niedziela, 17 kwietnia 2016

"Człowiek ze stali", czyli jednak metalurgia nie jest moją pasją

(źródło)
No dobra, przyznaję: nigdy nie byłam jakąś wielką fanką Supermana. Znałam go głównie z serialu z lat dziewięćdziesiątych, gdzie w rolę Lois Lane wcieliła się Teri Hatcher. Pamiętam, że było dość cukierkowo, a Superman nie miał loczka. Gdzieś w międzyczasie łyknęłam też filmy pełnometrażowe z Christopherem Reeve, z których pamiętam głównie motyw cofania czasu za pomocą bardzo szybkiego kręcenia się wokół Ziemi (minęły lata, a ja wciąż nie rozumiem, jak to miało działać). Mój problem z tym bohaterem polega chyba na tym, że Superman zawsze był dość… no… nudny. Posągowy, idealny, klasyczny Gary Stu. Zero wątpliwości: ot, piękny, umięśniony, silny, z laserem w oczach i tak dalej. Mattel ma Kena, DC Comics – Supermana.
Człowiek ze stali z 2013 r. w reżyserii Zacka Snydera mógł to zmienić, ale nie mogę powiedzieć, żebym jakoś z niecierpliwością wyczekiwała tego filmu – najlepszy dowód: obejrzałam dopiero teraz, myśląc, że warto by było nadrobić zaległość, bo a nuż przydarzy mi się, że obejrzę Batman v Superman.

Właściwie nie wiem, od czego zacząć listę wątów, które mam do tej produkcji. Może od tytułowego bohatera więc: Kal-El (Henry Cavill) bardzo mnie rozczarował. Miał być innym Supermanem, ludzkim, rozdartym między lojalnością wobec dwóch światów. Tak przynajmniej myślałam, po zapoznaniu się z opisem i jakimiś recenzjami w internetach. Tymczasem dostajemy bohatera równie posągowego co we wszystkich dotychczasowych adaptacjach, pozbawionego jakiegokolwiek charakteru. To dość irytujące. Ten facet jest po prostu pusty, jest umięśnioną wydmuszką w pelerynie. Czy ma jakieś pragnienia, pasje, cokolwiek? Nie wiadomo. Niby poznajemy jego życie, zaglądamy do jego dzieciństwa w retrospekcjach, ale to nam kompletnie nic nie daje – oprócz, ma się rozumieć, fabularnej sieczki. Ja nawet lubię mieszanie czasów i zapoznawanie odbiorcy z bohaterem za pomocą retrospekcji, ale mam wrażenie, że w Człowieku ze stali to zostało zrobione jakoś na dziko, bez ładu i składu. Ot, stary Kal-El kogoś ratuje, potem Kal-El-dziecko kogoś ratuje, a potem młody Kal-El… no, nikogo nie ratuje, bo tata mu zabronił. Żeby oddać sprawiedliwość, dobra była ta scena, w której Clarke – jako chłopiec – boryka się z superzmysłami: dało się poczuć, że to mały dzieciak, który niczego nie rozumie i który ma wielki problem, za wielki jak na ten wiek. Tym większy, że przecież nikt nie potrafi go zrozumieć i mu pomóc. Fajnie to wyszło, serio. Szkoda, że to chyba była jedyna scena, w której widz miał okazję zobaczyć emocje Kal-Ela. Przez pozostały czas mamy głównie ciacho ze zmarszczonym czołem. Bo, rozumicie, zmarszczone czoło oznacza, że on rozterki wewnętrzne przeżywa. I że mu trudno. I to zmarszczone czoło ma chyba sprawić, że nowy Superman będzie inny, „prawdziwszy” od dotychczasowych Supermanów.

