czwartek, 5 maja 2016

Numer jeden: "1900: człowiek legenda"

(źródło)
Tak jak obiecywałam, wracam do pierwszej pozycji, która otwiera moją wiekopomną listę.
No więc dobrze. Spróbujmy teraz napisać coś sensownego, bez piszczenia z zachwytu i wykrzykiwania peanów na cześć Tima Rotha…
Nie będzie łatwo.

1900… to historia człowieka, który urodził się, wychował i żył na pokładzie parowca „Virginian”, kursującego między Europą a Ameryką. Tytułowy bohater, odkrywszy w sobie w dzieciństwie talent do fortepianu, zostaje pianistą w orkiestrze pokładowej – i tak spędza w zasadzie całe życie, dając rozrywkę tysiącom emigrantów, którzy wyruszyli w podróż w poszukiwaniu nowego, lepszego życia.
Prawdę mówiąc, to film stworzony jakby pod Fryy: raz, że główną rolę gra Tim Roth, którego absolutnie uwielbiam, odkąd zobaczyłam go w fantastycznym Zabić króla, a potem ani razu mnie nie zawiódł. Ale, jakby tego było mało, cały film polega na tym, że nic się nie dzieje: ot, Max Tooney (Pruitt Taylor Vince) chce sprzedać trąbkę, przy tej okazji opowiada o spotkanym na „Virginian” przyjacielu, potem idzie do portu, tam jeszcze trochę opowiada i tak to się kręci – jeśli chodzi o konstrukcję i nastrój, 1900… trochę przypomina mi Once upon a time in America, z wyjątkiem tego, że tutaj dzieje się jeszcze mniej. Bo u Leone przynajmniej od czasu do czasu było jakieś mordobicie albo ktoś gdzieś strzelił, a w filmie Giuseppe Tornatore mamy wyłącznie szlajanie się, rozmowy i wspominki. A jednak gdzieś w tle mamy to samo: nostalgię, poszukiwanie przyjaciela z dawnych lat, no i zmierzch pewnej epoki: czasu bujnego rozkwitu Stanów Zjednoczonych, kiedy każdy statek przywoził na wybrzeże Nowego Orleanu setki pełnych nadziei wygnańców Starego Świata. Ponadto, oba filmy łączy – oprócz klimatu – muzyka Ennio Morricone.
W ogóle gdybym miała mieć jakiekolwiek uwagi do 1900…, byłaby to właśnie muzyka: nie chodzi o to, że Morricone nie dał rady. Kaman, to Morricone, wiadomo, że będzie wspaniale! Chodzi o to, że spora część fabuły kręci się wokół jazzu – a to zdecydowanie nie są moje klimaty. Nigdy nie było mi po drodze z jazzem, toteż kiedy mamy jedną z – tak myślę – najważniejszych scen, pojedynek „1900” z „Jellym Rollem” Mortonem (Clarence Williams), wydaje mi się, że nie potrafię tego docenić jak należy. Owszem, widzę, że bohaterowie dużo i szybko popitalają po klawiaturze fortepianu, ale to mi nic nie mówi. Co więcej, kawałek, który ostatecznie przynosi zwycięstwo w pojedynku, jest dla mnie zupełnie nieciekawy. Tak, jest szybki – ale w życiu nie włączyłabym sobie czegoś takiego do posłuchania dla przyjemności. Myślę, że jak ktoś trochę bardziej siedzi w tych klimatach, doceni film znacznie mocniej.
Ale nawet pomimo tej mojej parszywej ignorancji w temacie muzycznym, 1900… nadal się broni: jako wspaniały film o przyjaźni, samotności i marzeniach. I lęku. Jeżu drogi, czy można pojechać bardziej froowo niż przyjaźń i lęk, o których opowiada Tim Roth?!

