sobota, 21 maja 2016

Najdłuższa podróż i najkrótszy powrót

(źródło)
O to, czy grałam w The Longest Journey, po raz pierwszy zapytano mnie w 2012 r., kiedy pokochałam Syberię. No i była kompromitacja, bo okazało się, że nie. Ale już cztery lata później udało mi się naprawić to rażące niedopatrzenie!

Jakoś się nie dziwię, że polecano mi przygodówkę FunComu przez te lata jako jedną z najbardziej mistrzowskich gier tego typu. Choć powstała w 2000 roku (czyli może się już legalnie seksić, a za dwa lata zrobi prawo jazdy i pojedzie po piwo), wciąż przyjemnie się ją ogląda – ale to cecha chyba dużej liczby gier, które nie powstały w trójwymiarze. Płaskie tła, nierzadko ręcznie malowane, są piękne niezależnie od upływu czasu – tak jest z Syberią, z Heroes III czy z Machinarium (nie pisałam o Machinarium? Byłam pewna, że pisałam, ale teraz nie mogę tego znaleźć. No wszystko jedno, ewentualny błąd już naprawiam: cudna gra, piękne łamigłówki, genialna grafika, polecam). To, co się w The Longest Journey ewentualnie zestarzało, to modele postaci. Dla mnie są zadowalające, ale tak obiektywnie patrząc, sylwetki ewidentnie są kanciaste i pozbawione detali, a ruchy nieco niegramotne (pod względem poruszania się postaci strasznie mnie rozbestwił Blizzard, niestety). Niemniej w samej rozgrywce to nijak nie przeszkadza.

Nie będę ukrywać: Syberia to to nie jest. The Longest Journey mnie wciągnęło, owszem, ale nie zostawiło takiego przeogromnego kaca, z jakim wylądowałam po tym pierwszym tytule. Nie chodzi o to, że fabula jest gorsza – nope, po prostu inny klimat. Też mocny, też wciągający, ale Syberia była pisana jakby pode mnie, podczas gdy Najdłuższa Podróż jest bardziej… no… uniwersalna? Tak, to chyba będzie dobre słowo. Nie ma nacisku na jeden konkretny klimat. Przede wszystkim, gracz działa w dwóch zupełnie odmiennych światach, z których jeden – Arcadia – jest zupełnie fantastyczny, pełen mistyki, przepowiedni i cudów, drugi zaś – Stark – to taki „nasz” świat, z wyraźną nutą przemysłową, nieco futurystyczny, miejscami zahaczający o steampunk, programowo pozbawiony jakiejkolwiek magii. Te dwie płaszczyzny się nawzajem przenikają i tworzą jedno uniwersum The Longest Journey. Zresztą, gracz ma okazję poznać całą historię, z której wyciągnie sobie wniosek, co i jak, gdzie magia, a gdzie przemysł i dlaczego to wszystko tak wygląda.
Musiałam pokochać tę grę, czyż nie?
Co tu dużo gadać: do mnie osobiście Stark przemówił dużo silniej niż Arcadia. Ta ostatnia zdawała mi się takim dość klasycznym światem fantasy, podczas gdy Stark to realia niby swojskie, ale nie do końca – okaże się bowiem, że zupełne oddzielenie od magii i podupadający przemysł tak naprawdę nie są w stanie utrzymać tego świata w całości. I nie przeczę: ta atmosfera nieuchronnego, zbliżającego się końca bardzo mocno robi grę.

Obok niesamowitego, silnego klimatu, mocną stroną The Longest Journey są bohaterowie. Muszę przyznać, że na tle postaci pobocznych lub towarzyszących, nasza główna April Ryan wydaje się niemal nijaka – choć ma swój charakterek, tutaj nie można narzekać. Po prostu inni są nieomal epiccy. I szczerze żałuję, że grałam w anglojęzyczną wersję, bo jestem bardzo ciekawa, jak brzmi Kruk w wykonaniu Jarosława Boberka. Choć oryginalny robi naprawdę świetne wrażenie. I nie tylko on. Postacie są fajne, wyraziste i mają naprawdę ciekawe historie do opowiedzenia.
I tak naprawdę w ten sposób wygląda cała gra: jest wzorcowo dobra, ciekawa, poziom zagadek jest dokładnie taki, jak być powinien, żeby sprawić trudność, ale nie zniechęcić, a klimat miejsc jest akurat wystarczający, by się wciągnąć w przygody w danej lokacji.

Gra miała tylko jeden mankament, i to taki z rodzaju technicznych: potrafiła się zawieszać na filmikach. Koniec końców zaczęłam je po prostu przeskakiwać, a oglądałam je na YouTube. Da się, choć trochę to wybija z nastroju.

