wtorek, 9 sierpnia 2016

"Anonimowi Autorzy", czyli grafomanów terapia grupowa

(źródło)
Na ten film natknęłam się przypadkiem – to znaczy Siem o nim wspomniała raz czy dwa razy i tak jakoś mnie to zaintrygowało. Wiecie: normalnie pewnie w życiu bym po ten tytuł nie sięgała (nazwisko reżyser, Ellie Kanner, kompletnie nic mi nie mówi ani z niczym się nie kojarzy), gdyby nie to, że opowiada o grupie pisarzy in spe, którzy uczestniczą w cyklicznych spotkaniach literackich, podczas których odczytują fragmenty swojej twórczości, starają się nawzajem konstruktywnie krytykować, a wszystko po to, żeby koniec końców ich wiekopomne powieści znalazły się w księgarniach.
No bo ja jestem takim pisarzem in spe odkąd pamiętam. Chyba trochę tak odkąd nauczyłam się pisać. Lekką ręką dwadzieścia lat, a pewnie więcej. Więc cele i marzenia bohaterów Anonimowych Autorów są mi ogromnie bliskie. Co więcej – angażowałam się nie raz w różnego rodzaju grupy wsparcia – fakt, głównie internetowo, ale tak naprawdę nie ma aż tak wielkiej różnicy, bo ludzie ostatecznie i tak zachowają się… no, po prostu jak ludzie – niezależnie od tego, w jaki sposób się spotykamy i rozmawiamy. Więc naprawdę film miał szansę uderzyć mnie w całą masę czułych punktów.
I rzeczywiście to uczynił.

Będą spoilery, bo większość przemyśleń pojawiła się jednak pod wpływem końcówki, więc nie chce mi się krążyć.

Muszę nadmienić, że w Anonimowych Autorach podoba mi się nie tylko treść, ale i sposób jej zaprezentowania: Zamiast tradycyjnego filmu, mamy do czynienia z czymś w rodzaju paradokumentu – kamera śledzi bohaterów i pozwala im się wypowiadać prosto w obiektyw. Kto i w jakim celu kręci dokument o początkujących pisarzach? Nie wiadomo, ale to nie ma znaczenia. Fajne jest to, że każda z postaci ma dzięki temu nieograniczone możliwości otwarcia się przed widzem, może wprost powiedzieć, co myśli i o czym marzy. Może przedstawić swój punkt widzenia na temat wydarzeń, które kamera podejrzała przed kilkoma minutami. Moim zdaniem ta konwencja sprawdziła się przy tym temacie doskonale.
(źródło)
Filmweb postanowił określić Anonimowych Autorów jako komedię. Z mojego punktu widzenia jest to piramidalna bzdura. Owszem, od czasu do czasu pojawiają się sceny wywołujące uśmiech, ale to trochę mało. Zwłaszcza że ten uśmiech najczęściej jest podszyty dość dużą dawką goryczy (scena z agentem literackim w gabinecie okulistycznym). Zresztą, goryczy w ogóle jest dużo w tym filmie. Przede wszystkim jest kuzyn Avi John K. Butzin (Dennis Farina) – weteran, któremu marzy się sława i bogactwo. Marzy się do tego stopnia, że jest skłonny wyłożyć na jej poczet niemałe pieniądze, czyli: uderza w selfpublishing. Z jednej strony, widać w nim niecierpliwość, która leży u podstaw całego szeregu złych decyzji i łatwo byłoby stwierdzić, że ot, głupi facet, sam jest sobie winny. Z drugiej, jak się tak zastanowić, to ta niecierpliwość jest w sumie uzasadniona: Butzin ma swoje lata. Nie bardzo może sobie pozwolić na obwąchiwanie się z karierą przez kolejne dwadzieścia lat, nim wreszcie ktoś uzna, że jego powieść jest dobra. Ja ten pośpiech jestem w stanie zrozumieć i dlatego tak mi Butzina szkoda. A potem? Potem on już nie ma wyboru – skoro powiedział „A”, musi pociągnąć ten alfabet. Nie podda się przecież ani nie przyzna do błędu. Jest wszak twardy, był na froncie, nie będzie mu tu podskakiwać jakiś kurde rynek wydawniczy. W moim odbiorze Butzin to postać tragiczna – ale i niezbędna w tym zestawieniu bohaterów.