Kal-El (źródło)
No więc nie. To nie działa. Cavill może się marszczyć ile chce, ale jego bohater wciąż jest mdły i pusty, nie ma charakteru, nie ma emocji. Można by pytać: jak to nie ma, przecież jest wątek romansowy z Lois (Amy Adams), no i wszak te wszystkie wątpliwości w związku z losem Zoda (Michael Shannon) – no więc nie. Związek Supermana z Lois wyskakuje jak diabeł z pudełka, bez żadnych wcześniejszych podstaw. Nie ma między tym dwojgiem żadnej chemii. Mam wrażenie, że po prostu w jednej z końcowych scen reżyser kazał im się pocałować i tyle. I sami nie do końca wiedzą, dlaczego, no ale skoro kazał, to się całują. Podobne odczucia mam w związku z rozterkami wokół Zoda: one pojawiają się zupełnie nagle, znikąd, pod sam koniec. A przez to naprawdę trudno oczekiwać, żebym ja w nie uwierzyła i się nimi przejęła. Dramatyczny krzyk nie załatwia sprawy, jeśli nie wiem, na jakiej podstawie wezbrał w bohaterze. Trochę mi to wyglądało, jakby twórcy się pod koniec filmu pokumali, że ej, przecież Superman ma wątpliwości i tak naprawdę nikogo nie chce zabijać! Kurde, zapomniało się o tym – no dobra, to szyjemy, szyjemy szybko, żeby w finale się zgadzało.
…a skoro już przy zabijaniu jestem: jak na kogoś, kto ratuje ludzkość, to Kal-El zrównał z ziemią ładny kawał miasta. Myślicie, że nikt przy tym nie zginął…?
I w ogóle, jeśli już o tym ratowaniu ludzkości: KAMAN! Nie było żadnego ratowania ludzkości! Ludzkość żyła sobie spokojnie i żyłaby dalej, gdyby nie sam Kal-El. Wszak to on był celem, a nie ludzkość i Ziemia. To trochę jakbym podpaliła dom i dostała medal za to, że ugasiłam płomienie zanim zjarało się więcej niż dwa pokoje. No chyba coś tu jest nie halo? Ja wiem, że bohater doprowadził do tego wszystkiego nieumyślnie. Ale jednak proszę nie mydlić mi oczu, dobrze?
No i mamy też Clarke’a Kenta w okularach, który trafia do redakcji „Daily Planet”. I tu też mam ogromne zastrzeżenia. Pierwsze i najbardziej oczywiste: otóż naprawdę, okulary nie zmieniają człowieka nie do poznania. Możecie mi wierzyć. Noszę. Wyobraźcie sobie, kiedy je zdejmuję, otaczający mnie ludzie wciąż mnie poznają. I, żeby było zabawniej, tutaj akurat dużo, dużo lepiej był rozegrany czarno-biały film z 1951 r., Superman i Ludzie-Krety. Nie wspominałam o nim, bo w sumie oglądałam go stosunkowo niedawno dla zgrywy. Ale naprawdę: to był najbardziej wiarygodny Clarke Kent, jakiego widziałam. Bo nie poprzestawał na założeniu okularów – nie, on całkowicie się no… odciachowił. Był jakby niższy, przygarbiony, nieśmiały, całą postawą mówił „jestem innym człowiekiem”. Nie rozumiem, dlaczego późniejsi Supermanowie uznali, że sedno kamuflażu tkwi w okularach. W każdym razie Cavill nawet się nie starał, nawet nie próbował. A szkoda, bo skoro próbujemy opowiedzieć historię Supermana „na poważnie”, to wypadałoby tę kwestię też potraktować poważnie, a nie tak na odwal się. Po drugie, przyznam, że to była scena, w której się pogubiłam. Czy Lois rozpoznała Kal-Ela czy nie…? Nie rozumiem tego zakończenia po prostu. I nie jest to nierozumienie, które sprawia, że mam ochotę rozmyślać o filmie, które skłania do refleksji – nie, po prostu nie skumałam, zirytowałam się i mam to w nosie.

