środa, 2 grudnia 2015

O wojnie secesyjnej inaczej: "Abraham Lincoln: łowca wampirów"




(źródło)

Nie mam pojęcia, przy jakiej okazji zaczął się mój Wielki Maraton Nadrabiania Zaległości. Chyba jakoś niedługo po premierze najnowszego Terminatora: chciałam go obejrzeć, ale nie za bardzo pamiętałam te stare części, więc uznałam, że najpierw machnę szybki maraton starych Terminatorów, a potem obejrzę najnowszego. Potem to samo zrobiłam z Sędzią Dreddem. I z Pamięcią Absolutną. I jakoś tak uznałam, że w sumie to fajny pomysł i zupełnie wsiąkłam w oglądanie klasyków fantastycznych – na tapecie byli już też Obcy i Predator, Robocop oraz Planeta Małp. Po tej ostatniej serii wzięłam się za tytuł może stosunkowo mało fantastyczny (chociaż…?), ale również będący niezaprzeczalnym klasykiem: Szczęki. Ale że im dalej w las tym gorzej, po seansie Szczęk 3 Ulv zaproponował, żebym dla odmiany obejrzała coś fajnego, przy czym się będę dobrze bawić. Jest kilka takich filmów, które w gruncie rzeczy też zawsze chciałam obejrzeć – to znaczy „zawsze”… w tym przypadku to by było tak od 2004 r. – bo wtedy właśnie do kin wszedł Van Helsing. Oczywiście do kina nie poszłam, ale zapoznałam się z tym tytułem właśnie w ramach leku po Szczękach.
Lek okazał się dramatycznie chybiony, bo film jest cienki jak dupa węża i nudny. Ale, skoro już weszłam na tor wampirycznego, niezobowiązującego kina, to siłą rozpędu obejrzałam Abrahama Lincolna: łowcę wampirów w reżyserii Timura Bekmambetova (również kinowe niespełnione marzenie).
No i tym razem wreszcie był strzał w dziesiątkę.

Po pierwsze: nawet się nie spodziewałam, że tak mi podpasuje obsada. Przede wszystkim niezmiernie ucieszył mnie widok Rufusa Sewella w roli Adama. Aktora lubię jakoś od Baśni tysiąca i jednej nocy, a sympatia ugruntowała się trzy lata później, podczas seansu Heleny Trojańskiej (penisowy film, swoją drogą, ale Agamemnon był na swój sposób fajny). Wracając do Lincolna: również dawał radę Henry (Dominic Cooper) – stworzył sympatycznego odmieńca… no i ok, ok, miał fajną stylówę i lubię go na tej zasadzie co Rackhama w Black Sails. Z tego miejsca, trochę poza tematem, wyrazy uznania dla Abrahama Lincolna… za kostiumy i charakteryzację. Nazwisko odtwórcy tytułowej roli, Benjamin Walker, właściwie nic mi nie mówiło – ale okazało się, że pan całkiem ładnie sobie daje radę: najpierw jako nieco naiwny młodzieniec, który niewiele rozumie ze świata, potem zaś jako starszy pan – w którym w gruncie rzeczy wciąż tkwi tamta naiwność, odwaga i idealizm. Bardzo fajna, sprawnie uszyta i ładnie wyidealizowana wariacja na temat historycznej postaci. Szczególnie przypadło mi do gustu też to, że Abraham miał siekierę: raz, że siekier nie widuje się często, a przecież mogą być bardzo widowiskowym narzędziem siekania przeciwników. Dwa, że fajnie to uzasadnili przeszłością bohatera. Trzy, że po prostu ładnie nią machał, no.

Po drugie: fabuła. Oczywiście, na pewno można się czepiać rozmaitych głupot i głupotek. Ale zupełnie nie zamierzam tego robić. Moim zdaniem, film bardzo fajnie połączył element wampiryczny z historią Stanów Zjednoczonych, wplatając problem niewolnictwa w wampirzo-ludzkie status quo. Może nawet chętnie zobaczyłabym trochę więcej tej historii z punktu widzenia południa, bo film pokazał raptem krótką migawkę z Jeffersonem Davisem i Adamem, która trochę rozbudziła moją ciekawość. Dodatkowo też podobał mi się plot twist – był bardzo w moim guście. No i, ma się rozumieć, zakończenie w barze także trafiło do Froowego serduszka.

Po trzecie: film jest najzwyczajniej w świecie ładny. Dynamiczny i efektowny, ma dużo chlapiącej krwi i fajnych kostiumów, a bohater, jak wspominałam, zgrabnie wywija siekierą. Może widz dostaje trochę za dużo slow motion i efektów dorzuconych pod 3D, ale zaczynam się do tego przyzwyczajać. 