(źródło)
Bo na grupę składa się bardzo różnorodny zestaw autorów, z których każdy reprezentuje jakąś skrajność: jest więc wspomniany już kuzyn Avi Butzin, ale jest też młoda, śliczna Hannah (Kaley Cuoco), co to nie czyta książek, ale za to pisze sercem i przelewa na papier emocje; jest wykształcony, oczytany i pracowity Henry (Chris Klein); William (Jonathan Bennett), który składa się w stu procentach z natchnienia i cytatów z Bukowskiego, za to kompletnie nie pisze; jest w końcu małżeństwo: Colette i Alan Mooney (Teri Polo, Dylan Walsh) – są obrzydliwie bogaci, a Alan – zresztą założyciel grupy – zrobi wszystko, żeby uszczęśliwić swoją kochaną żonę. Ot, na przykład bardzo się stara spełnić jej marzenie o byciu pisarką.
Sytuacja staje się napięta, kiedy Hannah obwieszcza, że jej powieść znalazła wydawcę. I z jednej strony, owszem: pewnie jest tu potencjał na komedię. Oto pozostali członkowie grupy, przepełnieni zawiścią, robią co mogą, żeby opchnąć swoje książki zanim dzieło Hannah ujrzy światło dzienne.
Tyle tylko, że to wcale nie wyszło zabawnie.
W ogóle mam wrażenie, że tą komedią to się oberwało filmowi tylko dlatego, że ktoś spojrzał na obsadę i zobaczył Penny z Big Bang Theory. No więc nie – to tak nie działa. Acz tu muszę nadmienić, że jest to najsłabsza postać filmu. To znaczy nawet nie w samej postaci problem, ona jest tu potrzebna właśnie w takiej formie. Natomiast Hannah w wykonaniu Kaley Cuoco to po prostu Penny. Stuprocentowa Penny. Tak samo marzy o pisaniu, jest przesądna, śliczna i głupia, nawet jej stosunek do Henry’ego przypomina początkową relację z Leonardem. I ja patrzyłam na Hannah, a widziałam wyłącznie Penny. I trochę mi to przeszkadzało.
Ale to tylko uwaga na boku. Przyczyny nieśmieszności Anonimowych Autorów leżą gdzieś indziej:
Po pierwsze dlatego, o czym już wspomniałam przy okazji Johna: ja rozumiem te motywacje. Trudno mi się śmiać z kogoś, kto przeżywa kolejną odmowę z wydawnictwa albo kompulsywnie sprawdza miejsce swojej powieści w rankingu, bo są to bardzo bliskie mi emocje. I ani trochę mnie nie bawią. Ja tym ludziom szczerze współczułam.
Po drugie, film pokazuje tak naprawdę dość gorzką prawdę o ludziach. Bo przecież założeniem tej grupy było wzajemne wspieranie się. Oni wszyscy powinni się cieszyć z sukcesu jednej z nich, a tymczasem ta radość – mniej lub bardziej szczera – bardzo szybko gdzieś uleciała. Pospadały maski i okazało się, że ludzie są po prostu małymi, zawistnymi ciulami. To nie jest zabawne – to jest okropne. I okropnie trafne.

