poniedziałek, 15 sierpnia 2016

"Hardcore Henry" - wszystko na swoim miejscu

(źródło)
Dobra, na serio nie wiem, od czego zacząć…
Zainteresowaliśmy się tym filmem właściwie od samego początku, kiedy pojawiły się trailery. Zapowiadało się na uczciwy kawał siekania bandziorów, pierwszoosobowa perspektywa mnie intrygowała, no a ostatecznym argumentem był Tim Roth. Tak się złożyło, że nie daliśmy rady pójść na Hardcore Henry’ego do kina, udało się jednak obejrzeć go z dvd przy wsparciu telewizora (lepsze niż stosunkowo niewielki monitor). W efekcie uzyskaliśmy coś pomiędzy oglądaniem filmu na kompie a kinem, co – gdy teraz o tym myślę – jest chyba dość dobrym rozwiązaniem. I wrócę do tego tematu za chwilę.
Gdyby ktoś się zastanawiał: tak, można ten film oglądać bez polskich napisów (płyta zakupiona na Amazonie, bez polskiej wersji językowej). Fabuła nie jest tak skomplikowana, żeby móc czegoś nie zrozumieć… w gruncie rzeczy, ja ledwo umiem powiedzieć, że tam była fabuła.

Głównym bohaterem jest tytułowy Henry (choć Filmweb najwyraźniej twierdzi inaczej, toteż nawet nie umieścił tej postaci w obsadzie) – Henry to cyborg. I nie mamy tutaj tak naprawdę wielkich zaskoczeń: stworzony, by być maszyną do zabijania, buntuje się i rusza na ratrunek żonie. Trąci banałem. Zabawne natomiast jest to, że ten banał w niczym nie przeszkadza.
Po pierwsze, interesująca jest wspomniana już pierwszoosobowa perspektywa. Naszego głównego bohatera tak naprawdę nigdy nie widzimy. Może przez jedną krótką chwilę da radę dostrzec odbicie twarzy, ale niewiele z niego wynika. Nie mówię, że to oznacza jakąś dziką możliwość identyfikowania się z bohaterem czy coś w ten deseń – nah, w ten sposób to nie działa (ale czy w ogóle miało tak działać?). Natomiast daje fajne pole dla wyobraźni, bo tak naprawdę każdy widz może sobie dośpiewać do Henry’ego co chce i każdy może go widzieć na swój sposób. To nie ma żadnego znaczenia. Zabawne jest też to, że – choć go ani razu nie widzimy – Henry wzbudza sympatię. Bah, my go nawet nie słyszymy! Henry tylko kopie, skacze, strzela, biega i kiwa bądź kręci głową. A jednak wzbudza sympatię! Abstrahując od samego bohatera, fajnie ogląda się kino akcji niejako od środka. I tu wrócę do tego, o czym wspomniałam na początku: dlaczego wydaje mi się, że telewizor to najlepsza opcja. Na pewno na małym monitorze film nie roibłby takiego wrażenia. Natomiast w kinie ja się trochę obawiam, że dostałabym cieżkiego oczopląsu, zawrotów głowy i po prostu oglądanie byłoby uciążliwe. Jednak obraz dość mocno skacze, a całość jest bez porównania bardziej dynamiczna niż gdyby była kręcona z kamery ustawionej po prostu gdzieś z boku.
(źródło)
Po drugie, akcja! Pal sześć banalną fabułę – AKCJA! Jak wspomniałam przed chwilą, ten film jest ogromnie dynamiczny. Jeszcze na początku jest względnie spokojnie, kiedy Henry jeszcze za bardzo nie ogarnia, co się dzieje. Ale potem całość się rozpędza i to do tego stopnia, że w którymś momencie ja ledwo dawałam radę nadążyć. Jak to Ulv ujął: „akcja leciała tak szybko, że momentami fabuła nie nadążała”®. Nie chcę tego jednoznacznie nazywać wadą lub zaletą tego filmu, bo to jest ten punkt, który wydaje mi się mocno subiektywny i który chyba powinien być decydujący, jeśli ktoś rozważa obejrzenie tego filmu. Dla mnie była to zaleta. Wkładając płytę do napędu, nastawiałam się na film z akcją pędzącą na złamanie karku, ze strzelaniem, kopaniem, pościgami i tym wszystkim. Fabuła miała znaczenie drugorzędne – wiecie, jak będę chciała oglądać film dla fabuły, odpalę sobie Zabić króla. Albo Siedmiu wspaniałych (do tego za chwilę wrócę). Ale jeśli ktoś nie ma tolerancji na coś takiego, niech Hardcore Henry’ego po prostu ominie bardzo szerokim łukiem.