(źródło)
A Tim Roth robi to rewelacyjnie. Widać, że „1900” kocha fortepian i doskonale się czuje, występując co wieczór na scenie. Że to nie jest dla niego tylko granie, ale sposób postrzegania rzeczywistości – jego improwizacje są spersonalizowane; niepowtarzalne, bo zależne wyłącznie od chwili, od tego, kogo „1900” akurat zobaczył na widowni, co zwróciło jego uwagę, gdzie akurat przebywał myślami. Jednocześnie bohater ewidentnie potrzebuje czegoś więcej. On chce poznawać świat. Kiedy podejmuje decyzję o zejściu na ląd, moim zdaniem to nie jest wyłącznie kwestia tego, że zauroczyła go ta konkretna dziewczyna (Mélanie Thierry) – owszem, to stanowiło impuls. Ale myślę, że ta decyzja siedziała w „1900” już przedtem, dojrzewała. Mógł się oszukiwać, mógł ten moment odwlekać dzięki rozmowom telefonicznym na chybił-trafił, ale w końcu musiał nastąpić moment próby. Bo, choć każdego dnia towarzyszyły mu dziesiątki pasażerów i załoga, „1900” jednak był niesamowicie samotny. Żył w swoim świecie, który tak naprawdę był światem strasznie pustym, odkąd odumarł go przybrany ojciec, Danny Boodmann (Bill Nunn).
I tu jest jeden z tych motywów, które mocno do mnie trafiły: mimo tej samotności, mimo pragnienia poznawania świata, bohaterem rządził lęk. Paniczny strach przed ogromem przestrzeni, która otacza statek. Ten strach, swoją drogą, uzmysławia widzowi, że rzeczywistość, w której się poruszamy, jest faktycznie zatrważająco wielka i pokręcona. Tysiące ulic, tysiące domów, lawirujemy w tym jak w gigantycznym labiryncie. Jest w tym coś przytłaczającego, nawet jeśli nie dostrzegamy tego na co dzień, przyzwyczajeni do poruszania się w tych rzędach wielkości.

(źródło)
Internety mówią mi, że jest to ekranizacja monodramu Alessandra Baricco Novecento – nie wykluczam, że ten utwór jest równie rewelacyjny, choć przyznam, że obecnie nie potrafię sobie wyobrazić tej historii bez Tima Rotha. Nie po raz pierwszy doskonale odnalazł się w roli człowieka żyjącego w swojej dziwnej rzeczywistości, odstającej nieco od normy. Nie po raz pierwszy Tim Roth gra postać zagubioną, usiłującą udawać przed wszystkimi – i przed samym sobą – że ma wszystko pod kontrolą. I nie, nie piję tu tylko do Zabić króla! Choć to też, no ale przepraszam, trudno mi nie wracać ciągle do Rothowego Cromwella, bo był to Cromwell przeepicki. Ale, dla przyzwoitości, wspomnę jeszcze choćby Rosenkrantz i Guildenstern nie żyją. Po prostu facet jest doskonały jako „1900”.

Nie umiem wiele powiedzieć o tym filmie. Bo i nie dzieje się w nim dużo, a całość gra głównie na emocjach. Ale gra świetnie – 1900… to po trosze tragiczna, wzruszająca opowieść, a po trosze sympatyczna historia przyjaźni „cudownego dziecka” i Maxa. I nawet na zakończenie nie będę marudzić, bo ono wydaje mi się takie… właściwe. Podobnie jak właściwe wydawało mi się zakończenie From Hell: jakoś nie umiem sobie wyobrazić bohatera, który żyje długo i szczęśliwie. Bo to by w jakiś sposób wymuszało pytanie „co dalej?”, podczas gdy tego pytania nie ma sensu zadawać. Ten film to zamknięta opowieść, nic dalej nie ma, skończona piosenka. Nie zmienia to, oczywiście, faktu, że się podczas seansu mocno wzruszam, ale to są dobre emocje – bohater pozostaje wierny sobie, a nie strollowany, jak – nie przymierzając – załoga pewnego U-96…
Nie wiem, komu mogłabym ten film polecić. I w sumie chyba mnie to nie interesuje. Nie mam ochoty go polecać. Mam ochotę go pamiętać i przeżywać.




– I think land people waste a lot of time wondering why. Winter comes and can't wait for summer, summer comes and you never can wait for winter. That's why you never tire of traveling or chasing some place far away, where it's always summer. Doesn't sound like a good bet to me.

środa, 4 maja 2016

Numer dwa: "Adwokat diabła"

(źródło)
Skoro tak dziarsko zaczęłam oglądać filmy ze swojej magicznej listy, pomyślałam, że warto kontynuować ten obrządek – teraz już normalnie, po kolei. Jak wspominałam, lista jest alfabetyczna – toteż taki na przykład Adwokat diabła wylądował na niej stosunkowo wysoko. Był przed nim tak naprawdę jeszcze tylko jeden film, którego tytuł zaczyna się liczbą. Ale o nim napiszę nieco później, bo muszę się do tego bardziej ogarnąć, podczas gdy do Adwokata… właściwie nie mam żadnych wątpliwości.

