wtorek, 26 lipca 2016

Pocztówka z wakacji

Vist na wydmach. Bo tak.
No, tak naprawdę to już po wakacjach, ale pocztówka to pocztówka. No… A tak naprawdę, to zgapiam nieco od Siem, która się pochwaliła swoim wyjazdem. My jesteśmy turystami patriotycznymi bardziej – znaczy jeździmy po Polsce. Tak, będę utrzymywać, że to kwestia patriotyzmu, a nie na przykład tego, że się peniam jechać w kraje, w których trzeba mówić w inszych językach… No w każdym razie w tym roku objechaliśmy sobie nieco naszych latarni morskich. Zebraliśmy stempelki do latarniowych paszportów i lada moment ślę wnioski o odznakę Blizy. A co! Poza latarniami, warte polecenia są kamienne kręgi Gotów nieopodal Grzybnicy (wstęp wolny, ludzi nie ma, las i kręgi – jest klimacik) oraz ruchome wydmy przy Łebie – myślałam, że to będzie tylko trochę piachu i ogólnie byłam sceptycznie nastawiona, ale to naprawdę dość imponujący widok. No i nie zapominajmy o największym na świecie pomniku ziemniaka w Biesiekierzu. Absolutnie trzeba zobaczyć pomnik ziemniaka. W życiu nie widzieliście tak majestatycznego ziemniaka. Bulwa ma 3,95 m, cały pomnik zaś – 9 metrów wysokości. Totalnie domagamy się przeniesienia przyszłorocznego Pyrkonu do Biesiekierza!
Ale to tylko taki skrót wrażeń. Tak naprawdę zwiedzanie zwiedzaniem, ale w tych nadmorskich mieścinach wieczorami można albo dreptać po ichniejszych Krupówkach, albo… no, na ten przykład czytać (w Łebie był milion księgarni, więc każdy znajdzie coś dla siebie). U nas, obok czytania, doszła jeszcze opcja filmów. Ogólnie to od początku wyjazdu chodziło za nami obejrzenie Bad Boys albo przynajmniej czegoś w tym stylu (efekt oglądania Hot Fuzz parę dni przed wyjazdem) – więc gdzie tylko mogliśmy, szukaliśmy jakichś takich wakacyjnych filmów sensacyjnych z lat dziewięćdziesiątych. Okazało się to bardziej niż problematyczne, więc ostatecznie oglądaliśmy po prostu co się udało dopaść w namiocie „wszystko po 3zł” i temu podobnych miejscach. A ponieważ, tak szczerze, zupełnie nie chce mi się pisać dla każdego tytułu osobnej, pełnoprawnej notki, zrobię tu takie wakacyjne podsumowanie po prostu.
No to jazda.

Ruchome obrazki…


Kaznodzieja

Obejrzeliśmy piąty odcinek – wciąż nic się nie dzieje, a ja wciąż mam nadzieję. Kolejnych odcinków nie daliśmy rady obejrzeć na wyjeździe, bo mieliśmy internety na korbkę.

...i same wydmy. Duże są. DUŻE.

Interstellar

Ogromnie mnie ten film zaskoczył – na plus. Po pierwsze, zupełnie nie spodziewałam się takiej roli Matthew McConaugheya. Aktor, który kojarzy mi się głównie z komediami romantycznymi, tutaj naprawdę pięknie dał czadu. Po drugie, w ogóle zauroczyła mnie sama koncepcja, którą w dużym skrócie mogłabym określić jako „Odyseja kosmiczna spotyka Efekt motyla” (nawet chciałam tak zatytułować samodzielny wpis o tym filmie, kiedy jeszcze w ogóle brałam pod uwagę pisanie samodzielnych wpisów). Jest piękna muzyka, piękna strona wizualna… no, tylko zakończenie trochę, jak na mój gust, rozwleczone. Kiedy już było wiadomo, o co chodzi, ogarnęła mnie pewna niecierpliwość. Bo napięcie zeszło i było tylko czekanie, aż film pokaże wszystko to, co i tak już wiedzieliśmy, że ma pokazać.
Świetny Michael Caine.
Matt Damon nie sadził ziemniaków.

