piątek, 25 września 2015

Czasem warto ocenić książkę po okładce, czyli "Król Wron"

Autor: Szymon Krug
Tytuł: Król Wron
Ilustracje i opracowanie graficzne okładki: Iwo Widuliński (tak, to jest na tyle wyjątkowa sytuacja, że naprawdę tę informację chcę tu dorzucić!)
Miejsce i rok wydania: Sidra 2015
Wydawca: MadMoth Publishing

Tak. Przyznaję to bez wstydu: kupiłam tę książkę ze względu na okładkę. Urzekła mnie już na początku, kiedy pierwsze informacje o Królu Wron zaczęły krążyć po moich internetach. I przez pewien czas zachowywałam rozsądek – wiecie: nie no, Froo, nie kupuj książki ze względu na okładkę, masz co czytać, zalegasz z obiecanymi komciami, ogarnij się, kobieto.
A któregoś dnia po prostu raz jeszcze spojrzałam i „Kup” jakoś samo się kliknęło. A wiecie, co jest najzabawniejsze? Wszak i tak kupiłam ebooka! Więc okładka naprawdę nie ma w ostatecznym rozrachunku większego znaczenia. Nie przeczę, korci mnie nabycie papieru. Ale poczekam – na wydanie drugie, poprawione. Wtedy – bez mrugnięcia okiem! Bo chcę to mieć na półce. Ale nie tak. Nie chcę zadowalać się półśrodkiem.
Dlaczego półśrodkiem?
No dobrze, to może po prostu od tego zacznę.

Redakcja i korekta (szczególnie korekta). A raczej jej brak.
Wbrew pozorom, nie jest aż tak źle – to znaczy ujmę to w ten sposób: widziałam wiele powieści, gdzie korektor był w stopce wymieniony z nazwiska, a gołym okiem dawało się dostrzec, że winien w niej znaleźć się co najwyżej Microsoft Word. A i to nie zawsze. Orty, interpunkcyjne byki, literówki – to naprawdę nie jest już nic zaskakującego w publikacjach dostępnych na rynku. Wydawniczy debiut MadMoth nie prezentuje się najgorzej – niemniej jednak ten brak korekty boli. Boli tym bardziej, że książka jest świetna i w taki głupi sposób traci u mnie punkty. Zbiły mnie już na samym początku cale i stopy, nie grało mi, że wykształcony redaktor ma nie znać istoty zwanej Żarptakiem, dało mi po oczach słowo „buzia” w kontekście dorosłego faceta… tak, tego typu detali jest sporo. Szkoda. Plus przytaczanie całego tekstu piosenki (włącznie ze słówkiem „Chorus:”) wydało mi się jednak zbędne, bo uwaga czytelnika – w każdym razie moja – prześlizgnęła się po tym. Pojedyncze zwrotki lepiej się chyba sprawdzają.
Inna sprawa, że ogromnie mi się podoba brak wymienionego korektora w stopce. Nie ma nazwiska-widma. Lubię, kiedy ludzie po drugiej stronie są uczciwi.

Ale o samej książce: początkowo przypominało mi to urban fantasy w stylu Amerykańskich bogów czy choćby Kłamcy. Świat istot mitycznych istnieje gdzieś pod warstwą znanej nam rzeczywistości, a czytelnik trafia na moment, w którym te dwie sfery się przenikają i różne dziwadła w ludzkiej skórze zaczynają przemierzać ulice.
Tyle tylko, że to nie do końca jest tak proste. Choć owszem: ten element również się pojawia.
Po pierwsze, ten „nasz świat” nie jest do końca „nasz”. Niby niektóre nazwy ulic brzmią swojsko, niemniej coś jest nie tak. I tu w ramach skojarzeń przyszedł mi do głowy Ród Emila Strzeszewskiego: niby zwykłe miasto, ale jednak jest wyjątkowe. Popioły zaś dość mocno przywiodły mi na myśl Dolne Miasto – jako coś w rodzaju na wpół martwego odbicia tego, co znajduje się w tej ludzkiej rzeczywistości. To nie znaczy, że światy Kruga i Strzeszewskiego są podobne. Raczej coś w unoszącym się tu i ówdzie klimacie budzi skojarzenie i tyle.
Nie powiem, jest to całkiem fajne skojarzenie.
Po drugie, niezwykle spodobały mi się te wszystkie istoty wykreowane przez autora. To nie jest żaden B.A. Chus, ani nawet wsysająca ludzi waginą Kali. Ich imiona mogą budzić skojarzenia (np. Nadir, Fagot, Korowiov), ale nie nasuwają na myśl gotowych typów znanych chociażby z mitów. Przynajmniej nie mi. Są to istoty – że tak to ujmę, choć w kontekście takiego na przykład Wiąza jest to określenie bardzo niefortunne – świeże. A przez to ciekawe. Czytelnik nie wie, czego się po nich spodziewać, bo ich po prostu nie zna. A mam nieodparte wrażenie, że wszystkie co do jednej są szalone i tak naprawdę można się po nich spodziewać wszystkiego.