Fabułę pewnie każdy zna. Bo zresztą prawdopodobnie jestem jedyną osobą we wszechświecie, która do tej pory nie widziała tego filmu. Napiszę więc tylko tyle, że pomysł i realizacja są świetne i – jak przypuszczam – ponadczasowe. Widz prawdziwie wsiąka w to zdegenerowane, prawnicze środowisko, wraz z bohaterem zastanawia się nad etyczną stroną poszczególnych czynów i właściwie ani przez moment nie rozważa, ile w tym wszystkim jest prawdy, a ile mitologizowania branży. Czy rzeczywiście wszyscy prawnicy to takie świnie, które bez mrugnięcia wybronią każdego gwałciciela i mordercę? Cóż – pewnie nie. Ale podczas seansu takie pytanie w ogóle nie zaświtało mi w głowie. Przyjmowałam wszystko, co zechciał widzom pokazać Taylor Hackford. A i teraz, kiedy o tym myślę, to przecież w Adwokacie… tak naprawdę nie ma uogólnień, które ogarniałyby całą branżę – i to może dlatego film tak świetnie się broni. Wyraźnie jest pokazany tylko ten najbardziej popsuty wycinek prawniczego światka, którego popsucie zresztą jest solidnie uzasadnione obecnością diabła. A pokazanie tego, jak Kevin (Keanu Reeves) stopniowo pogrąża się w tym małym piekiełku, wyszło fantastycznie. Widać, jak ten proces postępuje, ale jednocześnie nie da się wskazać konkretnego momentu, w którym bohater z dobrego faceta przeobraża się w zimnego sukinsyna. Jest tylko coraz więcej usprawiedliwień, a potem okazuje się, że jest już za późno.

W ogóle mimo całego mojego… no, dość neutralnego stosunku do Keanu Reevesa (no wiecie, lubię go o tyle, o ile można lubić kłodę), muszę przyznać, że Kevin w jego wykonaniu to świetna i przekonująca postać, która w dodatku wzbudziła moją szczerą sympatię. Wydaje mi się, że go rozumiem – to, że Nowy Jork to dla niego wielka szansa, której nie chce wypuścić z rąk. To, że skoro już się załapał, to usiłuje wycisnąć z siebie 200% normy, żeby Milton nie uznał zatrudnienia go za błąd. Wreszcie to, jak sam się gubi w tym wszystkim, taki trochę Kevin sam w Nowym Jorku (badum tss) – im bardziej sytuacja go przerasta, tym bardziej jemu zależy. I tę ambicję też rozumiem. W żadnym momencie nie mogę nazwać bohatera złym gościem.
(źródło)
Oczywiście, bezwzględnie sympatię budzi John Milton (Al Pacino). I to nie tylko dlatego, że nazywa się John Milton, choć dla mnie by to wystarczyło… Nie, on jest po prostu świetny, nawet jeśli wiemy, kto to taki. Może nakłaniać do złego, prowadzić ciemne interesy na czterech kontynentach, może zabijać, ale i tak będziemy go lubić, bo jest kurde zwyczajnie czarujący. Niestety, tylko do pewnego momentu – ale o tym za chwilę.
Na tle tych dwóch tak świetnych postaci, niemożliwie irytowała mnie Mary Ann (Charlize Theron). To jedna z tych bohaterek, które najpierw mówią ochoczo „tak, zróbmy to!”, a potem mają pretensje do garbatego, że do ściany nie pasuje. Serio. No bo tak: przecież to ona jarała się Nowym Jorkiem i wielką chałupą, to ona chciała mieć dużo kasy na wychowanie dziecka i ogólnie fajne życie. Kevin na samym początku zapytał, czy Mary Ann tego chce – tak, chciała. Bardzo. A tu kilka scen dalej bohaterka robi małżonkowi jakieś karczemne awantury, że się nudzi, że Nowy Jork nie jest taki fajny, że OLABOGA! musi sama urządzić ośmiopokojowe mieszkanie (rrrwa, dajcie mi taką chałupę, jakoś zniosę ponury obowiązek dobrania tapet do każdego pokoju!), że na imprezie zostawił ją samą. Matko z córką, też bym ją zostawiła – przecież ta kobieta ma siłę woli kłębka kurzu. Mówią jej: „obetnij włosy”, ona obcina. Mówią „zmień kolor ścian”, ona zmienia. Rozumiem chęć dopasowania się do otoczenia, które jej zaimponowało – ale bez przesady! Jakiekolwiek własne myśli? Cokolwiek…? Nie? Tak myślałam… Przecież gdyby miała własne myśli, nie daj Jeżusiu jeszcze by sobie kurde znalazła hobby. Albo jakąś przyjemną prackę na pół etatu. Ale nie-ee, po co, skoro można leżeć na kanapie i jęczeć, jakie to życie straszne.
Serio, co – poza niezłym ciałem – widział w niej Kevin?
Oczywiście, później robi się jeszcze śmieszniej, jak Mary Ann wyjeżdża z niemożnością urodzenia dziecka – znów: wiadomo, najlepiej się w takiej sytuacji rozpłakać i… i nie wiem, i tyle. Tu akurat oboje się popisali. Chyba po prostu jednak nie chcieli żadnych dzieci, bo inaczej przecież zaczęliby myśleć o alternatywach, nie? Próbach leczenia (mieli w cholerę kasy, stać by ich było na każde leczenie), a jeśli przypadłość była nieuleczalna (nie znam się… z drugiej strony, podejrzewam, że oni też nie na tyle, żeby się nie upewnić u innych lekarzy), to chociażby rozważyć opcję adopcji. Podtrzymuję więc: wcale nie chcieli dzieci, a choroba była doskonałym pretekstem, żeby w ogóle przestać o tym myśleć. Nie wierzę, że przy odrobinie zaangażowania w temat odpuściliby tak szybko.