(źródło)
Dlatego zresztą zaraz po obejrzeniu miałam wrażenie, że Anonimowi Autorzy to cholernie przygnębiający film. Potrzeba było trochę czasu, żebym zrozumiała, że jednak wcale nie. Właściwie to chyba wręcz przeciwnie, on jest w dużym stopniu motywujący – oczywiście, nie jeśli chodzi o pokazanie więzi międzyludzkich. Ale w tej kwestii pisarskiej? Jak najbardziej.
Podoba mi się szczególnie to, że film nie rzuca w widza banałem w stylu „ten a ten bohater był miły i uczciwy, więc zrobił karierę, a tamta jest suką, więc los ją pokarze”. Bo przecież to, czy ktoś jest miły czy nie, nie ma żadnego znaczenia. Ważne jest, kto jaką strategię obrał, bo każda z nich niesie ze sobą cały pakiet konsekwencji. Etyka ma znaczenie mocno drugorzędne. Oczywiście, najbardziej dotkliwie odczuwa to Butzin. Ale przecież większość w ten czy inny sposób odnosi sukces: Colette, choć jest dość niesympatyczną babeczką, dzięki ogromnej determinacji dopina swego. Nie tak jak jej się marzyło, ale jednak – i trzeba uczciwie przyznać, że zapracowała sobie na to. Walczyła. Pewnym przeciwieństwem jest tutaj Hannah – z pozoru taka słodka dziewuszka – która ostatecznie okaże się typem, przynajmniej w moich oczach, gorszym od Colette. Ale, jak wspomniałam, nie o moralność chodzi. Strategia Hannah jest odmienna, jednak równie skuteczna. Trzeba tu też wspomnieć o Henrym, który wydaje się trochę odstawać od reszty: jako jedyny naprawdę skupia się na pisaniu – bez sztuczek, po prostu ciężka praca. I wiecie co? Tak też można. Henry też odnosi sukces. I to wszystko tak naprawdę jest mocno motywujące. Udało im się przecież.

Nie uważam już Anonimowych Autorów za przygnębiający film. Owszem, nadal nie jest śmieszny, ale zostawia po sobie wrażenie, że upór, ciężka praca i konsekwencja są w stanie doprowadzić człowieka mniej-więcej w te okolice, w których chciał się znaleźć. Tak, to wszystko ma swoją cenę. Ale to już wybór potencjalnego autora, jaką cenę jest w stanie zapłacić.




Everything that John K. Butzin has learned about writing comes down to two simple words: Tom Clancy.

poniedziałek, 8 sierpnia 2016

Neil Wszechmogący albo "Czego dusza zapragnie"

(źródło)
[będą spoilery, choć to w sumie bez większego znaczenia]
Kiedy Ulv polecił mi ten film, przypomniałam sobie, że w istocie widziałam swego czasu zwiastun w kinie. I – jeśli dobrze pamiętam – miałam taką myśl, że film pewnie zadka nie urwie, no ale Simon Pegg i Terry Jones (nie wspominając o reszcie zespołu Monty Pythona)… więc cóż może pójść źle?
No więc, żeby nie przeciągać: głównym problemem filmu jest jego wtórność. Wtórność w niemal każdym calu, element po elemencie. No bo co dostajemy, kiedy już zasiądziemy do seansu? Główny bohater, zupełny przeciętniak, prowadzi życie, z którego nie jest zbyt zadowolony, w dodatku jest beznadziejnie zakochany w pewnej kobiecie, która niekoniecznie jest nim zainteresowana. Nagle dostaje nieograniczoną moc: najpierw korzysta z niej, by osiągnąć swoje drobne cele – małe, raczej egoistyczne pragnienia. Potem uświadamia sobie, że z taką mocą może zbawić świat. Próbuje to robić, ale oczywiście efekty są opłakane. Ostatecznie więc dochodzimy wraz z bohaterem do wniosku, że cała ta moc to o kant poślada uderzyć i najlepiej żyć po swojemu, bez takich bajerów. A kobieta i tak się w końcu w bohaterze zakocha.
Brzmi znajomo?
Tyle tylko, że tym razem zamiast dziennikarza Bruce’a mamy nauczyciela Neila, granego przez Simona Pegga.
Żeby nie było nieporozumień: ja się dobrze bawiłam podczas oglądania tego filmu. Naprawdę. Po prostu… no, perypetiom bohaterów towarzyszyło absolutnie zerowe napięcie. No bo przecież było doskonale wiadomo, co zaraz nastąpi. Ten film nie zaoferował ani jednego nieoczekiwanego rozwoju zdarzeń. I niby ta wtórność nie przeszkadzała jakoś mocno, ale teraz, z perspektywy czasu, jednak odczuwam pewien niedosyt i chyba rozczarowanie. Mam wrażenie, że można było się bardziej postarać, a tutaj Terry Jones pojechał po linii najmniejszego oporu, jakby uznał, że nadrobi wszystkim innym i przy scenariuszu to już nie trzeba się starać.
Nie no, nie powiem – trochę innymi elementami rzeczywiście nadrabia. Po prostu mi przykro, że jednak scenariusz został potraktowany tak po macoszemu.

