nie to, że nie ma akcji – są strzelaniny, a jakże. Nawet ktośtam ginie. Niemniej dla mnie najbardziej pamiętnym momentem z przemocą jest ten, w którym Chico (tym razem grany przez Juliána Mateosa) przywalił drzwiami w Petrę (graną tym razem przez Elisę Montés) – serio, oglądałam tę scenkę kilka razy i za każdym razem bawiła mnie tak samo.
O antagonistach nawet nie chce mi się gadać, bo to jakaś nędza. Z drugiej strony, Eli Wallach miał jakąś taką charyzmę, która pewnie byłaby trudna do podrobienia. No więc Lorca (Emilio Fernández) próbował nadrabiać gigantycznym kapeluszem, ale to jednak nie wystarczyło. I żeby nie było: być może gdzieś, w jakimś innym filmie, taka postać dałaby radę. Po prostu tutaj nie było niczego, co by sprawiło, że będzie mnie interesowała jego historia.

Lorca i jego Wielki Kapelusz (źródło)
Naprawdę, próbuję przypomnieć sobie coś pozytywnego z tego filmu…
Muzyka! Muzyka była fajna, o. Oczywiście, był to wałkowany soundtrack z pierwszej części. Miejscami trochę zastanawiająco wkomponowany w scenę, bo – zdawałoby się – dość dramatyczny motyw przypadał na momenty, kiedy na ekranie widać było schodzące z pola Meksykanki albo coś w ten deseń, niemniej słuchało się tego miło.

To zły film. Zły nie tylko dlatego, że ma głupi, wtórny scenariusz, nieciekawych bohaterów, za dużo smętnych, nic niewnoszących dialogów i budzi zerowe emocje. Jak dla mnie jego głównym problemem jest to, że to film kompletnie zbędny. Myślę, że patrzyłabym na niego łaskawszym okiem, gdyby był samodzielnym, słabym westernem. Bo wiecie: dla mnie kręcenie drugiej części czegokolwiek ma sens, jeśli bohaterowie w pierwszej części zostawili jakieś uchylone furtki, za którymi może się kryć coś ciekawego. Jeśli historia ma potencjał na kontynuację. Siedmiu wspaniałych jednak to opowieść ewidentnie domknięta. Opowieść o tym, jak kończą bohaterowie. Pod tym względem poniekąd przypominają mi zresztą Watchmenów. I po takim finale dokręcanie drugiej części jest zwyczajnie głupie i – w mojej opinii – bardzo mocno wskazuje na to, że twórcy Powrotu… nawet nie próbowali zastanowić się, o czym właściwie jest Siedmiu wspaniałych.
Powrót siedmiu wspaniałych to słaba, wtórna i niepotrzebna produkcja, której nawet Yul Brynner nie ratuje. A oglądanie nie-Vina sprawiło, że obecnie jestem na głodzie Steve’a McQueena, toteż bierę se na tapetę Wielką ucieczkę, ot co. Bo mogę.



– I heard you were riding shotgun for the Overland Stage.
– I was. My doctor told me to quit. For my health.
– Why?

– Too much lead in the air.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...