(źródło)
Aha, ale muszę tu jeszcze nadmienić – skoro już zaczęłam o bohaterach – że miałam pewien zaciesz z zobaczenia w roli oskarżonego o morderstwo Alexandra Craiga T. Nelsona, którego pamiętam jako komendanta z Bez pardonu. Ot, w końcu opowiedział się po właściwej stronie prawa, hy hy. Inną znajomą twarzą był Jeffrey Jones jako Eddie, chociaż coś mi podpowiadało, jak sprawy się dla niego skończą.

A teraz to, do czego miałam wrócić, czyli moment, w którym John Milton przestał być fajny i moment, który w ogóle najchętniej bym z tego filmu wycięła: jest taka scena, w której Kevin wychodzi ze szpitala, a pod filarem stoi Pam (Debra Monk) i mówi bohaterowi, że Milton na niego czeka. Potem mamy szerokie ujęcie nowojorskiej ulicy, zupełnie pustej, a Kevin zaczyna iść.
I dla mnie tu właśnie Adwokat diabła powinien się skończyć. Nastrojowo, z niepokojem w głowie, z przesłaniem. Ale nie – bo postanowiono wcisnąć jeszcze jakieś brednie o antychryście, o rządzeniu światem, monolog o Bogu, który bym przewinęła, gdyby tylko nie wygłaszał go Pacino… Ale tam już nawet Pacino zaczął słabować, to jest najgorsze. Z czarującego Złego stał się zupełnie kiczowatym diabłem, jeszcze z tymi beznadziejnymi płomieniami w tle. Naprawdę, brakowało tylko, żeby mu rogi wyrosły. Całe te pierdolety o płodzeniu syna kompletnie nic nie wniosły do wcześniejszej fabuły. Były doklejone i rażąco badziewne w porównaniu z całym filmem, tak cudnie nastrojowym. A potem jeszcze – jakby za mało kiczu było w tym zakończeniu – dorzucili jakiś epilog rodem z Dnia świstaka, przy którym ja się zawiesiłam: skoro istniała opcja cofnięcia się do tamtego dnia i spróbowania od nowa, to czemu diabeł miał taki ból zadka z powodu tej porażki z płodzeniem antychrysta?
Finał filmu był głupi, głupi niemożebnie i tym głupszy, że kontrastował z całą resztą. Fuj. Wypieram, że w ogóle to tam było. W mojej – skróconej – wersji Adwokat diabła jest o tym, że cały ten „diabeł” może i był taki prawdziwy, z piekła, a może jednak chodziło tylko o takiego diabła, którego każdy człowiek może sam wyhodować w sobie – o to, że to ludzie, z użyciem ich wolnej woli, są w stanie robić najgorsze rzeczy dla pieniędzy. O tym wreszcie, że zawód adwokata to ciągłe lawirowanie między ratowaniem niewinnych a zawalaniem im świata, bo to co dla Kevina czy pozostałych bohaterów było zaledwie „sprawą”, dla innych było przecież całym życiem. No i o próżności – oczywiście, o próżności i pysze.
I tej mojej wersji będę się trzymać. Bo z finału jedyny fajny element to cytat z Raju utraconego.



– So... have we been treating you well?
– Very well, thank you.
– And your wife? She had a good time?
– She sure has, it's been great. The whole thing's been great.

