piątek, 18 września 2015

O tym, jak Fraa hasała po "Niebiańskich pastwiskach"

Autor: Paweł Majka
Tytuł: Niebiańskie pastwiska
Miejsce i rok wydania: Poznań 2015
Wydawca: Rebis

Dawno nie czytałam żadnej space opery. W gruncie rzeczy nawet nie pamiętałam, że przecież to jest bardzo fajny gatunek: są kosmosy, statki, eksploracja, imperia i obcy. Czegóż chcieć więcej? Toteż nie było niczym zaskakującym, że na Niebiańskie pastwiska Pawła Majki rzuciłam się jak szczerbaty na suchary – tym bardziej, że do autora miałam pewne zaufanie po Pokoju światów.

Pierwsza refleksja: następnym razem jednak kupię ebooka. Książka waży milion ton. Na potrzeby wożenia jej w torebce do pracy i z powrotem, zdobyłam się na heroiczny czyn wymiany w torebce paska, bo stary niechybnie urwałby się po dwóch minutach (jak czynił to już kilka razy w życiu tej torby). Z drugiej strony, ogólnie na wydanie nie mogę narzekać. Pomijając fakt, że to straszna cegła, na przykład była pozbawiona literówek, od których dość gęsto było we wspomnianym już Pokoju (ok, za wyjątkiem Lennoxa, który raz był napisany przez jedno „n” – nie byłabym sobą, gdybym o tym nie wspomniała, prawda?).

Druga refleksja: niezmiennie i niemal od początku czytania bawię się myślą, że Pokój światów i Niebiańskie pastwiska są o tym samym – to znaczy nie do końca o tym samym, ale że czytelnik poznaje coś w rodzaju światów równoległych, dwóch alternatywnych rzeczywistości. W jednej z nich Marsjanie odkryli innergię i stworzyli z niej mitbomby – z którymi przylecieli na Ziemię i zrobili rozróbę. W drugiej zaś początek wygląda tak samo, ale obcy nigdy nie przylecieli na naszą planetę, toteż ludzie dużo później i w zupełnie innych okolicznościach sami odkryli innergię. Oczywiście, to tylko moje rojenia. Bah, nie mam bladego pojęcia, jak z innergii zrobić mitbombę, ale mam niejasne wrażenie, że by się dało. W każdym razie są to rojenia, do których przywiązałam się przez te ponad siedemset stron.

Ale skoro jestem przy mitbombie i innergii: pierwsze, co mi się spodobało w Niebiańskich pastwiskach, to słowotwórstwo. Mam wrażenie, że autor świetnie się w tym czuje: stworzona na potrzeby powieści terminologia jest w gruncie rzeczy prosta i zupełnie zrozumiała, a jednocześnie daje przyjemne wrażenie obcości przedstawionego świata. Zresztą, ta zasada dotyczy też nazywania bohaterów czy miejsc. Wszystko jest zarazem swojskie i dziwne. Dzięki temu czytelnik może się wkręcić w świat, przywiązać do bohaterów, ale jednocześnie czuje, że ma do czynienia z czymś niebywale odległym – zarówno czasowo jak i geograficznie.
W ogóle do bohaterów przywiązać się naprawdę bardzo łatwo. W powieści poznamy zatrzęsienie osób, z których każda jest zarysowana wyraźną krechą, nie ma problemu z uwierzeniem w postać. Choć, nie ukrywam, mój osobisty problem w którymś momencie przyjął postać: kto z kim, dlaczego i przeciw komu. Powieść ma sporo wątków, w każdym z nich mamy do czynienia z pewną grupą bohaterów. Całość jest głęboko zanurzona w polityczno-religijnym sosie. Łapałam się na tym, że w którymś momencie czytałam np. fragment o Jewgieniju i gdzieś w głowie kolebała mi się myśl: „zaraz, zaraz, a ten facet to czego właściwie chciał…?”. Im dalej w las tym więcej drzew, a pod koniec powieści kiedy wątki zaczęły się łączyć, miałam już totalny mętlik w głowie.
Choć wiem, że niektórzy lubią politykę – to po prostu nie na mój rozumek. Ja czytałam całość ze względu na żołnierzy z dziesiątki Pniaka.

