sobota, 11 lipca 2015

"Marsjanin" atakuje!

Autor: Andy Weir
Tytuł: Marsjanin
Tytuł oryginału: The Martian
Tłumaczenie: Marcin Ring
Miejsce i rok wydania: Warszawa 2014
Wydawca: Akurat

Dobra, jestem w szoku. Byłam pewna, że już pisałam o Marsjaninie – tymczasem przejrzałam ostatnie notki, użyłam wyszukiwarki – i nic. Najwyraźniej o tej książce tylko rozmawiałam z Siem. Ale już nadrabiam te braki.

Żeby od początku była jasność: jestem tą książką zachwycona, urzekła mnie, czytało mi się świetnie i ją uwielbiam. Wiem, że opinie na jej temat są mocno różne. Kiedy wspominałam komuś, że właśnie to czytam i że cholernie wciąga, słyszałam „Próbowałam to czytać… znudziło mnie” albo „Marsjanin…? Ale ta książka… no… nie jest dobra”. Nie wiem, jakimi kryteriami kierują się osoby w moim otoczeniu, kiedy oceniają książki. Nie wnikam. Nie interesuje mnie to. Ja piszczę z radości na samo wspomnienie Marsjanina i już.

To znaczy owszem: wierzę, że na początku można podchodzić do powieści nieufnie. Sama przez krótki czas wahałam się, czy to ma szansę mi się spodobać, no bo ten dziennik… zastanawiałam się, czy cała książka jest takim dziennikiem? Czy ta forma mnie nie znudzi? A ta narracja, przecież najzupełniej potoczna, nie będzie mi działała na nerwy? Ale okazało się, że wszelkie obawy były płonne.
Po pierwsze, dziennik głównego bohatera, Marka Watneya, zdecydowanie się nie nudzi ani nie irytuje. Tak, jest potoczny język, ale wystarczy chwila, by uświadomić sobie, że to jest akurat w tym przypadku bardzo usprawiedliwione – czytamy wszak bieżącą relację inżyniera uwięzionego na obcej planecie, a nie żadne literackie opracowanie tych wydarzeń. Co więcej, szybko okazuje się, że Mark to sympatyczny i obrotny gość, któremu nie brakuje ani inteligencji, ani poczucia humoru, co stanowi doskonałe połączenie, by spokojnie oddać mu głos. Gdyby jednak ktoś nadal miał wątpliwości, to wszak książka nie składa się wyłącznie z relacji Marsjanina: mamy też wątki rozgrywające się na Ziemi, a nawet na Hermesie, na pokładzie którego reszta załogi wraca na rodzimą planetę. I te części mają wyraźnie inny styl (no, począwszy od tego, że narrator jest trzecioosobowy).
Fajnym zabiegiem jest też niesilenie się na wtłaczanie pewnych opisów zdarzeń w relację Marka, co mogłoby być karkołomne (mowa bowiem o scenach, które nie miały świadków – albo świadek był mocno niedysponowany), a po prostu wrzucenie ich jako krótkich trzecioosobowych wstawek między wpisy w dzienniku tytułowego Marsjanina.