– That's our secret. Kill you with kindness.

poniedziałek, 2 maja 2016

"Das Boot" albo kryzys światopoglądowy

(źródło)
Nie wiem, czy wspominałam już o tym na blogu – jeśli nie, to chyba czas najwyższy. No więc: nie lubię Niemców. Składa się na to kilka zupełnie banalnych powodów, a nasze wzajemne relacje na przestrzeni wieków są tylko jednym z nich. Oczywiście, nie chodzi o to, że jak widzę Niemca, to życzę mu jak najgorzej i rzucam w jego samochód zgniłymi jajami. Po prostu nie jara mnie niemiecki humor, niemiecka kuchnia, niemiecka muzyka, a po licealnych wymianach z niemieckimi szkołami – także niemiecka higiena… Do tego właśnie należy dorzucić polsko-niemiecką historię i mamy uprzedzenie jak malowanie. Na swoją obronę muszę nadmienić, że raz: mam pełną świadomość tego, że to zupełnie głupie i w razie czego jestem chętna i otwarta na wyprowadzanie mnie z błędu. Dwa: ileś przykładów, które zaprzeczają tym wcześniejszym deklaracjom, już zgromadziłam i bardzo mnie one cieszą. Prawda jest taka, że to moje nielubienie Niemców objawia się chyba tylko w tym, że jeśli w grze mam do wyboru prowadzenie Niemców albo jakiejkolwiek innej nacji, wybiorę jakąkolwiek inną nację… A w World of Tanks namawiam Ulva, żeby jeździł czołgami amerykańskimi albo rosyjskimi, ale nie niemieckimi. Myślę, że społeczeństwo może jakoś żyć z tym moim paskudnym uprzedzeniem.

Ten przydługi wstęp był mi tu potrzebny do uświadomienia wszystkim, że kiedy zaczynałam oglądać Das Boot, naprawdę nie miałam jakichś wielkich oczekiwań. No bo po pierwsze: Niemcy. Po drugie: okręt podwodny. Tutaj wchodzi mój drugi problem: nie jestem jakąś fanką filmów o okrętach podwodnych. I to jest oczywiście znów mój zupełnie prywatny problem, a nie że coś jest nie tak z filmami – po prostu dla mnie są zbyt klaustrofobiczne, ja się fizycznie męczę oglądając je. Nawet jeśli same w sobie są naprawdę świetne, jak choćby nasz doskonały Orzeł.
Dlaczego więc w ogóle zaczęłam oglądać Das Boot z 1981 r. w reżyserii Wolfganga Petersena? Cóż, przede wszystkim pewnie „bo Ulv”. W drugiej kolejności – był w całości na jujubie i natknęłam się na niego w tym samym czasie co na Aguirre…. W trzeciej kolejności: muzyka Klausa Doldingera. Co to dużo gadać, główny muzyczny motyw filmu miażdży system i można go słuchać w kółko.

Oczywiście, spełniły się moje obawy: film jest okropnie klaustrofobiczny. W dodatku trwa ponad trzy godziny, więc nie było szansy, że prędko się od tej atmosfery uwolnię. Jest duszne, śmierdzące powietrze, słabe oświetlenie i stupięćdziesięciometrowa warstwa oceanu między bohaterami a czystym niebem.