Abraham Lincoln: łowca wampirów jest dokładnie takim filmem, jakim być powinien: może i niezbyt mądrym, niezbyt głębokim i sięgającym do dość banalnego przesłania, w dodatku łopatologicznie wyłożonego, ale nie o głębię tu przecież chodzi. To kawałek porządnego, rozrywkowego kina, opartego na ciekawym pomyśle, który został zgrabnie zrealizowany. W dodatku to jeden z tych filmów, przez które zazdroszczę Amerykanom. Bo jakoś czasem zdecydowanie wolę ich podejście do historii. Oni mają prezydenta pogromcę wampirów. A my? Krzyże. Niby na wampiry też działa, ale jednak to nie to.




- Vampire are just myths.
- Myths don't beat you senseless after you've put a bullet in their brain! 

niedziela, 29 listopada 2015

Warszawskie Targi Fantastyki. Misja: Autograf

(źródło)
To nie będzie relacja – to w ogóle nic nie będzie, po prostu rozstaję się powolutku z NaNoWriMo (wygrane, choć poległam z dwoma prywatnymi wyzwaniami i jestem wciąż daleko od skończenia tekstu), toteż uznałam, że mogę zacząć pisać jakieś wprawki na bloga, żeby w grudniu wystartować z pełnoprawnymi wpisami.
Okazja nadarza się akuratna, gdyż zupełnym przypadkiem dotarłam w sobotę na Warszawskie Targi Fantastyki. Naprawdę przypadkiem – w ogóle nie wiedziałam o istnieniu tej imprezy, dopóki Siem nie wrzuciła w moje internety informacji o tym, że 28 listopada od 13:00 można polować na autograf od Marcina Jamiołkowskiego. Tak się akurat składało, że w ten weekend byłam w Warszawie, więc pomyślałam: ej, czemu by nie spróbować? Potem uznałam, że jednak nie, bo o 13:00 miałam być gdzieś indziej, potem zauważyłam, że kaman, przecież te targi odbywają się rzut beretem od miejsca, gdzie rezydowałam, więc naprawdę niepójście byłoby żenujące… potem uznałam, że jednak po co mi to, skoro ten autograf… koniec końców jednak udało się inne sprawy ustawić o innej godzinie i podskoczyłam na targi jakoś przed południem.

Nie wiedziałam, czego się spodziewać – nie byłam nigdy na tego typu imprezie (może kiedyś na jakichś targach książki, ale przyznam, że nic z nich nie pamiętam). I, jeśli mam być szczera, teraz już wiem, że raczej nie będę próbowała zagłębić się w temat.
Jak łatwo się domyślić, w Galerii BABKA do wynajęcia chodziło głównie o handel. Dwa piętra były gęsto zastawione stoiskami – gdzieś w kącie była mała salka na spotkania autorskie i prelekcje, gdzieś był pieruńsko zatłoczony games room, a gdzieś jeszcze podobno była sala fantastycznych inicjatyw, ale przyznam szczerze, że nic o tym nie wiem, bo jej zwyczajnie nie znalazłam. To znaczy przypuszczam, że mijałam ją cztery razy, ale nie zwróciłam pewnie uwagi, bo tłum mi zasłaniał. Ale na ulotce mam napisane, że coś takiego jest. No.
Mając mocne ograniczenia czasowe, od razu przystąpiłam do zwiedzania stoisk.