(źródło)
Nie da się ukryć, że kosmici są kapitalni – głosy członków Monty Pythona w połączeniu z tak cudnie kreskówkowymi postaciami dały świetny efekt. Do tego trzeba dodać dość przewrotne potraktowanie tematu „wyższej” rasy i rozróżniania dobra od zła. Muszę przyznać, że kosmici bardzo trafnie kłują widza w to zakodowane głęboko w mózgu, antropocentryczne postrzeganie wszechświata.
Sam główny bohater również daje radę – i to tylko trochę dlatego, że jest nauczycielem, a ja mam sentyment do tej profesji. Bądźmy szczerzy: Simon Pegg może sobie grać kogokolwiek, a ja i tak będę zachwycona. Neila po prostu nie da się nie lubić.
Ale oficjalnie powiadam: najmocniejszym elementem filmu jest Dennis (Robin Williams). Ujął mnie od pierwszego słowa – naprawdę, jakbym słyszała Vista. Tak bardzo trafnie, tak bardzo wiarygodnie! No po prostu cudność. Z tego wszystkiego teraz ja się naprawdę zastanawiam, czy ten nasz gałgan lubi, jak się go mizia po brzuszku, czy tylko ściemnia, żeby nie robić nam przykrości. Kurde, Dennis jest naprawdę cholernie dobrym psem. Może finałowa scena z nim (ta, w której rozwiązuje się problem supermocy) trochę od tego odstaje, bo jednak ta akcja wymagała bardzo głębokiej refleksji i poświęcenia, a Dennis przedtem nijak nie pokazał, że jest zdolny do czegoś takiego, ale to był zupełnie malutki zgrzyt, który niknie w ogromnie zarąbistości tego psa. Nie wiem, czy to ostatnia rola Robina Williamsa, czy coś jeszcze zdążył zagrać – ale to świetna rola. I mówcie co chcecie, ja będę teraz pamiętała tego aktora jako Dennisa.

Bohaterowie drugoplanowi też są ciekawi i nie nudzą – zarówno panna Pringle (Emma Pierson), Ray (Sanjeev Bhaskar), jak i Grant (Rob Riggle). Wszyscy na swój sposób dają się polubić, choć każdy ma swoje wady. W gruncie rzeczy – oni wszyscy mają absolutnie pełno wad.

(źródło)
Jeśli miałabym jeszcze wskazywać zgrzyty fabularne, to przyznam, że w którymś momencie odniosłam wrażenie, że Neil okropnie sobie komplikuje to wszystko. Mam tu na myśli jego relację z Catherine (Kate Beckinsale): no bo kiedy przyłapała go na tym, jak podglądał ją przez sufit, nie było problemu z usunięciem tego wspomnienia i przywróceniem sytuacji do normalności. Dlaczego więc nie mógł tego zrobić później, kiedy już Catherine zapałała do niego wszystkimi fochami świata całego? W ogóle te fochy były, moim zdaniem, strasznie od czapy, bo jakby nie patrzeć, Neil przecież zrobił wszystko po to, żeby ich uratować i odkręcił uczucia sąsiadki tak szybko, jak się dało. Ale uznaję, że to taka konwencja i tuż przed ostatecznym zakochaniem oblubienica po prostu musi się wielce obrazić na bohatera. Niech im będzie.

To nie jest film, który by się jakoś szczególnie zapamiętało. Jest sympatyczny do obejrzenia, dobrze się przy nim wpiernicza popcorn, nieźle wciąga wino – ale jednak pozostaje w cieniu Bruce’a Wszechmogącego. Kaman, nawet był żart o psiej kupie! Choć w sumie tutaj to się akurat zastanawiam, czy to nie było celowe. Bo chyba zbyt duży zbieg okoliczności by był. Podobnie wydaje mi się, że motyw z powracającymi do życia zmarłymi mógł być mrugnięciem w stronę Shaun of the Dead, choć nie zamierzam się przy tym upierać.
Tak czy owak, warto obejrzeć w jakieś leniwe popołudnie. Dla Dennisa.



– What are you talking about, Dennis?. Dennis, shut up, I can handle this! Dennis, what are you talking about? Actually, that is a really good point, what are you talking about?. Dennis, be able to speak!

– Biscuits!
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...