(źródło)
Pod pewnymi względami Das Boot przypomina mi – skądinąd bardzo przeze mnie lubiany – Jarhead albo Generation Kill: oto mamy grupę żołnierzy którzy myślą, że czeka ich sława i chwała, akcja, że będą bohaterami. A tymczasem okazuje się, że zabawa w wojnę to w dużej mierze ciągłe oczekiwanie w nieznośnym napięciu, zmaganie się z zupełnie niebohaterskimi chorobami, wsuwanie parszywego jedzenia – a perspektywa jakiejkolwiek akcji staje się coraz bardziej odległa.
To bardzo podstępny film. Zupełnie niepostrzeżenie sprawia, że oglądam i kibicuję tym cholernym Niemcom, którzy na pokładzie U-96 przemierzają Atlantyk. Bo prawda jest taka, że Das Boot z łatwością przekonuje widza do bohaterów – każe zapomnieć, jakiej są narodowości i po której stronie barykady stoją, a zwraca uwagę na to, że wszak oni wszyscy też są ludźmi. Mają swoje marzenia, mniejsze i większe problemy, poglądy. Nie podążają fanatycznie za Hitlerem, a jeśli nawet są jego zwolennikami, to przecież nie dlatego, że są źli, tylko po prostu są zmanipulowanymi dzieciakami. Ci, którzy przeżyli już nieco więcej, podchodzą dość krytycznie do całej tej wojny i jej dowódców: kapitan Lehmann-Willenbrock (w tej roli doskonały Jürgen Prochnow) czy jego stary przyjaciel, kapitan Philipp Thomsen (Otto Sander – pojawia się na ekranie dość krótko, ale i tak zaskarbił sobie Froowe serduszko), choć są oficerami odznaczonymi Kryżem Rycerskim, wyraźnie się dystansują od całej sytuacji. Zresztą, skoro już o bohaterach wspomniałam, to od razu dodam, że absolutnie uwielbiam mechanika Johanna (Erwin Leder) oraz drugiego oficera (Martin Semmelrogge). Ten ostatni ujął mnie niepohamowanym optymizmem i podśmiechujkami z korespondenta Wernera (Herbert Grönemeyer). Mechanik zaś – poza oczywistością, czyli faktem, że był mechanikiem – jest w moich oczach być może najbardziej bohaterski ze wszystkich postaci w filmie, bo przezwyciężył kryzys, który mógł go zaprowadzić przed sąd wojenny.
Postacie w filmie w ogóle są bardzo różnorodne, a każda z nich w jakiś sposób dokonuje heroicznych czynów i jest bohaterem. Choć właściwie oni tylko robią swoje. Ale dzięki temu, jak zostali przedstawieni, jacy to są ludzie, widz śledzi ich losy i trzyma kciuki za to, żeby udało im się zestrzelić konwój albo żeby bezpiecznie przemknęli przez Gibraltar. Bo przecież każdy z nich to w gruncie rzeczy dobry facet, który robi swoje.

(źródło)
Jednocześnie nie wyczułam w filmie ani żadnego gloryfikowania nazistowskich Niemiec, ani nachalnego moralizatorstwa w drugą stronę. Jest tylko dramat ludzi uwikłanych w coś, co ich przerasta, za czym nawet nie próbują nadążyć, bo przecież i tak nie do nich należą decyzje.

Jest tak naprawdę jeden powód, dla którego wiem, że nigdy więcej nie obejrzę Das Boot: zakończenie. Będzie duży spoiler, ale kij tam – to film z 1981 roku, kto miał go obejrzeć, to na pewno już obejrzał. Zakończenie mnie po prostu wkurzyło: nie chodzi tylko o to, że nie było happy endu. Potrafię się z tym pogodzić. Problemem jest to, jak go nie było. Bo gdyby wszyscy zginęli tak po prostu, zatopieni czy coś takiego, to jeszcze bym jakoś przełknęła. Nie cierpię natomiast takiego trollowania widza, że już-już bohaterowie witają się z gąską, już są praktycznie w domu, radośni obywatele machają im chorągiewkami, a tu nagle jebut – wszyscy giną. No po prostu nie. Był taki odcinek M.A.S.H.-a, gdzie Henry w końcu miał wrócić do domu. I było pożegnanie, wsiadł do śmigłowca, wszystko było cacy, już prawie lecą napisy końcowe – a w ostatniej z ostatnich scen na salę operacyjną wpada Radar i mówi, że helikopter, którym leciał Henry, został zestrzelony. I zapada kurtyna. Kiedy to obejrzałam, byłam autentycznie wściekła i gdybym mogła, to bym chyba po prostu cofnęła się do momentu sprzed tej sceny i nigdy jej nie obejrzała. W Das Boot jest analogiczna sytuacja: żałuję, że obejrzałam ten film do końca.

Muszę jednak przyznać, że to kawał bardzo porządnego kina, świetnie zagranego, z rewelacyjnymi zdjęciami, odpowiednio podkręconym klimatem, doskonałą muzyką – prawdę mówiąc, nie mam pojęcia, czego miałabym się tu przyczepić. Das Boot z powodzeniem ociera się o doskonałość – nie wiem, jaka w tym zasługa reżysera czy obsady, a jaka książki, na której film jest oparty, ale jakoś mnie to nie nurtuje zanadto. Tymczasem wyczytałam dziś, że szykuje się remake tego tytułu – i w ciemno mogę powiedzieć jedno: będzie gorsze. Bo lepiej to się chyba nie da.




– Herr Kaleun, i wollt mich entschuldigen.
– Da gibt’s nichts zu entschuldigen. Sie haben in einer kritischen Situation Ihre Gefechtsstation verlassen. Außerdem haben Sie sich meinem Befehl widersetzt.
– Komm’ i vors Kriegsgericht?
– Ihre wievielte Feindfahrt ist das?
– Die neunte.
– Ausgerechnet Sie, Johann.
– Mir ist das noch nie passiert, Herr Kaleun. Irgendwie ist mir die Sicherung durchgangen… die Nerven. Es wird nicht wieder vorkommen, Herr Kaleun. Sie können sich auf mich verlassen. I schwör’s.
– Ist schon gut, Johann.
– Kein Kriegsgericht?