Filmiki w The Longest Journey 
były naprawdę efektowne...
Oczywiście więc, na fali zachwytu nad The Longest Journey (smark, wcale nie była aż tak długa… to znaczy była, ale było mi żal, kiedy skończyłam), czym prędzej kupiłam Dreamfall, czyli sequel Najdłuższej podróży.
Przede wszystkim, jest to gra w 3D. Wyszła w 2006 roku, więc nie jest jakaś szpetna, niemniej brakowało mi tych pięknych teł z jej poprzedniczki. Rozbiłam się jednak o coś innego: sterowanie. Ogólnie wiele czasu minęło, zanim nauczyłam się mniej-więcej nie wpadać na ściany, kiedy gdzieś prowadziłam moją bohaterkę. I chyba nigdy do końca tego nie opanowałam. Ale skoro ledwo jestem w stanie skręcić w odpowiednią stronę, kiedy dokądś idę, to łatwo sobie wyobrazić, jak radzę sobie w walce…
No właśnie – to jest dla mnie zasadnicza wada Dreamfall: walki. W ogóle sam fakt, że trzeba od czasu do czasu dać komuś po mordzie. Ja między innymi dlatego przecież tak lubię przygodówki point & click, że generalnie się w nich nie walczy, tylko łazi po lokacjach, rozwiązuje zagadki i odkrywa historię. Ja nie lubię walczyć (chyba że z kimś w multiplayerze, ale to inna bajka), jestem cykorem, nie lubię ginąć. Tak, wiem, ponoć walk w Dreamfall można uniknąć odpowiednim poprowadzeniem dialogu, ale mnie frustruje samo ryzyko, że jeśli gdzieś się walnę, to zostanę sklepana. Solidnie mnie to zniechęciło.
Nie pomógł fakt, że nowa bohaterka, Zoë, jest irytującą bździągwą, która siedzi na dupie i jojczy, że nic jej się nie chce. Serio – April coś robiła, miała plany, była konkretną dziewuszką. Zoë tymczasem tylko wnerwia. Może twórcy chcieli pokazać jakiś jej kryzys tożsamości, może musieli stworzyć bazę pod to, że ona w ogóle wpuści się ostatecznie w tę wielką przygodę – ale moim zdaniem zrobili to po prostu źle. Jak mogę prowadzić w grze postać, która mnie wyłącznie wnerwia?

...i widoki ładne.
No i, niestety, moja przygoda z Dreamfall skończyła się bardzo szybko. Porzuciłam grę na rzecz innych tytułów, zanim jeszcze na dobre rozkręciła się fabuła. Nie zrobiłam tego definitywnie i ostatecznie, zamierzam wrócić do rozgrywki… tylko nie wiem kiedy. Nie ma w Dreamfall nic, co by mnie kusiło, poza obietnicą, że wrócimy do poznanych w The Longest Journey lokacji i bohaterów. Wierzę, że kiedy już historia się rozhuśta, będzie ciekawie. Choć już teraz wiem, że będę grała z solucją i zamierzam zupełnie bez krępacji sprawdzać w internetach, jak unikać walk. Nie mam ochoty się denerwować, chcę poznać opowieść i tyle.

piątek, 20 maja 2016

Zmagania z klasyką, krok pierwszy: "Kajomars i inne opowiadania"

il. Marian Mroziński
Autor: Wiktor Żwikiewicz
Tytuł: Kajomars i inne opowiadania
Miejsce i rok wydania: Bydgoszcz 2005
Wydawca: Epigram

Nie wiem, przy jakiej okazji usłyszałam po raz pierwszy o takim autorze jak Wiktor Żwikiewicz. Było to w każdym razie w tym roku. Poszperałam i okazało się, że to klasyk nad klasyki i polska fantastyka naukowa nie tylko Lemem i Zajdlem stoi, no więc w te pędy postanowiłam wgryźć się w jakąś Żwikiewiczowską prozę. Traf chciał, że padło na Delirium w Tharsys oraz maleńki, maciupeńki zbiorek Kajomars i inne opowiadania. Książki dość długo czekały na swoją kolej, w końcu jednak wzięłam się za wspomniany zbiorek – głównie dlatego, że taki mikry, więc była duża szansa, że nie utknę z nim na dwa miesiące. Delirium… jeszcze przede mną.