Po trzecie: pozostali bohaterowie. Byli świetni. Nie wiem co prawda, o co chodzi z głównym antagonistą, Akanem (Danila Kozlovsky) – w sensie: to jakiś superbohater czy ki czort? Ewidentnie miał moce, ale film w ogóle nie zajmuje się tym, skąd one się wzięły i czy Akan do czegoś je wykorzystuje? Oprócz, ma się rozumieć, rozprawianie się ze zbuntowanymi cyborgami. Czy ślepota antagonisty ma jakiś związek z pozyskaniem tej mocy? Ach, bo co prawda to tylko mój domysł, ale wydaje mi się, że Akan był niewidomy. Ale wiecie co? Mi się to strasznie podoba. Oczywiście, film mógłby pewnie nam przedstawić całą tragiczną historię tej postaci. Wszystko byśmy wiedzieli. Ale dokonano wyboru, że to historia Henry’ego, a nie Akana. Wiemy o Akanie tyle, ile wie o nim Henry. No i super. Żona Henry’ego, Estelle (Haley Bennett) może nie zabłysła jakoś nadzwyczaj, ale jest w zasadzie odpowiedzialna za jedną z najfajniejszych scen filmowych ever, toteż trudno mi ją pominąć przy wymienianiu postaci, które przemawiają na korzyść filmu.
(źródło)
Oczywiście, jest Jimmy (Sharlto Copley) – tak naprawdę to w dużej mierze na nim spoczął ciężar prowadzenia narracji i w ogóle to trochę on jest głównym bohaterem, choć wcale nim nie jest. W każdym razie ma najwięcej czasu ekranowego. I to strasznie fajna postać, która intryguje i – a jakże – budzi sympatię. Zresztą, dopiero Ulv mi uświadomił, że sekwencja z Jimmym przebranym za krzak w opuszczonym budynku to ewidentne mrugnięcie w stronę Call of Duty, gdzie gracze przechodzą bardzo podobną misję snajperską. I właściwie, nie ma co się dziwić: cały film jest utrzymany w konwencji FPS-a, więc aż się prosi, żeby wrzucić jakąś potężniejszą aluzję do jednej z takich gier. Film ma też, oczywiście, Tima Rotha. No cóż. Obawiam się, że zwiastun pokazał wszystkie sceny z nim. Naprawdę. Ale nie obchodzi mnie to – to Tim Roth! Może pojawić się na ekranie przez cztery sekundy, a ja i tak będę mieć radochę. O. I wiecie co? Ojciec Henry’ego, choć pojawia się tak krótko, jest świetny. Po prostu świetny. Tim Roth każdą rolę potrafi zrealizować tak, żeby było super.

Prawdę mówiąc, trudno mi się do czegoś przyczepiać w tym filmie. Jest dokładnie taki, jaki miał być. Zdaję sobie sprawę, że nie każdemu taka konwencja i w ogóle taki zamysł będzie odpowiadał. Ale dla mnie to była rewelacja. Świetnie się bawiłam oglądając, na myśl o zakończeniu do tej pory mam radosny wyszczerz na ryjku, Tim Roth był świetny, Jimmy i Henry zdecydowanie dali radę i kazali widzowi zaangażować się w ich los, Akan intrygował, akcja pędziła tak, że się człowiek poręczy krzesła musiał trzymać przy oglądaniu. Było po prostu fajnie. Ach, bo obiecałam wrócić do Siedmiu wspaniałych – tak, do nich też jest małe mrugnięcie. Takie, które zaowocowało parsknięciem śmiechem. W ogóle mam wrażenie, że twórcy dobrze się przy tym filmie bawili.
Co ja mogę, no? Polecam. Tyle tylko, że trzeba naprawdę bardzo świadomie podjąć decyzję o obejrzeniu tego filmu.




– Like my father always said, a grenade a day keeps the enemy at bay.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...