– Ab in die Falle.

niedziela, 1 maja 2016

Aguirre - bardzo ślamazarny Gniew Boży

(źródło)
Dawno, dawno temu miałam taką listę – przez jakiś czas wisiała nawet tu na blogu. Lista filmów do obejrzenia i książek do przeczytania. Ponieważ z upływem czasu lista ta – zamiast się skracać – przybierała na długości, koniec końców uznałam, że nie ma sensu jej trzymać. Ale to nie tak, że całkowicie ją usunęłam i zapomniałam. Po prostu jej nie upubliczniam. Dziś mogę zdradzić, że w kategorii „filmy” trzecią pozycją (lista leci alfabetycznie tytułami) jest Aguirre, gniew boży, produkcja z 1972 r., w reżyserii Wernera Herzoga. I wreszcie mogę ten punkt odhaczyć – choć przyznaję, że na film trafiłam zupełnym przypadkiem: przeglądałam sobie YouTube i jakoś tak na mnie wyskoczyło. I pomyślałam „hej, miałam to obejrzeć przecież!”. No i obejrzałam.

Właściwie nie wiedziałam, czego się spodziewać. Nie mam zbyt bogatych wspomnień związanych z Herzogiem – widziałam kiedyś, może nawet ze dwa razy, Nosferatu wampir i to w sumie tyle. Pamiętam, że mi się podobało, ale bez szczegółów (muszę sobie odświeżyć ten tytuł, swoją drogą). Myślałam sobie tylko, że skoro w tytule mamy „der Zorn Gottes”, to będzie coś z przytupem, tytułowy Aguirre (Klaus Kinski) będzie siekał na prawo i lewo i tak dalej.
Kiedy zaczęłam oglądać i nic takiego nie miało miejsca, pomyślałam, że może będzie trochę jak w Apocalypto: pół filmu po prostu idą przez dżunglę, a ta „gniewna” będzie druga połowa.
A potem się okazało, że wcale nie.
I oczywiście, choć z jednej strony byłam tym wszystkim mocno zaskoczona, to z drugiej jakoś specjalnie nie żałowałam takiego a nie innego ujęcia tematu: Aguirre, gniew boży to opowieść o losach grupy konkwistadorów, którzy pod koniec 1560 r. odłączają się od wyprawy Pizarra i pod przewodem Pedra de Ursua (Ruy Guerra) ruszają w poszukiwaniu złotego królestwa El Dorado. Wkrótce jednak Ursua pada ofiarą buntu sprowokowanego przez Aguirrę – ekspedycja wypowiada posłuszeństwo królowi Hiszpanii, obiera własnego monarchę i kontynuuje wyprawę, bardziej lub mniej świadomie manipulowana przez tytułowego bohatera.
I właściwie to tyle, jeśli chodzi o fabułę.