W skład tomiku wchodzą cztery teksty, z których rzeczywiście głównym jest dziewięćdziesięciostronicowy Kajomars, trzy pozostałe opowiadania zaś to takie nieomal miniaturki, chyba żeby książka nie była aż tak cienka. Niemniej zacznę właśnie od tych „innych opowiadań”, bo łatwiej mi je ogarnąć mózgiem.
Moim ulubionym opowiadaniem ze zbiorku zostało bezsprzecznie W cieniu Sfinksa, powstałe we współpracy z Krzysztofem Rogozińskim w 1976 r.. Przy czym nie ukrywam, że samo zakończenie i pointa nieco po mnie spłynęły. Natomiast absolutnie urzekł mnie klimat. Trochę skojarzył mi się z dramatami Becketta albo z Naszą małą stabilizacją – w zamkniętej przestrzeni mamy parę bohaterów, którzy przez okno obserwują świat, sami będąc od niego odciętymi. W powietrzu wisi jakaś taka atmosfera umierania, coś się psuje – czy to cały świat, czy może oni pokrywają się kurzem wraz z gazetami sprzed roku – nie wiem. Helena i Ernest rozmawiają ze sobą, ale momentami odnosiłam wrażenie, że się nawzajem nie słyszą. Z czasem, oczywiście, dochodzi do tekstu intryga, a nawet i jakaś akcja, ale dla mnie najcenniejszy jest właśnie ten klimat i uwięzione w nim małżeństwo, które przeżywa nagłówki z zeszłorocznych gazet i obserwuje niebo zza firanki.
Zaintrygowało mnie Appendix Solariana, niemniej mam z tym tekstem pewien kłopot… jakby to… Hm. No dobra, miejmy to za sobą: nie czytałam Solaris. Ani nawet nie oglądałam żadnej ekranizacji. Nic a nic. Tymczasem Appendix… jest czymś, co najprędzej nazwałabym fanfikiem do Solaris właśnie. Tyle tylko, że ja musiałam sprawdzać na Wikipedii, czy ten Kris i ta Harey to faktycznie z Solaris są, no i kim jest ten tam Gibarian. Z kolei ten element, który byłam w stanie zrozumieć, a który także odnosił się do Lema, wywołał we mnie mieszane uczucia, muszę przyznać. Chyba po prostu to, co potrafiłam znaleźć u Żwikiewicza, kłóci się z tym, co już sobie wypaliłam głęboko w mózgu i do czego się przywiązałam.
Trzecim krótkim – najkrótszym zresztą – opowiadaniem jest Sejmor Srebrnołuski i na pierwszy rzut oka jest to tekst fantasy: bohater idzie zabić smoka. I tutaj mam na odwrót niż w przypadku W cieniu Sfinksa: większość tekstu mnie nie porwała, dopiero końcówka rzeczywiście wywołała emocje.

Ale tak naprawdę przecież, jak wspominałam, najważniejszy jest Kajomars. Cóż, naprawdę chciałabym umieć coś powiedzieć o tym opowiadaniu. Serio. A tymczasem przychodzi mi do głowy tylko stwierdzenie, że nic z niego nie zrozumiałam.
Kajomars jest dziwny. Przede wszystkim ze względu na język – nie byłam na to przygotowana, przyznam. Na te wszystkie zawiłe opisy, operowanie głównie kilkoma kolorami i komponowanie za ich pomocą coraz to nowych scenerii. Na takie stężenie niezwykłości. Narracja w Kajomarsie ogromnie działa na wyobraźnię i budzi emocje. Natomiast gdyby ktoś mnie zapytał, jak to wszystko tam faktycznie wyglądało, kazał rozrysować czy opowiedzieć własnymi słowami – najpewniej bym poległa. Bo pamiętam różowość, kości zatopione w chłodnym szkliwie, światła i niezwykłe wnętrzności Bestii, kiedy Jordan zamknął się z nią w kryształowej bańce odizolowanej, prywatnej czasoprzestrzeni. Nie wiem jednak, do czego to wszystko przypiąć. W Kajomarsie nie ma wyjaśnień – prawdę mówiąc nie wiem nawet za bardzo, kim była Anestezja. To znaczy dostałam w tekście jakieś szczątkowe sugestie, więc trochę się domyślam, próbuję ją wyczytać z imienia. I tak jest ze wszystkim: czytelnik musi odtworzyć sobie ten świat, którego strzęp pokazał nam autor w Kajomarsie.
Jak teraz o tym myślę, to podoba mi się coś takiego – po prostu nie byłam przygotowana.
Bohaterowie, choć są dziwni i zachowują się w wielu momentach zupełnie nieracjonalnie lub z niemal teatralną przesadą, każą w siebie uwierzyć i zaangażować w ich losy. Ja, oczywiście, źle ulokowałam swoje sympatie, no ale to kwestia przyzwyczajenia. W każdym razie mam wrażenie, jakby Jordan, Biesnowaty i Anestezja wspólnie tworzyli kompletnego człowieka. Są żywiołowi i wyraziści, ale każdy jest tylko uwypukloną cechą – bez historii, całej reszty charakteru, bez pragnień. Ze względu na skrajną odmienność, oczywiście działają sobie na nerwy, ale jednak wracają do lądownika, jakby tylko będąc razem mogli znaleźć ukojenie.
I kiedy już myślałam, że nadążam, że oto narrator roztacza przede mną ponurą, ale nade wszystko niezwykłą wizję świata i analizuje człowieka osadzonego w tych realiach, pojawia się tytułowy Kajomars i znów się pogubiłam. Niemniej kombinowanie, o co chodzi z Bestią, Biesnowatym i całą resztą to wciągające zajęcie i nie mogę powiedzieć, żeby zmuszenie czytelnika do ruszenia mózgiem było wadą zbioru opowiadań.

