piątek, 9 września 2016

Przed narodzeniem Terminatora, czyli "Westworld"

zdecydowanie uwielbiam ten plakat
(źródło)
Chyba czas trochę odkurzyć to miejsce, prawda? Jak ktoś zna sposób na niezapuszczanie swojego bloga, będę wdzięczna za sugestie.

Jakiś czas temu pojawiły się zapowiedzi serialu HBO Westworld, z całkiem zacną obsadą i ogólnie całkiem miło się zapowiadającego. Przy tej okazji przypomniało mi się, że hej, przecież ten film z 1973 roku, to ja widziałam i chyba mi się podobało. No i tam był Yul Brynner. Hej, dlaczego ja tego nie oglądałam od takich wieków? W gruncie rzeczy Westworld widziałam chyba tylko raz, jakoś w dzieciństwie – i pamiętałam z niego jakąś scenę ucieczki po skalistych terenach i wspomnianego już Brynnera.
Postanowiłam więc odświeżyć sobie nieco to wspomnienie.

Zacznę może od drugiej strony, czyli w ogóle nie od Dzikiego Zachodu i robotów, tylko od… średniowiecza. A tak. Bo to było coś, co dość wcześnie mnie uderzyło: w parku rozrywki Delos znajdowały się trzy sekcje: miasteczko z dziewiętnastowiecznych Stanów, starożytne Pompeje oraz trzynastowieczny zamek (lokalizacja bliżej niesprecyzowana – „europejski”). Bardzo w tym było widać, jak Ameryka nie ogarnia Europy i wieków średnich (mniemam, że porównywalnie do tego, jak ja nie ogarniam wczesnych dziejów USA – nie chodzi mi tu o dyskredytowanie kogokolwiek, a tylko o różnicę perspektyw). W gruncie rzeczy, ta reżyserska wizja trzynastowiecznej Europy nigdy chyba nawet nie leżała obok historycznej trzynastowiecznej Europy. Tradycyjnie też bawi mnie samo hasło o „Europie” – wszak wiadomo, że to taki mały kraik, w sumie od wschodu do zachodu jednakowy, jedna moda, jedna kultura… Prawda?
Ot, po prostu mnie to jakoś tak tknęło.
Najlepsze jest to, że radosna niehistoryczność w niczym tu nie przeszkadza. Po pierwsze dlatego, że w gruncie rzeczy film nie koncentruje się przecież na średniowieczu, a na Dzikim Zachodzie, więc i uwaga widza krąży gdzie indziej. Po drugie dlatego, że przecież kaman! To park rozrywki. Oczywiście, przewodnik może mówić, że został zbudowany z dbałością o szczegóły historyczne, ale wciąż należy pamiętać o tym, że to taki historyzujący, zrobotyzowany Disneyland i ma pełne prawo odbiegać od rzeczywistości. Po trzecie wreszcie dlatego, że ta filmowa wizja – nawet jeśli niehistoryczna – w gruncie rzeczy ładnie gra. Jest dość surowo i egzotycznie.
I wiecie: tak prawdę mówiąc, to gdyby obecnie gdzieś był dostępny taki park rozrywki jak Delos, bez mrugnięcia pojechałabym tam na wakacje. Pal sześć zgodność z historią, pal sześć niebezpieczne roboty. To epicki pomysł – szczególnie że wszystkie trzy sekcje tego parku trafiają centralnie w moje upodobania.