(źródło)
Aguirre, gniew boży kojarzy mi się przede wszystkim z Apocalypse Now. Choć mamy do czynienia z innym czasem i miejscem, a także zupełnie inną historią, trudno nie dostrzec podobieństwa. I zresztą Coppola wcale nie ukrywa, że się mocno inspirował. Wyobraźcie sobie Czas Apokalipsy odarty z wątku wojennego, z poszukiwania Kurtza, oczyszczony z większości spotkań po drodze. Zostanie Wam tylko ciężki klimat, wilgotne powietrze, którym ciężko oddychać, nieprzyjazna dżungla i przyczajony gdzieś wróg – wróg, którego nie można pochwycić czy pokonać w inny sposób, bo to on, a nie bohaterowie, jest „u siebie”. No i to mniej-więcej będzie Aguirre, gniew boży.
Ten film to przede wszystkim klimat: ciężki, coraz cięższy wraz z upływem czasu. Szaleństwo opada na bohaterów powoli, ale nieubłaganie. El Dorado ma być tuż-tuż, ale jakoś ciągle go nie widać. Nie ma jednak szansy, żeby bohaterowie po prostu zawrócili: raz, że buntem spalili za sobą pewien dość solidny most. Dwa, że bez względu na wszystko, prowadzi ich żądza złota. Chciałoby się powiedzieć: Thorinie, patrz jak się to robi. I ty, Peterze Jacksonie. Pokazanie złotej trąbki, w której tonie bohater, nie jest do niczego potrzebne. Aguirre… w fantastyczny sposób mówi o zgubnej chciwości i o szaleństwie. Właściwie bez słów, bo wszak bohaterowie nie prowadzą żadnych szczególnie głębokich rozmów. Ot, wymieniają od czasu do czasu uwagi na temat bieżącej sytuacji, dzielą się nadziejami, jakie każdy z nich wiąże z El Dorado. Koronowany szlachcic prędko upaja się nową władzą, która – nawet jeśli w gruncie rzeczy urojona, pozbawiona realnego znaczenia, gdyby doszło do konfrontacji z legalnymi władcami Kastylii i Hiszpanii w ogóle – pozwala mu uwierzyć, że jest kimś więcej niż zwykłym człowiekiem.
Widać tu zresztą pewne podobieństwo między Aguirre a Fernando de Guzmanem (Peter Berling): obaj zapadają na wyraźną manię wielkości. Przy czym szlachcic poprzestaje na pragnieniu bycia władcą znanego sobie świata, wyraźnie lubi pławić się w dobrach doczesnych, lubi zjeść i wypić, lubi luksus. Aguirre idzie dalej: nazywa siebie gniewem bożym. Mianuje siebie panem życia i śmierci. To wzbiera w nim stopniowo, ale nieuchronnie. Z czasem, kiedy inni mają coraz mniej sił, on zdaje się mieć ich coraz więcej. Szaleństwo daje mu siłę, której brakuje pozostałym członkom wyprawy. Siłę, która jednak nie jest w stanie zagwarantować zwycięstwa.
(źródło)
Nie wyobrażam sobie, żeby Aguirrę zagrał ktoś inny niż Klaus Kinski. Jest w tej roli po prostu fantastyczny. Początkowo może się wydawać, że to taki trochę Grima: co prawda cwany i dość inteligentny, ale szpetny i nikczemny doradca. Z czasem jednak okazuje się, że Grima to przy Aguirre miękka faja. No i jeszcze ta cała niesamowita fizyczność Aguirre: furia wymalowana na twarzy, nieco skrzywiony chód, jakby zwisające luźno ramię – widz się zastanawia, czy bohater ma jakiś niedowład? Co mogło mu się stać? Co skrywa jego przeszłość? Nigdy nie poznamy o tym choćby wzmianki. I to też jest świetne: filmu nie interesuje przeszłość. Koncentruje się na samej wyprawie, na pogrążaniu się w szaleństwie bohaterów, na nieuchronnej zgubie, ku której wszyscy zmierzają. Nie ma rozmemłania, nie ma ekspozycji.

Tu muszę jeszcze dodać, że bardzo ciekawą postać stworzył Del Negro. Jego Gaspar de Carvajal, duchowny, jest z jednej strony duchowym wsparciem dla pozostałych członków wyprawy, z drugiej jednak widać, że on także poddaje się żądzy złota. Kiedy trzeba wesprzeć knowania Aguirre, de Carvajal zrobi to, choć będzie twierdził, że z żalem i że skazywanie na śmierć nie przychodzi mu łatwo. A może rzeczywiście mu nie przychodzi? Znów: to wszystko pozostaje w sferze domysłów.

Spodziewałam się, że coś więcej wyniknie z obecności córki Aguirre, Flores (Cecilia Rivera). Ten element jednak jakoś mnie rozczarował: właściwie jej rola polegała wyłącznie na byciu. O ile Inez (Helena Rojo) miała jakąś wyraźną funkcję, o tyle film w zasadzie zupełnie dobrze by się obszedł bez Flores. No dobrze, może przydała się nieco w finałowej scenie. Ale czy to naprawdę dla tej jednej sceny dziewczyna wlokła się z nami przez cały ten czas…? Trochę dziwnie.

Seans uważam za bardzo, bardzo udany. W dodatku świetna muzyka, choć oszczędna, doskonale pogłębia przedstawiony przez film klimat. Domyślam się, że całość może być przez kogoś uznana za nudną. Sęk w tym, że trafia w dokładnie te rzeczy, których szukam w tekstach kultury. Może nawet powinnam trochę bardzie przytulić się do twórczości Herzoga, jeśli inne jego filmy miałyby mieć podobne walory. Zobaczymy.
Przy okazji: sporo bardzo ciekawych anegdotek można znaleźć tutaj.





– “Thou lettest man flow on like a river, and Thy years know no end. As for man, his days are like grass as a flower on the field, so he blossoms. For the wind passeth over it, and it is gone, and the place thereof shall know it no more.” You know, my child, for the good of our Lord, the Church was always on the side of the strong.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...