Jeśli mam naprawdę wskazywać wady, to będzie to jakoś wydania. Raz, że okładka jest zwyczajnie szpetna (naprawdę, wystarczy fotka autora na odwrocie - po co na front dawać grafikę, która wygląda jak niechciany bękart Żwikiewicza i Na'vi, któremu coś wyrosło na głowie?) i gdybym miała decydować o zakupie tej książki, skutecznie by mnie od tego odwiodła. Ale gorzej, że opowiadania chyba nie otarły się o korektę. Sporo jest irytujących zjedzonych liter, nadprogramowych ogonków, randomowych spacji – a to o tyle przeszkadza, że styl Żwikiewicza wymaga naprawdę mocnego skupienia się nad formą, nad poszczególnymi słowami i związkami frazeologicznymi. Nie ma mowy o prześlizgnięciu się przez tekst i wyłapaniu tylko treści. Więc te wszystkie drobne pomyłki wybijają czytelnika.

Prawda jest taka, że wciąż nie wiem, co myśleć o pisaniu Wiktora Żwikiewicza. Z mojej perspektywy mogę powiedzieć tylko tyle, że jest inne. I na tyle mnie zaintrygowało, że zaraz sięgam po Delirium… – ciekawa jestem, jak będzie się prezentowała powieść. Ale nawet jeśli moja przygoda z tym autorem skończy się prędzej niż bym planowała, myślę, że zbiorek Kajomars i inne opowiadania i tak warto przeczytać. Nawet jeśli nie przypadnie do gustu, to przecież lektura na jeden wieczór.




Znowu puste wnęki poniżej złotej obręczy. W każdej zaklęsłe lustro. W mgnieniu oka Anestezja może tam przejrzeć swoją dymną cielesność. Wszystkie zwierciadła, w przelocie, zaparowane jej nadprzewodliwym oddechem.
A oni niżej. Głębiej.
Bestia chichocze. Biesnowaty wyje i szykuje pięści. Jordan wyrywa szklane włosy z głowy. Anestezja nuci im słodką kołysankę.
Tak spadają zgodnie, rozświetleni swobodnie, niby pochodnia strącona do dna, o jakim nie śniła przejrzystość kosmosu.

poniedziałek, 16 maja 2016

Fraa serialuje albo: dobry serial to krótki serial

(źródło)
No dobra. Ostatnimi czasy moje internety rozbrzmiewają płaczem i zgrzytaniem zębów, gdyż ABC anulowało pierdylion seriali. No i nie będzie kolejnego sezonu Galavanta, Agentki Carter, Castle, American Crime, The Real O’Neils… wiecie, czyli – poza Galavantem – nie będzie iluś tytułów, które przepisałam właśnie z jakiejś tabelki, bo przecież albo nigdy o nich nie słyszałam, albo słyszałam gdzieś przelotnie, ale i tak nie wiem, o czym to. No i internety mi huczą, że łojzicku, drama, wszyscy zginiemy. I to mi uświadomiło dwie sprawy:

Po pierwsze: jak strasznie społeczeństwo w ostatnich latach uzależniło się od seriali. Wow. Pamiętam, że jeszcze jakiś czas temu seriale to były takie zapychacze, ot, telewizor sobie brzęczał, a człowiek zajmował się swoimi sprawami. Wyjątki stanowiły opery mydlane i inne tasiemce, oglądane przez szacowne gospodynie domowe. A teraz seriale kwitną. Gdzie się nie obejrzę, ludzie oglądają seriale, namiętnie, po kilka jednocześnie. Na nic nie mają czasu, no bo serial. Czy one naprawdę stały się tak bardzo lepsze, że są tego wszystkiego warte? Nie wiem. Nie mam pojęcia, z czego wynika serialowy boom. Nie mogę powiedzieć, żeby mnie to jakoś szczególnie pasjonowało, niemniej odczułam lekkie zaskoczenie, że hej – ludzie serio uzależniają się na całe lata od śledzenia losów serialowych bohaterów.
Po drugie: jakie zatrzęsienie jest tych seriali! Jak, kiedy one wszystkie się pojawiły?! W dodatku one się ciągną tak straszliwie… o tytułach, które porzuciłam kilka lat temu, dowiaduję się, że one wciąż są kręcone, dziewiąte, dziesiąte sezony… nie wiem, co w nich się dzieje, bo myślałam, że fabuła już dawno się domknęła, ale jednak coś ktoś z tego jeszcze wyciska.