Locke

Ciekawy pomysł na film: facet wsiada do samochodu i jedzie. I generalnie od tej pory widzimy tylko jego, Ivana Locke (granego przez Toma Hardy’ego), ewentualnie kamera pokazuje rozmyte światła latarni albo listę kontaktów w telefonie bohatera. Poza Ivanem, występuje jedynie kilka postaci – a wszyscy wyłącznie jako głosy, z którymi nasz protagonista rozmawia przez telefon: żona, szef, podwładny, synowie i tak dalej.
Nie ma żadnej intrygi, skradzionych diamentów, morderstwa ani nic. Dramat bohatera jest czysto obyczajowy, ale Tom Hardy sprawił, że naprawdę zaangażowałam się w los Ivana i kibicowałam mu w jego przepychankach z poszczególnymi osobami.
Fajny film i cieszę się, że go widziałam, ale nie ma nic wspólnego z opisem na pudełku. Tak tylko uprzedzam.

Grawitacja

Jednocześnie lubię ten film i mnie wkurza.
[będą spoilery]
Lubię, bo jest naprawdę piękny wizualnie (wyobrażam sobie, że w kinie musiał zapierać dech), a bohaterka grana przez Sandrę Bullock to fantastyczny pokaz siły woli, uporu i determinacji, mimo że początkowo wydaje się mocno niegramotna. Film pozwala zastanowić się, co w człowieku mogą wyzwolić ekstremalne warunki.
A jednak fabuła leci nieco liniowo i przewidywalnie, przez co jednak emocje podczas oglądania trochę opadły. A szkoda, bo Grawitacja ewidentnie jest nastawiona na emocje, kopie widza po czułych miejscach w serduszku i, co więcej, kopie umiejętnie i z wyczuciem.
Ponadto drażniło mnie jakieś takie olanie Matta (George Clooney). To znaczy ja po prostu nie mogłam cieszyć się z sukcesów bohaterki i z jej ostatecznego uratowania się, bo w tyle mózgu wciąż mi siedziało „no świetnie, laska, ale wiesz: MATT! Może chociaż trochę żalu?” – jasne, wiem, że kto by tam się krygował i bawił w żałobę, kiedy sam cudem uniknął śmierci. Ale trudno – film sam jest sobie winien. Było nie zabijać tak sympatycznego bohatera, o!
Z tych dwóch powodów wolę jednak Interstellar, ale nie będę się kłócić z tymi, którzy twierdzą, że Grawitacja to świetny film. No bo taka prawda.

Widok z latarni w Czołpinie. Takie tam.

Więzy krwi

Obiecali na pudełku pościgi, wybuchową akcję i w ogóle. Niestety, film chyba nie wiedział, co mu napisali na pudełku.
To znaczy to nie tak, że Więzy krwi są złe. Nah, nawet mi się podobały… w momentach, kiedy nie były tak śmiertelnie nudne… i kiedy nie było akurat sceny z Milą Kunis, na którą – przepraszam najmocniej – mam alergię (z moich obserwacji wynika, że jej największym sukcesem aktorskim była Jackie w Różowych latach 70.). Niewątpliwie film może się pochwalić jednym z mniej dynamicznych, najnudniejszych pościgów samochodowych, jakie widziałam.
Natomiast daje radę jako obyczajówka: rozchodzi się o dwóch braci, jeden właśnie wyszedł z więzienia, drugi jest policjantem. I te ich relacje mi się podobały. Polubiłam Chrisa (Clive Owen) i bardzo starałam się nie myśleć o Franku (Billy Crudup) jako o głupiej cipie.
Naprawdę się starałam. Ze zmiennym powodzeniem.
W każdym razie nie dajcie się zwieść, to nie jest film sensacyjny. Sceny sensacyjne zasysają przeokrutnie. Ale sceny kameralne, szczególnie te z braćmi – są naprawdę poruszające.
Film wart obejrzenia, ale na pewno nie kiedy szukacie czegoś w stylu Bad Boys.