No dobra, wróćmy do bohaterów, bo miałam o nich, a popłynęłam: no więc do bohaterów łatwo się przywiązać – moim zdaniem, właśnie w szczególności do tych od Pniaka. Do żołnierzy, którzy są najbardziej „swojscy”. Biotechnologicznie zmodyfikowany szpieg owszem, też wzbudził moją sympatię, ale siłą rzeczy jest pewien dystans między kimś takim a czytelnikiem. Tymczasem ludzie Pniaka – i sam Pniak także – byli, no właśnie, po prostu ludźmi. Mieli swoje historie, upodobania i problemy (moim ulubionym jest nieodparta chęć Psa, by zjeść pomarańczę – to go tak bardzo uwiarygodniło jako człowieka w moich oczach!).
Oczywiście, najbardziej do gustu przypadł mi właśnie wspomniany Pies – dopiero po paru dniach czytania uświadomiłam sobie, że chyba po prostu dałam się nabrać. Mam wrażenie, że Pies to postać obliczona właśnie na lubienie. Tajemniczy milczek, ale ma niezwykłe umiejętności, w dodatku jest inteligentny. A oprócz tego, ma się rozumieć, kawał chłopiska. Tadam, fanki stoją w kolejce.
Teraz, z perspektywy czasu, może trochę pod wpływem zakończenia, a może po prostu na przekór, czuję, że moje czytelnicze sympatie rozkładają się gdzieś między Pniakiem, Rachubą a cesarzem, odsuwając Psa raczej na margines.
Cesarz to w ogóle inna kategoria: nie jest ludzki. Ani trochę. Jest… bardzo cesarski. Uważam, że to jeden z lepszych władców, o jakich czytałam – nie w sensie kompetencji do rządzenia, tylko jako bohater, ma się rozumieć. Wyraźnie czuć dystans między nim a resztą ludzkości. I to jest fajne. Cesarz jest ponad wszystkimi, jest żyjącym bogiem, a może i czymś jeszcze większym. To prawdziwa głowa Imperium. Może nie lubię go w taki sam sposób jak Pniaka, ale niewątpliwie wzbudził moje czytelnicze zainteresowanie.

W Niebiańskich pastwiskach jest wszystko i jeszcze trochę. Świetny pomysł na magię, która wcale nie jest magią. Fascynujące jest oglądanie tej magii „od kuchni”, dowiadywanie się prawdy o magach i kapłanach. Niesamowicie spodobał mi się pomysł Powolnej Floty (bah, począwszy od samej nazwy, prawdę mówiąc), kuriozalnego reliktu przeszłości. Raz tylko trochę mi zgrzytnęło, kiedy pojawili się kosmiczni piraci. To znaczy żeby nie było nieporozumień: kosmopiratów kupię w każdym wydaniu, w końcu kaman, są kosmopiratami! Ale w Niebiańskich pastwiskach pojawiają się dość późno, kiedy czytelnik jest już zżyty z innymi bohaterami i naprawdę trudno mi było wykrzesać z siebie jakieś uczucia względem pani kapitan. Finałowa scena z piratami raczej wzbudziła we mnie przewracanie oczami, a nie jakieś wzruszenie, no bo jak mam się wzruszać losami bohaterów, których kompletnie nie znam? Odczułam to, jakby piraci byli już tym nadprogramowym grzybkiem w barszczu.
A grzybków do tamtego momentu było już naprawdę w cholerę dużo.
Nie mam pojęcia, o co chodziło Masce, o co Panu Ton, Oruzonom i ledwo ogarniam, czego chciał cesarz. Myślałam, że Wielka Tajemnica z prologu jest jednak czymś… no… znaczniejszym. Miałam wrażenie, jakby spiski pojawiały się, przeplatały i niekoniecznie kończyły. Jakieś nazwiska były zasygnalizowane, ale nigdy się nie dowiedziałam, co się stało z tymi, którzy je nosili. Narrator rysował na samym początku jakieś sytuacje, które – takie mi się zdaje – stały w sprzeczności z tym, co powiedział nam na końcu. A jeszcze tu i ówdzie miałam wrażenie, że informacje się powtarzają, jakby nie było pewności, czy czytelnik załapał za pierwszym razem, jak to wszystko wygląda.
Ale tak naprawdę to nie piraci i nie natłok wszystkiego mi przeszkadzał – to, co mi nie gra najbardziej w powieści, to zakończenie.