I nie, nie mam tu na myśli tego, że ja jestem taka twarda i hipsterska, bo nie oglądam. Wspominałam już nie raz: to po prostu kwestia braku cierpliwości i systematyczności. Obejrzę parę odcinków, nawet mi się spodoba, ale potem trzeba się zająć czymś innym i jakoś to przywiązanie do historii opada w międzyczasie, że koniec końców w ogóle mi wylatuje z głowy, żeby obejrzeć kolejne epizody. Nie wykluczam, że tracę przez to sporo fajnych fabuł i nie znam wielu ciekawych bohaterów.
Czasem jest tak, że jednak serial na tyle mocno przykuje moją uwagę, że łykam go w całości – tak było z Deadwood, z Kompanią braci (no, plus to oglądałam z Ulvem, zawsze jakoś lepiej się zebrać, jak pilnuje mnie druga osoba), a potem z Galavantem. Wszystkie te seriale mają jedną wspólną cechę: są krótkie. Oczywiście, Deadwood miało być dłuższe. To widać, że wszystko było rozgrzebane pod czwarty sezon. Ale ja i tak się cieszę, że nigdy go nie nakręcono. Dzięki temu jeden z moich ulubionych seriali nigdy nie spadł poniżej pewnego poziomu – nie zdążył (w przeciwieństwie do Dra House’a, Dextera, Supernatural, Big Bang Theory i miliona innych serii, które podglądałam na początku, a potem odpadłam). Z tego samego powodu cieszę się, że anulowano Galavanta. Nie chciałabym oglądać, jak ci wszyscy cudowni bohaterowie zaczynają sami się plątać w tym, o co im w ogóle chodzi, jak twórcy próbują coraz mocniej kombinować, żeby zrobić coś „bardziej” niż poprzednie sezony. Nawet jeśli trochę mi szkoda, że nie będzie więcej Garetha ani Richarda – to dobrze. To taka pozytywna tęsknota.

(źródło)
I w ten sprytny, płynny sposób, chcę tak naprawdę napisać, że oglądałam drugi sezon Galavanta na bieżąco, a kiedy skończyłam, w ogóle zapomniałam o tym opowiedzieć na blogu. Dopiero wokół-anulacyjna histeria jakoś mi o tym przypomniała. No więc opowiadam.

Po pierwsze, motyw muzyczny drugiego sezon wydał mi się o wiele słabszy. Melodię z pierwszego mogę nucić do tej pory, z drugiego zaś – z trudem sobie przypominam. Po prostu nie wywarła żadnego wrażenia.
Po drugie, zdaje się, że wspominałam o tym przy okazji pierwszego sezonu: miałam wrażenie, że kolejne odcinki powstają w ten sposób, że twórcy patrzą na to, co nakręcili do tej pory i widzą, że hej, ta totalnie epizodyczna postać jest strasznie fajna jednak – szkoda odstawiać na boczny tor, wykorzystajmy ją jeszcze! No i postaci epizodyczne dołączały do „drużyny”. Każdy, kto pojawiał się na ekranie, miał swoją znaczącą rolę do odegrania w całej historii. Początkowo wydawało mi się to dziwne, ale koniec końców to właśnie wyszło super, bo nikt nie pojawia się bez sensu, wszyscy są mocno osadzeni w fabule. W drugim sezonie właśnie tego strasznie mi brakowało. Galavant jakoś się rozdrobnił. Pojawia się z piosenką Kylie Minogue czy Sheridan Smith, ale później znikają i widz zostaje z dziwnym poczuciem, że tych lasek równie dobrze mogło przecież nie być. Kaman, Isabella mogła zrzucić diadem choćby potykając się o dywan czy cokolwiek w tym stylu. Te występy brzydko pachniały mi komunikatem do widza: „patrzcie, wykosztowaliśmy się na Kylie Minogue, lubcie nas!”.
W dodatku miałam wrażenie, że miejscami intryga jest już nieco przesadzona w ten czy inny sposób. „Telefoniczne” odwołanie do współczesności było dla mnie zbyt nachalne. Z kolei w ogóle całe nieporozumienie z krową – naciągane. Przez to odrobinę trudniej było mi kupić całą tę historię.
Nie jest jednak tak, że drugi sezon mi się nie podobał. Po prostu miał pewne… cienizny. Ale między nimi mamy mnóstwo świetnego, zabawnego materiału, bah!, trafiają się też momenty całkiem wzruszające! Wątek Garetha i Madaleny zupełnie mnie urzekł, szczególnie w scenie z kolczykami, które Gareth wręczył królowej – piszczałam z uciechy jak debil, widząc, jak bardzo ta dwójka do siebie pasuje… no, na pewnych płaszczyznach, oczywiście. Richard był, jak zawsze, doskonały, nawet jeśli stopniowo stracił nieco ze swojej safandułowatości. Bezbłędni do samego końca zostali Kucharz i Gwyn, którzy stworzyli jedną z najfajniejszych par, jakie w życiu widziałam. Szkoda, że zabrakło piratów, ale dobrze, że byli chociaż przez ten krótki czas. Uradowało mnie pojawienie się Nicka Frosta w roli giganta. Wormwood też był fajny – szczególnie w tym swoim rozdwojeniu między mściwym czarnoksiężnikiem a organizatorem ślubów, gdzie oba te „etaty” traktował równie poważnie. No i wreszcie sama historia, choć osadzona na słabej bazie, rozkręciła się w fajny, ciekawy sposób, była finałowa rozwałka, ciekawie też się wszystko skończyło. Oczywiście, daje się tam dostrzec solidną furtkę do kolejnego sezonu, ale jednocześnie najważniejsze rzeczy są domknięte na tyle definitywnie, że nie ma konieczności kręcenia go.
No i nikt go nie kręci. I dobrze.
Po prostu o ile pierwszy sezon Galavanta to było objawienie i parę godzinek niepohamowanej radochy, o tyle sezon drugi jest… świetny. Tylko tyle w porównaniu z wcześniejszymi odcinkami, niemniej aż tyle w ogólnym kontekście tego, co można napotkać w kinie i telewizji.