Neron: Władca imperium

Ciągle nie obejrzeliśmy, bo Ulv orzekł, że to będzie straszna kupa.
Ja wiem, że będzie. Obejrzę niebawem i dam znać, jak duża.


…i nieruchome literki


William King, Zabójca Trolli

Typowo wakacyjno-toaletowa lektura. Zbiór opowiadań, rozpoczynający osadzony w uniwersum Warhammera fantasy cykl o tytułowym krasnoludzie Gotreku oraz jego towarzyszu Feliksie. Opowieści mają rewelacyjny klimat, są dynamiczne, bohaterowie wyraziści i naprawdę bardzo szybko i przyjemnie się to czyta. No, czytałoby się. Bo to, co z tekstem Kinga zrobił polski wydawca, Copernicus Corporation, to jest jakaś rzeźnia, krew i pożoga, płacz i zgrzytanie zębów i nigdy – naprawdę, nigdy, wliczam w to wszelkiego rodzaju selfy i vanity – nie widziałam książki wydanej do tego stopnia niedbale. Zabójca Trolli wygląda, jakby nikt go nie przepuścił nawet przez autokorektę Worda, cóż dopiero mówić o żywej osobie korektora. O redaktorze w ogóle nie chcę wspominać, bo po co kopać leżącego. Chociaż nie, tego leżącego trzeba kopać, w butach z ćwiekami najlepiej, albo założywszy raki, bo jak Jeżusia kocham, żądanie od ludzi pieniędzy za takie coś to jest zwykła kradzież. Literówki, orty, powtórzenia, interpunkcja na każdej stronie – każdej! – to jakaś kpina. Nie wiem, najwyraźniej tłumacz ma duże problemy z rodzimą składnią, bo wydaje się, że coś takiego jak zdanie podrzędne to dla niego abstrakcja. I jasne, jest od tłumaczenia, nie od korekty. Ale skoro nikomu się nie chciało zatrudniać korektora, to sorry, wszystko zatrzymało się na etapie tłumacza. Przykro mi, panie Grzegorzu Bonikowski. Dziwi mnie ta sytuacja tym bardziej, że wydawałoby się: hej, Warhammer, taka marka, taka franczyza, chyba ich stać, żeby dbać o jakość wypuszczanych produktów. Ale okazuje się, że lol nope.
Ale, jak wspomniałam, same historie są naprawdę fajne. Najlepiej od kogoś pożyczcie. Albo poszukajcie w taniej książce. Mrok, krew i chaos.

Still majestic. I Króliś.