Problem pierwszy: szatnia. Znaczy jej brak. Znaczy niby gdzieś była i fajnie, ale to pewnie tylko dla pierwszych klientów, bo takie maleństwo skitraszone za węgłem. Czyli człowiek musi łazić od stoiska do stoiska z płaszczem pod pachą. Albo po prostu go nie zdejmować, co na parterze nie byłoby jeszcze takie głupie, bo było chłodno, ale na piętrze była jednak sauna. No więc jednak pod pachą. Podpowiem, że kłopotliwe jest wtedy dokonywanie zakupów. A później się łazi z płaszczem pod pachą i siatami w rękach, co skutecznie zmniejsza komfort dalszego zapoznawania się z ofertą targów.
Problem drugi: nie no, tak naprawdę to nie problem – ot, refleksja taka moja… biżuteria hand made. Było naprawdę dużo świecidełek, oczywiście lwia część to rzeczy robione z części zegarków i tak dalej. Teoretycznie powinnam rzucać pieniędzmi na lewo i prawo, bo wszak to bardzo w moim guście. Tymczasem nic takiego nie nastąpiło. Owszem, niby ładnie to wyglądało, przy dwóch stoiskach wahałam się, czy na tyle ładnie, żebym chciała wydawać kasę, ale wystarczyło od takiego stoiska na chwilkę się oddalić, pomyśleć, by dojść do wniosku, że meh. Obawiam się, że Tryb mi niemoralnie podniósł wymagania i przestały mnie chyba bawić zębatki bez większego pomysłu zatopione w żywicy i otoczone łańcuszkiem. Choćby to był naprawdę ładny łańcuszek. Dodatkowym zniechęcaczem były, ma się rozumieć, ceny, no ale rękodzieło zawsze jest dość drogie. W każdym razie po raz kolejny się przekonuję, że niezależnie od tego, ile gdzieś jest sprzedawców, średnio znajdę coś do kupienia u dwóch, góra trzech. Żeby nie było, oczywiście dokonałam paru zakupów – głównie książki.
Problem trzeci… i znów – to wyłącznie moja bolączka, mam tego świadomość. Przypominam, że to pakiet moich bardzo prywatnych refleksji po imprezie (raczej jej kawałeczku), a nie ogólna ocena czy coś takiego. Jest tak bardzo subiektywnie, jak to tylko możliwe. No więc problem trzeci: nie jestem na bieżąco. Szukając gadżetów na suweniry, najzwyczajniej w świecie rozbiłam się o to, że zupełnie nie jara mnie to wszystko, czego było najwięcej: manga i anime, Marvel i DC, Sherlock, Doctor Who, Breaking Bad, Szczerbatek i Pony. No po prostu nie. Dało się tu i ówdzie wydłubać coś ze Star Warsów, Warhammera czy Fallouta, co umożliwiło mi zaopatrzenie się w suweniry-prezenty, za to nigdzie nie złowiłam niczego ze Star Treka. I jest mi trochę smutno, bo nawet głupiej przypinki na torbę z tych targów nie wyniosłam. Dziwi mnie to o tyle, że przecież to – razem z uniwersami Blizzarda i paroma innymi tytułami – są, zdawałoby się, klasyczne, żelazne marki, których obecność na imprezie zwanej Targami Fantastyki jest oczywista i obowiązkowa. A jednak nie. No więc ten: nie jestem na bieżąco, jak mówiłam.
Problem czwarty: wspomniałam o tym, że była też sala na spotkania i prelekcje. Ponieważ ze stoiskami ogarnęłam się w okolicach 12:30, a Marcin Jamiołkowski miał się zjawić dopiero o 13:00, postanowiłam pójść sobie na to, co akurat tam będzie. A było spotkanie autorskie z Mają Lidią Kossakowską. Ci, co mnie znają, wiedzą, że mam do twórczości tej autorki raczej ambiwalentny stosunek. Ale uznałam, że to nawet ciekawe: jak się słucha pisarza, którego się nie fangirluje. I w ogóle jaka jest pani Kossakowska na żywo. I nie narzekam: myślę, że wypadła bardzo sympatycznie, mówiła fajne rzeczy… no, pewnie byłyby dla mnie fajniejsze, gdybym była fanką, ale i tak właściwie nie miałabym powodów do czepiania się, gdyby nie… no… wszystko inne. Z jakiegoś powodu krzesełek było jak na lekarstwo, mimo że w sali zmieściłoby się jeszcze kilka rzędów. Wskutek tego, choć na spotkaniu nie zjawiły się jakieś dzikie miliony, i tak połowa ludzi stała. Nie wątpię, że prowadzącej spotkanie fajnie się rozmawiało z autorką, ale na ten przykład z mojego kawałka podłogi kompletnie nie było słychać pytań – ich treści domyślałam się piąte przez dziesiąte na podstawie odpowiedzi. Wydaje mi się, że w drugą stronę akustyka nie była lepsza, bo kiedy pod koniec spotkania padło z widowni poprzedzone podniesieniem ręki pytanie (wywołane przez prowadzącą hasłem typu „zaraz kończymy – są jeszcze jakieś pytania?”), autorka z prowadzącą podniosły się z kanapy i pożegnały. Jako że nie wierzę w celowość tego działania, przypuszczam, że nie słyszały – a osoba pytająca naprawdę nie mamrotała. Z całą pewnością nie pomagały w tym wszystkim otwarte drzwi, przez które do sali cały czas wdzierał się gwar z części targowej. Słowem: gość w porządku, ale strona organizacyjna jakaś niewydarzona.

Nie jest tak, że cała ta impreza była zła. Ludziom podobały się towary, przewijały się fajne cosplaye, games room był pełny, w ogóle nie wątpię, że wszyscy się świetnie bawili. Ja po prostu teraz już spróbowałam i wiem, że to nie jest event w moim typie. Za mało gadania, za dużo handlu, a towary nie za bardzo w moim guście. Wolę odwrotne proporcje i inne settingi.
Ale plus zasadniczy: wypełniłam misję. Zdobyłam autograf Marcina Jamiołkowskiego. Na świeżutko nabytym „Kellerze”. Zrobiłam też questa dodatkowego – autograf Dariusza Sypenia w jego – także nabytej na miejscu – „Dżungli”. Było mi głupio, że w ogóle nie kojarzyłam książki ani autora, ale to o kolonizacji Marsa, więc mam dobre przeczucia.

Za autografy serdecznie dziękuję, za swoje gapiostwo zaś – przepraszam. Tak to jest, jak się jest Frąą.

A wracając kupiłam bagnet. O.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...