(źródło)
A skoro już odhaczyłam Galavanta, to siłą rozpędu wspomnę jeszcze o innym serialu, który ostatnio obejrzałam, gdyż – tak właśnie! – jest krótki. No, przynajmniej na razie.
The Expanse – podsunął mi go Ulv (jak większość serialowo-filmowych niespodzianek), uspokajając, że to tylko dziesięć odcinków. Oczywiście, będzie drugi sezon, ale to nie szkodzi. Mam tolerancję maksymalnie do trzech.
Serial jest historią osadzoną około dwieście lat w przyszłości. Ludzkość zdołała wychylić się nieco poza granice Ziemi, skolonizowała Marsa, usadowiła się też na stacjach w obszarze pasa asteroid. I wszystko byłoby pięknie, ale z czasem narosły różnice między poszczególnymi społeczeństwami, a wraz z różnicami – przyszły antagonizmy. Skutek jest taki, że wojna między Ziemią, Marsem i Pasem wisi w powietrzu.
W takich realiach poznajemy bohaterów: a będzie to z jednej strony detektyw z Pasa, z drugiej – niedobitki z rozstrzelanego w przestrzeni statku. Z trzeciej: mamy też politykę na najwyższych szczeblach i próbę zapobiegnięcia wojnie. Choć początkowo miałam wrażenie, że historia toczy się dość chaotycznie, z czasem jednak wątki bardzo ładnie i coraz mocniej zaczynają się zazębiać, a fabuła wciąga. Fantastycznie są zarysowane te antagonizmy między poszczególnymi społecznościami: każdy ze światów ma swoje racje i w każdym znajdzie się ktoś, kto wzbudza sympatię. Widać, jak ludzie na przestrzeni lat wpadli w pułapkę strachu i wzajemnych oskarżeń, z której nie da się teraz ot tak po prostu wyjść. Jedno, czego na tym polu żałuję, to że tak skromnie pokazano nam na razie Marsjan. Ale liczę na to, że to się może zmienić w drugim sezonie.
Klimat panujący na stacjach momentami przywodzi mi na myśl Blade Runnera – mamy ciemne, niemal duszne przestrzenie, rozświetlone neonami i zatłoczone. Między tym wszystkim chodzi detektyw Miller (Thomas Jane) i poszukuje zaginionej dziewczyny. Wyobrażam sobie, że gdyby serial chciał koncentrować się bardziej na nim, a nie na kilku wątkach jednocześnie, całość mogłaby bardzo ładnie zagrać w klimatach noir. Ale, oczywiście, to luźna uwaga, a nie faktyczne życzenie. Bo inne wątki są równie fajne.
(źródło)
Ocaleńcy z Canterbury to dziwna zbieranina ludzi, którzy tak naprawdę nic o sobie nie wiedzą. Podoba mi się, jak z czasem się poznają i „docierają”. Podoba mi się lojalność Amosa (Wes Chatham) wobec Naomi (Dominique Tipper), a także historia Alexa (Cas Anvar). Tak naprawdę z nich wszystkich najmniej lubię Holdena (Steven Strait) – jest jakiś taki bez wyrazu, przez cały sezon nie potrafiłam się do niego przekonać. Właściwie nie rozumiem, czemu wszyscy go słuchają.
Fantastyczna jest Chrisjen Avasarala (Shohreh Aghdashloo), choć przyznam, że w którymś momencie trochę się zgubiłam, czego ona naprawdę chce. Ale to już taki mój defekt, że w intrygach politycznych się zawsze gubię. Zawsze. Nie przeszkadzało mi to kibicować bohaterce, a niekiedy też współczuć jej i bać się o nią.
Przed kamerą przewija się też masa postaci epizodycznych, z których właściwie każdy jest bardzo wyrazisty i wnosi do historii coś ciekawego. Policjanci, szpiedzy, żołnierze, a nawet prostytutki – oni wszyscy mają do odegrania swoją rolę w fabule, a ponadto bardzo fajnie wzbogacają nasz obraz tego świata.