(źródło)
Oczywiście, to pewnie nie jest wniosek, jaki powinnam wysnuć po seansie. Nie powinnam zacieszać „o rety, rety, jaki fajny park, chcę tam pojechać!” – wszak mamy bunt robotów, niebezpieczeństwo związane ze zbytnim zaufaniem, jakim człowiek obdarzył maszynę – i technologię w ogóle.
Myślę, że akurat wątek buntu maszyn mógł się po prostu zestarzeć. Nie znaczy to, że jest zły czy nudny. Po prostu nie robi już takiego wrażenia, bo jestem do tego już przyzwyczajona przez różne Terminatory i Matrixy. Są też tytuły, które w subtelniejszy sposób uświadamiają widzowi zagrożenie płynące z pochopnego udoskonalania maszyn – niekoniecznie wielką rozpierduchą między ludźmi a maszynami. Odyseja kosmiczna, Ex Machina, a także – nie mogę tu przecież tego pominąć – niektóre epizody Star Treka. Dodatkowo jest Park Jurajski, który pokazuje, co może się wydarzyć, jeśli spróbujemy ciągnąć kasę z czegoś, czego do końca jeszcze nie pojęliśmy i nie opanowaliśmy. Z obecnego punktu widzenia, Westworld jest mocno nieoryginalny.
Nie zmienia to faktu, że ogląda się ten film z ogromnym zainteresowaniem. Ma ładne scenografie i sympatycznych bohaterów, no i bardzo mi się podobało, jak stopniowo zmieniał się klimat. Zaczynamy od beztroskiej wakacyjnej przygody, kończymy zaś w czymś na podobieństwo wspomnianego już Terminatora. Wydaje mi się, że wspominałam kiedyś, za co szczególnie cenię dwa pierwsze filmy z tej serii: za atmosferę nieuchronnego, stale depczącego po piętach zagrożenia, przed którym bohaterowie nigdzie nie mogą się schronić. Uciekają, dają z siebie wszystko, walczą, ale Terminator jest jak nawałnica, która po prostu po nich prędzej czy później przyjdzie. Podobnie jest z robotem granym przez Yula Brynnera: można do niego strzelać, uciekać przed nim, oblewać go kwasem czy podpalać – ale on się nie zatrzyma.
Och, przecież nie wyprę się: dodatkową atrakcją jest fakt, że wspomniany antagonista stanowi hołd dla innego bohatera granego przez Brynnera, Chrisa z Siedmiu wspaniałych. Choć aktor posunął się nieco w latach, kostium z tamtego westernu wciąż świetnie na nim wygląda, co tu dużo gadać. I naprawdę ogromnie trudno mi było nie sympatyzować z robotem… a zresztą, po co te ściemy: ja z nim sympatyzowałam po całości. Choć po części to dlatego, że nie wszyscy główni bohaterowie podbili moje serce.
Roboburdel musi być!
(źródło)
Wspomniałam, że byli sympatyczni – no bo owszem, jako przyjaciele na wakacjach, którzy razem biorą udział w bójce w barze, byli fajni. Niemniej John (James Brolin) jakoś mnie irytował ze swoją pozą „jestem tu starym wyjadaczem”. A przez większość filmu byłam przekonana, że to on jest głównym bohaterem, Peter (Richard Benjamin) zaś stanowi jego sidekicka. Na szczęście okazało się, że jest odwrotnie, ale ta wiedza przyszła dopiero po pewnym czasie.
A Peter jest całkiem fajny. Głównie ze względu na przemianę, jaka w nim zachodzi – z wielkomiejskiego chłopaczka staje się – nie bójmy się tego określenia – Prawdziwym Mężczyzną. W dodatku mężczyzną, który uświadamia sobie to, czego ja (odporna na morały i na potępianie robotyki) nie potrafię przyjąć… Ta przemiana zachodzi jakoś tak naturalnie i niepostrzeżenie. Zdecydowanie na plus.

Co tu dużo gadać – to po prostu fajny film. Postacie są wyraziste, Yul Brynner bezbłędny, atmosfera pięknie się zagęszcza (ocierając się pod koniec o horror), a akcja rzadko kiedy zwalnia. Dodatkowo mamy ekipę naukowców, która może trochę się kojarzyć ze Szczękami: muszą dokonać wyboru między narażeniem życia turystów a zarabianiem. Wcale się nie dziwię, że dawno temu ten film zrobił na mnie tak duże wrażenie: w czasie, kiedy nie widziałam jeszcze tych wszystkich tytułów, które tu wymieniłam – i wielu innych, których tu nie wymieniłam. Teraz może to wrażenie jest mniejsze, ale seans wciąż jest interesujący i przyjemny. Cieszę się ogromnie, że odświeżyłam sobie Westworld i jeszcze bardziej nie mogę się doczekać serialu.
Jedna uwaga, HBO: macie wysoko zawieszoną poprzeczkę. Nie schrzańcie tego.




– Why don't you make arrangements to take our hovercraft to Medieval World, Roman World and Westworld. Contact us today, or see your travel agent. Boy, have we got a vacation for you.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...