SPOILERY JAK ŻUBRY Z LEŚNEGO PARKU NIESPODZIANEK W USTRONIU

Wolałabym, żeby rozwiązanie wątku Psa było jednak nieco inne. Podczas czytania miałam różne pomysły na temat: „kim jest Pies?” – nie mówię, że były szczególnie mądre, ale starałam się wyciągać coś na podstawie tego, co podpowiadała mi powieść. Właściwa odpowiedź nie przeszkadza mi, bo na nią nie wpadłam, tylko przeszkadza, bo czytelnik nie miał szansy złapać tego tropu w książce. Gdyby to był kryminał, byłabym naprawdę zła – rozwiązanie zagadki cały czas tkwiło poza powieścią i dopiero pod koniec wyskoczyło jak diabeł z pudełka, zresztą czyniąc z Psa modelowy typ Wybrańca.
No, na szczęście to nie był kryminał.
Plus jest też szansa, że tak naprawdę nie mam racji i wszystko jest podane czytelnikowi jeśli nie na tacy, to przynajmniej na podawanym pod stolikiem spodeczku, a ja nie wyczaiłam, bo mi mózg spuchł od całej tej polityki.

KONIEC SPOILERÓW

Ostatecznie jednak bilans zysków i strat wypada zdecydowanie na korzyść tych pierwszych. Tak, totalnie pogubiłam się w intrygach. No i trudno. Jasne, chciałabym, żeby Niebiańskie pastwiska nieco odchudzić i może nie mieszać tak bardzo w polityce, a pokazać to wszystko z perspektywy zwyczajnych ludzi, dziesiątki Pniaka, załogi Powolnej Floty, niechby był do tego Maska i w tle cesarz – byłabym zupełnie zachwycona.
Ale jak wspominałam: wiem, że są tacy, którzy lubią politykę i spiski. Ok, po prostu ja do nich nie należę.
Dla mnie liczyli się fajni, wyraziści, po prostu mocni bohaterowie, niesamowity świat, fascynująca koncepcja magii. I Powolna Flota. I nie ukrywam, jestem ciekawa, co będzie dalej – co z Ziemią? Chętnie się dowiem.




– Myszkujecie po moim okręcie – zainicjował rozmowę Grode, nie odrywając wzroku od wyświetlanego wykresu, który obracał w rękach.
Rachuba wolał nie odpowiadać, że robi to z nudów. Z doświadczenia wiedział, że najpewniej skończyłoby się to przydzieleniem mu jakiejś roboty.
– Zwiedzam – oświadczył więc buńczucznie. – Podobno mi wolno, nie? – Uznał, że nie zaszkodzi pochlebstwo, dodał więc prędko: – Ten Merlin to kawał statku, nie to co te nasze, na których żem latał. Panie kapitanie.
– Okrętu. To okręt, legionisto, a nie statek.
– A! – zdziwił się demonstracyjnie Rachuba. – No, chyba że tak! Pierwszy raz żem jest na takim pięknym okręcie! Kawał okrętu, panie kapitanie!
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...