Kolejnym elementem, o którym muszę wspomnieć, jest niesamowita oprawa wizualna i rozmach The Expanse. Byłam zaskoczona, że takie zdjęcia widzę w serialu telewizyjnym – przecież to by wyglądało imponująco w kinie! Nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że ten tytuł marnuje się trochę na małym ekranie. Naprawdę jest na co popatrzeć.

Przyznam, że kiedy pojawiły się napisy po finale dziesiątego odcinka, byłam przekonana, że Ulv się pomylił – że gdzieś tam są kolejne epizody, no bo przecież to się strasznie no… no nie, tak nie wolno kończyć. W ogóle jak to? Dlaczego? Ale jednak: to nie pomyłka. Serial bardzo skutecznie zawiesił mnie w stanie najwyższej ciekawości. Nie wiem, czy ta ciekawość utrzyma się do 2017 r., kiedy ma powstać drugi sezon, ale na razie daje radę. Ogólnie cóż… polecam.




When you spend your whole life living under a dome, even the idea of an ocean seems impossible to imagine.

[porucznik Lopez, The Expanse]

niedziela, 15 maja 2016

Conan-purytanin, czyli "Solomon Kane. Okrutne przygody"

(źródło)
Autor: Robert E. Howard
Tytuł: Solomon Kane. Okrutne przygody
Tytuł oryginału: The Savage Tales of Solomon Kane
Tłumaczenie: Tomasz Nowak
Miejsce i rok wydania: Poznań 2014
Wydawca: Dom Wydawniczy Rebis

Minęło sporo czasu, odkąd przeczytałam Conana i pradawnych bogów. Twórczość Howarda co prawda szalenie mi się spodobała, ale jakoś nie było okazji, żeby sięgnąć po kolejne tomy Rebisowego cyklu. Traf jednak chciał, że w domu pojawiła się część poświęcona przygodom (okrutnym!) Solomona Kane’a – toteż postanowiłam z tego skorzystać i, choć zalegam jeszcze z dwoma tomami o Conanie, zapoznać się z innym Howardowym bohaterem.
Była to bardzo słuszna decyzja.

Tak jak w przypadku opowieści o barbarzyńcy z Cimmerii, tak i tutaj mamy ten fantastyczny, naszpikowany epitetami i wielkimi słowami styl. Zdania o pozornie prostej treści są owinięte w cały ciąg porównań, przesadzone i tak pięknie przekombinowane, że nie ma siły: muszą działać na wyobraźnię. Czytelnik poznaje świat, w którym kamienny mur nie jest po prostu kamiennym murem – jest przytłaczającą, masywną budowlą, pochodzącą z czasów, gdy świat był młody, zasiedlony przez istoty posługujące się mocarną, tajemną magią. I tak jest ze wszystkim. I ja to naprawdę uwielbiam, Howard opisuje swój świat w sposób niezwykle sugestywny i plastyczny.
Oczywiście, bohaterowie są dopasowani do tej konwencji: narrator bardzo kwieciście podkreśla odrażającą, obmierzłą powierzchowność antagonistów, za to niezwykle delikatnie i przyjaźnie opisuje postacie pozytywne, choćby chodziło o zupełnie epizodyczną dziewczynę, której zwłoki Kane znajduje na ścieżce. Aczkolwiek nie jest to wcale tak proste: pojawiają się także bohaterowie, których nazwałabym… szemranymi. Najlepszym przykładem jest tutaj N’Longa: niby jest dobry, ale jednak reprezentuje wartości, z którymi Solomon Kane przecież poprzysiągł walczyć. Jest poganinem i posługuje się magią. Jego braterstwo krwi z naszym dzielnym purytaninem jest cokolwiek zaskakujące.
A właśnie, no bo przecież nie powiedziałam jeszcze nic o samym bohaterze tytułowym: z tego miejsca muszę chyba zadeklarować, że Solomon Kane przypadł mi do serca bardziej niż Conan. Cimmeryjczyk był niezwykły i egzotyczny – tymczasem w purytaninie przebija świat, który przeciętnemu Europejczykowi jest nieco bliższy. I to, co szczególnie poraża podczas lektury, to właśnie konfrontacja tego anglosaskiego, chrześcijańskiego – nieomal swojskiego – świata z dzikością i tajemnicą, czającą się w głębi afrykańskiego lądu. Z prastarymi cywilizacjami, które, wydawałoby się, istnieją tylko w coraz mocniej zatartych przez czas mitach. Oczywiście, Solomon Kane przeżywa też przygody w bardziej cywilizowanych rejonach – ale muszę przyznać, że bez porównania bardziej podobały mi się te osadzone w Afryce. Przy czym ogromnie podoba mi się, że jednak te „europejskie” przewijały się tu i ówdzie, szczególnie na początku. Układ tekstów sprawił, że czytelnik może powoli i stopniowo zagłębiać się coraz bardziej w dziwaczny, demoniczny świat. Początkowo jeszcze dostaje od czasu do czasu chwilę na „oddech”, kiedy Kane ratuje dziewczynę z rąk piratów albo znajduje się w przeklętej karczmie, niemniej z czasem takich przerywników jest coraz mniej, aż w końcu lądujemy po szyję zanurzeni w afrykańskiej sawannie, gnani przez ten sam zew, który każe Solomonowi brnąć wciąż głębiej w piekielny kontynent. Znów wraca mi skojarzenie z Apocalypse now czy z Aguirre… – oczywiście, to zupełnie różne historie i utrzymane w różnym klimacie, ale one wszystkie w podobnie świetny sposób stopniują natężenie atmosfery i – nie wiem, jak to ująć – ciężar opowieści.