J.M. Dillard, Star Trek: Rebelia

Ta książka to był taki trochę eksperyment z mojej strony. Właściwie miałam o niej napisać na startrekowym blogu, ale chyba nie ma to większego sensu – pewnie wrócę do niej przy okazji pisania o filmie.
No tak, bo to powieściowa adaptacja filmu pod tym samym tytułem. Adaptacja, muszę dodać, bardzo wierna. Właściwie wygląda miejscami tak, jakby autorka odpaliła film, patrzyła przez kilkanaście sekund, włączała pauzę, robiła notatki, odpalała na kolejne kilka sekund i tak dalej. Moje dylematy w związku z tą powieścią zasadzają się na dwóch sprawach:
Po pierwsze, nie cierpię Rebelii. Jest to mój najbardziej hejtowany ze Star Treków. Jest okropny. Jest kompletnym odwróceniem wszystkiego, co- ale hej, po co ja mam Wam pisać? Polecam obejrzeć sobie tę recenzję i zwrócić szczególną uwagę na wtrącenia Linkary. Bo ja się z nim po prostu zupełnie, ale to zupełnie zgadzam. Toteż trudno było mi się zaangażować w czytanie powieści, która jest tak naprawdę spisaniem okropnego filmu. Siłą rzeczy – powieść też jest okropna, z dokładnie tych powodów. To znaczy tak, autorka tu i ówdzie rozwija nieco motywacje bohaterów, ale wiecie co? Chyba tylko pogarsza tym sytuację.
Po drugie, zastanawiam się cały czas, jaki jest cel istnienia tej książki i do kogo ona jest adresowana. Nie do fanów Star Treka raczej, bo tak naprawdę po co komuś, kto oglądał film, czytać powieść, która jest toczka w toczkę przepisanym filmem? Ale do osób nieobznajomionych ze Star Trekiem (oczywiście, w szczególności z Następnym Pokoleniem) też nie, bo autorka radośnie olała głównych bohaterów – czyli cały mostek Enterprise – i opisy wyglądu czy motywacji ograniczyła do Ba’ku i Son’a. A więc, jak rozumiem, zakłada, że czytelnik zna Picarda i jego ludzi, więc nie ma potrzeby rozwijać ich charakterów ani nic z tych rzeczy. Z tego mi wychodzi, że to książka dla ludzi, którzy oglądali serial, ale nie widzieli jeszcze Rebelii… cóż, nie wiem, czy to jest grono na tyle szerokie, żeby warto było wydawać tę powieść.
Jeśli chodzi o sam tekst, to cóż – po Zabójcy Trolli było dość odświeżające, że dało się to czytać bez zgrzytania zębami. Styl jest totalnie przezroczysty, to naprawdę są suche zapiski, tu i ówdzie nieco rozpoetyzowane (głównie w głupawych scenach z zatrzymaniem czasu), ale generalnie spływa po człowieku.
Jeśli ktoś by mnie pytał o zdanie, powiedziałabym: jeśli bardzo chcesz, to sobie przeczytaj. Nie boli (poza bólem płynącym z samego filmu). Ale naprawdę, da się fajniej spędzić ten czas.

Terry Pratchett, Pasterska korona

[też nieco spoili]
Trochę na tę lekturę czekałam. I nie przeczę, była najlepsza z tych trzech przeczytanych wakacyjnie książek. Ale cóż… konkurencja naprawdę była dość słaba.
A jednak Pasterska korona pozostawiła po sobie pewną gorycz. Nie to, że od razu wielkie rozczarowanie. Tylko że ja po prostu lubię ten cykl. Od dawna mówię, że cykl o Ciutludziach jest moim ulubionym ze Świata Dysku. Tymczasem tutaj jakoś w ogóle nie czułam, że to jest finał mojego ulubionego cyklu. Jasne, Mac Feegle byli świetni, ale na przykład już sama Tiffany jakoś tak… sama nie wiem. Zbladła. Wolałam ją jako dziecko. Ciągle trudno mi wybaczyć Babcię, ale z drugiej strony – naprawdę, w ładny sposób zrealizowany wątek. Geoffrey z Mefistofelesem mają swój urok i wzbudzają sympatię.
Niemniej miałam na przykład wrażenie, że pewne rzeczy niepotrzebnie się powtarzają – jak temat paznokci i stóp pewnego staruszka. Bawiło za pierwszym razem, może i za drugim… za czwartym już miałam takie „tak, tak, wiem, ma twarde paznokcie, idźmy dalej!”. Nie przekonuje mnie też finałowa wszechmoc Tiffany. To znaczy ja rozumiem, że wszystko do tego zmierzało: że młoda czarownica odkrywa w sobie moc i siłę, by być godną następczynią. Ale nie. Po prostu nie – bez przesady. Dla mnie to było przegięte. W samej ostatecznej rozwałce natomiast nie czułam jakoś napięcia. Nie wiem, z czego to wynikało.
Ogólnie rzecz ujmując, nie był to taki finał Świata Dysku, jakiego oczekiwałam po czytanych tu i ówdzie zajawkach. Choć powieść ma też wiele dobrego, więc ogólnie polecam – jak zawsze zresztą Pratchetta. Tyle tylko, że lepiej mieć za sobą całość cyklu o Tiffany Obolałej.



I wtedy wezwała mnie szara rzeczywistość i budzik o 3:25.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...