I tu przechodzę do jednego z najistotniejszych dla mnie elementów: bohaterów.
Uczciwie przyznając, najbardziej mdłą postacią jest protagonista, Adam. Ale to przecież przypadłość aż nazbyt wielu tekstów. Jakby bohaterowie epizodyczni musieli się starać i nadrabiać osobowością, żeby przykuć uwagę czytelnika, główny bohater zaś – cóż, wystarczy, że jest. I że przeżywa niezwykłe przygody. To one mają uczynić go interesującym, więc on sam nie musi się już starać. Adam jest kompletnie nijaki. Nie znaczy to, że jest zły. Jest wiarygodny, przeżywa lepsze i gorsze chwile, ma swoje kryzysy i słabości, a jednocześnie poczucie humoru i upór, który każe mu zagłębić się w cały ten dziwaczny świat, do którego wedrze się mniej lub bardziej dobrowolnie. Jest bohaterem, z którym łatwo się identyfikować, bo jest przezroczysty. A jednak ja nie mam parcia na identyfikowanie się z postacią – czekam raczej, aż ta mnie olśni.
Król Wron dysponuje i tego typu bohaterami.
Jest więc wspomniany już Nadir-morderca. Ciekawy jest już sam związek Nadira z Danielem (i tu mam na końcu klawiatury spoila z jednej z ostatnich scen, ale nie – powstrzymam się, bo warto doczytać to samodzielnie). Ale morderca jest po prostu świetną postacią. Oczywiście, nie twierdzę, że go lubię. Nope, to nie jest bohater do lubienia – zdecydowanie i kategorycznie. Niemniej jest po prostu dobry: podkreślanie tego, że jest niebezpieczny czy niezrównoważony nie stanowią tylko czczych przechwałek – czytelnik widzi to w jego czynach. Niektóre sceny z udziałem Nadira są drastyczne, inne dają do myślenia, a całość składa się po prostu na świetną postać.
Inną istotą, która wzbudziła moje ogromne zainteresowanie, jest Panna Bluszcz. Bardzo dobra, wiarygodna dziewczynka, z którą jest coś nie tak. Wiąz budzi odrazę i strach – i znów: to wszystko działa. To nie narrator wciska czytelnikowi te wszystkie brednie, tylko postać czyni je prawdą. Powinnam tu wspomnieć jeszcze o O, ale naprawdę nie chciałabym zdradzać za wiele. Powiem tylko tyle, że O kupił mnie w momencie, w którym pojawił się w kaszkiecie i szaliku, a ja wykrzyknęłam w myśli: „Oscar! To ty! A gdzieżeś zapodział Kate Walker?”
Bah, nawet Eliasz, który pojawia się w gruncie rzeczy w niewielu scenach, ma swoje charakterystyczne cechy, które czynią go ciekawym.
No i tytułowy bohater: jest świetny. Tak, swoje robi okładka. Ale i bez niej to typ postaci, którą Fryy muszą polubić. Tak, wiem, prawdę mówiąc, jest koszmarnie efekciarski. Ale przecież ja obejrzałam całe Gallowwalkers ze względu na efekciarskich bohaterów, no nie? Król przypominał mi trochę Disneyowskiego doktora Facilier – i znów: jest to skojarzenie ogromnie pozytywne.

Kolejnym plusem Króla Wron jest klimat. Wspominałam już o tym, że są sceny drastyczne, ale teraz chodzi mi o całokształt: po prostu wszystko jest takie jak być powinno. W momentach radosnych zaskoczeń byłam radośnie zaskoczona, kiedy miało być groźnie, było groźnie – i tak dalej. Jasne, nie towarzyszyły mi podczas lektury jakieś niebotyczne wzruszenia ani nie chowałam się pod kołdrą przed potworem z szafy, ale po prostu klimat był stale odczuwalny. Swoje tu, oczywiście, robiły sprawne opisy. Nawet historia kruka była nastrojowa i po prostu ładna. Jasne, nie jest perfekcyjnie. Redaktor i korektor oszlifowaliby tekst jak należy – ale już po tej surowej wersji widać, że autor umie w budowanie zdań, ma lekkie pióro i fajny styl.

No i cała historia trzyma w napięciu. Generalnie teraz już dobrze wiem, że zaopatrzę się w drugi tom, bo jestem po prostu ciekawa. Nawet jeśli nie Adama, to wszystkich innych: Daniela, Panny Bluszcz, O. No i co z bestią – ale znów nie chcę strzelać spoilami, więc nie precyzuję. Chciałabym mieć całość na półce, tylko wolałabym bez baboli.
I za to będę trzymać kciuki.





– Nie jesteśmy rzeczami, nie możesz tak po prostu nas więzić, ani sprzedać.
– To tutejszy ser dojrzewający – przerwał mu O, nakładając im ser na talerze. – Dodają do niego ziół i różowej soli, podobno jest naprawdę smaczny. Mamy tu sporo kóz, więc ich właściciele robią z nich użytek, póki ich nie sprzedadzą. Jak to mówią Adamie, jeżeli koza daje mleko, nie ma sensu jej zarzynać na mięso. Może spróbowałbyś wziąć to do siebie.
– Mam dawać mleko?
– Masz nie być idiotą.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...