Sam Solomon Kane może uchodzić za bohatera przepakowanego, ale – podobnie jak w przypadku Conana – Howard bardzo zgrabnie unika popadnięcia w marysuizm. Purytanin nie jest po prostu niezniszczalnym fanatykiem – zdarza się, że popełnia błąd. I, co najbardziej mi się w nim podoba, ten fanatyzm stanowi w pewnym stopniu przykrywkę dla fascynacji pogańską, bluźnierczą magią i dla zupełnie niepurytańskiej, zdawałoby się, pychy i dumy. Zresztą, nawet te cechy, które czynią z Solomona niemal nadczłowieka, nijak nie rażą – a to dlatego, że Howard stawia przed Kanem przeszkody równie potężne, proporcjonalne do sił bohatera. Purytanin jest bardziej niezniszczalny od większości postaci pobocznych, ale w żaden sposób nie odstaje przez to od wykreowanego świata. Myślę, że to dlatego wszystko w książce tak świetnie gra.

Gdybym miała się czegoś czepiać, to dwóch rzeczy: raz, że poematy jakoś zupełnie do mnie nie przemówiły. Zdecydowanie wolę Howarda w tej jego kwiecistej prozie, bo wiersze wydały mi się jakieś takie nieco niegramotne.
Dwa, to sposób wydania tego zbiorku. Niby to właśnie takie jest założenie, że poznajemy prozę Howarda w stanie niemal surowym, może trochę nieoszlifowaną, ale jak najbliższą woli autora. I z jednej strony to jest fajne, z drugiej jednak nie sądzę, żeby była realna potrzeba dla zachowywania ewidentnych potknięć i dopisywania do nich [sic!], kiedy każda korekta przecież by to poprawiła. Jeśli w jednym zdaniu nagle Jack staje się Johnem, to przecież nie świadczy o żadnym autorskim zamyśle, tylko o tym, że się walnął. I gdyby sam miał okazję to przeczytać, najpewniej szybko by ten błąd poprawił. Do licha, nie napisałam dużo w życiu, ale też mi się zdarzały takie potknięcia. To nie jest coś, co należałoby hołubić – to zwykłe, drobne potknięcia.

Pomijając jednak te dwa zarzuty, Solomon Kane. Okrutne przygody to zbiorek, który powinien przeczytać każdy miłośnik Howarda i myślę, że znajdzie tu też wiele nieskrępowanej rozrywki fan Lovecrafta. Co do innych… cóż, domyślam się, że nie każdy łyka bez problemu styl Howarda. Przecież nawet do mnie nie od razu przemówił Conan. Ale na pewno warto spróbować.






Nawet z tej odległości Kane był w stanie dojrzeć, że rysy ma królewskie, choć barbarzyńskie, wyniosłe, władcze, a jednak zmysłowe, z odrobiną bezlitosnego okrucieństwa w wywinięciu jej pełnych, czerwonych warg. Kane poczuł, jak puls mu przyspiesza. Nie mógł to być nikt inny niż ta, której zbrodnie stały się niemal mityczne – Nakari z Negari, demoniczna królowa demonicznego miasta, której potworna żądza krwi wprawiała w drżenie połowę kontynentu.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...