Generał Zod (źródło)
No i właśnie, Lois Lane – wspomniałam o niej tu i ówdzie, ale muszę poświęcić jej mały akapit: a konkretnie muszę wykrzyczeć, jak bardzo badziewna to bohaterka. Znów: myślałam, że film chce zrobić z niej coś fajnego. Że będzie twardą babeczką, bardziej partnerką w ratowaniu świata, a mniej damą w opresji. Ale nie. Jednak dama w opresji. W dodatku latająca po jakichś arktycznych górach w rozpuszczonych włosach. Wiecie, jestem odporna na różne bzduryzmy, ale na niektóre mam z kolei obniżoną tolerancję. Długie, rozpuszczone włosy bohaterek to jedna z takich rzeczy – o czym wspominałam chyba już przy okazji Black Widow w Avengersach. I pewnie przy wielu innych okazjach. Czy Amerykanie naprawdę mają taki problem z pojmowaniem idei warkocza?
Ale, ma się rozumieć, fryzura to tylko jakiś tam pomniejszy problem Lois. Głównie jednak chodzi o to, że babeczka jest głupią pindzią, która biega, macha rękami i krzyczy, a jeśli już coś robi, to albo facet musi pokazywać jej drogę, albo facet musi po niej poprawiać.

I w ten płynny sposób przechodzę do bohaterów, którzy z kolei mnie pozytywnie zaskoczyli: Jor-El (Russel Crowe) oraz generał Zod. Ojciec Kal-Ela tak naprawdę był mi dość obojętny do momentu, w którym pomógł Lois w ucieczce. To była naprawdę świetna scena, a Jor-El zdołał mnie w niej całkowicie kupić. Z kolei Zod był w całym filmie jedynym bohaterem, którego mogłam jakkolwiek próbować zrozumieć. Który miał wyraźny cel, wiedział, po co w ogóle coś robi. Czuło się w nim pasję. Tak, może miejscami był dość przerysowany, ale to prawdę mówiąc też mi się podobało – być może dlatego, że odrobina przerysowania stanowiła miłą odmianę od bezbarwności pozostałych postaci. Przez cały film, prawdę mówiąc, kibicowałam Zodowi. Sorry, Kal-El.

Rzeczą, na którą jeszcze chciałabym pomarudzić, są Dramatyczne Momenty. Skręcenie karku, ratowanie pieska, wyławianie autobusu i takie tam. Wszystkie te sceny, które miały być bardzo emocjonalne, w moim odczuciu zupełnie się nie sprawdziły z jednego prostego względu: drama była narzucona na siłę. Tymczasem wyraźnie było widać, że w każdej z tych scen dało się znaleźć dużo prostsze, choć mniej dramatyczne rozwiązanie: wyłowiony autobus miał z tyłu otwarte drzwi – uczniowie nie mogli wypłynąć? Pieska mógł ratować syn, a nie ojciec – nie musiałby żadnych mocy pokazywać, po prostu nie skręciłby kostki i uciekłby przed tornadem. Ludzie pod ścianą mogli uciec szesnaście razy, zanim laser z oczu Zoda by ich dosięgnął. I tak dalej… Oglądałam to i wciąż miałam przeczucie, że to naciągane, że ta drama jest zupełnie niepotrzebna. Że Kal-El to głupia cipa, bo kto normalny by się przejmował tym, że go zobaczą, kiedy chodzi o uratowanie życia ojca?

Człowiek ze stali jest w moim odczuciu filmem zupełnie nędznym. Z jednej strony próbuje pokazać historię Supermana inaczej, z drugiej jednak – poza władowaniem daremnej jatki i zmasakrowaniem pewnie tysięcy ludzi pod ruinami miasta – wpada w dokładnie tę samą pułapkę, co wcześniejsze adaptacje: bohater jest posągowy, bez wyrazu, trudno go polubić. Bah, trudno w ogóle poczuć do niego cokolwiek. Chłodna niechęć to chyba najwięcej, na co mnie stać.
Jeśli Batman v Superman będzie kontynuowało tę tendencję, to jakoś słabo to widzę. Tym bardziej, że jakoś wątpię, żeby Ben Affleck uratował sytuację.
Bueh.



– Our people can co-exist.
– So we can suffer through years of pain, trying to adapt like your son has?
– You're talking about genocide.

– Yes! And I'm arguing its merits with a ghost.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...