Główny ciężar powieści spoczywa, oczywiście, na barkach Watneya. Ten znosi to dzielnie, zapewniając czytelnikowi całkiem sporo śmiechu i jednocześnie uświadamiając od czasu do czasu, że hej, to wcale nie jest żadna wesoła wycieczka, tylko walka o życie na zupełnie obcym, pustym, martwym globie. I są momenty, w których do czytelnika dociera ten kontrast, robiąc faktycznie dość duże wrażenie. No bo wiecie: nawet na Ziemi jeśli ktoś gdzieś zaginie, jest groźnie, trzeba się wykosztować na ekspedycję ratunkową, pogoda może w akcji przeszkodzić, ratownicy mogą nie zdążyć i tak dalej. A tutaj mamy coś takiego na niewyobrażalnie większą skalę, z jaką do tej pory żaden człowiek nie miał do czynienia. Ekspedycja ratunkowa oznacza wystrzelenie rakiety, co tak naprawdę wymaga lat przygotowań. Ale Mark patrzy na to wszystko w cudowny sposób („Nie chcę wyjść na aroganckiego, ale jestem najlepszym botanikiem na planecie” albo „W jeden sol przejeżdżam średnio dziewięćdziesiąt kilometrów, ale przybliżam się do Schiaparellego tylko o trzydzieści siedem kilometrów, ponieważ Pitagoras to kutas”).
Można by zapytać, co takiego ciekawego może być w relacji gościa, który siedzi na czerwonej pustyni i czeka na odsiecz. No więc cóż: wszystko jest ciekawe. Po pierwsze, sam świat – opisywany oszczędnie, ale dość sugestywnie, by poczuć pustkę i samotność Marsa. Po drugie, element – że tak go nazwę – verne’owski, który ktoś mógłby określić jako technobełkot. Jak wspomniałam, Mark jest inżynierem. Jak łatwo się też domyślić, skoro mimo obecności na Marsie wciąż żyje, na pewno coś tam majstruje, żeby przedłużyć ten stan. Majstruje nawet całkiem dużo w zasadzie nieustannie. Jest ciągle w ruchu, a to naprawia, a to psuje, hoduje (jest też botanikiem), jeździ po planecie, odkrywa. Każde z tych działań mamy opisane w dzienniku. Jest to zresztą całkiem logiczne: od tego jest dziennik, żeby zdawać w nim relację, prawda? Pewne rzeczy też planuje w dzienniku, co przypomina trochę takie myślenie na głos i też jest zupełnie wiarygodne, bo przecież znane z życia. Przez to wiarygodne osadzenie w tekście, cały ten technobełkot nie razi jako risercz autora, a wręcz przeciwnie: wciąga. Napisany jest prosto i przystępnie, sprawia, że czytelnik wierzy w powodzenie kolejnych pomysłów Marka. Wszystko wydaje się takie oczywiste – i właśnie tu mi wchodzi Verne z Tajemniczą Wyspą. Tylko że tam mieliśmy bohaterów, którzy z piasku, dwóch kamieni i wygiętej blachy zrobili hutę szkła, a tutaj nasz protagonista majstruje na ten przykład wodę za pomocą prostej zmiany namiotu w bombę („Na końcu powstanie mnóstwo H2O, ale będę zbyt martwy, żeby to docenić”). W obu jednak przypadkach wszystko jest krok po kroku wyjaśnione, spójne i logiczne, a czytelnik myśli sobie, że ej, to faktycznie jest oczywiste, wystarczy ruszyć głową.
Jednocześnie w książce jest… no, po prostu bardzo dużo amerykańskiego filmu. Sam fakt, że dla jednego faceta, który utknął na Marsie, tak naprawdę jednoczy się cały świat i wszyscy stają na rzęsach, buląc grube miliony dolarów na realizację ratunku, mocno zalatuje solidnym kawałkiem kina zza oceanu. Mamy też klasyczne sceny, jak to ludzie siedzą przed telewizorami i w napięciu obserwują start rakiety. Mamy ludzi w NASA, którzy klepią się po plecach i wiwatują, wyrzucając w górę papiery, a czasem wręcz przeciwnie, są smutni i takie tam. Armageddon? Dzień Niepodległości? Cokolwiek? Ale to wszystko jakoś nie drażni – może dzięki ogólnemu klimatowi powieści, który każe mi tak naprawdę nie traktować tego poważnie. Bo gdybym zechciała podejść do tego na serio, to owszem: łapałabym na te sceny berserka.

SPOILER ALERT - BO NIE MOGŁAM SIĘ POWSTRZYMAĆ


No i im bardziej zbliżałam się do końca, tym bardziej panikowałam. Bo się zwyczajnie bałam o Marka. Wiedziałam, że jeśli po tylu perypetiach i tylu miesiącach walki o każdy kolejny dzień autor mi go zabije, to ja chyba pojadę i zabiję autora. Ale odetchnęłam. Odetchnęłam tym mocniej, że darowano nam rozmemłania w końcówce – powrotu na Ziemię i wszystkich możliwych rzeczy, które mogłyby się wtedy dziać, a które, co tu kryć, nie są zbyt fascynujące dla postronnego obserwatora. Powieść kończy się w doskonałym momencie, kiedy wiemy, że już po wszystkim, już jest dobrze, Mark wraca do domu, możemy zostawić go pod opieką kolegów z Hermesa.


KONIEC SPOILERA

Marsjanin po prostu wciąga. A jak już wciągnie, to doskonale bawi, od czasu do czasu pozwalając uświadomić sobie, że w sytuacji nie ma nic a nic śmiesznego. Powiem jeszcze tak: czytając zaznaczałam sobie fajne czy zabawne cytaty. W którymś momencie złapałam się na tym, że zaznaczam co drugi akapit i uznałam, że chyba w tym przypadku ta praktyka nie ma większego sensu, bo ostatecznie będę miała całą książkę zaznaczoną. Myślę, że to o czymś świadczy.
Nie przeczę, że trochę sobie ostrzę zęby na ekranizację. I się jej boję. Bo nie wiem, czy Matt Damon to udźwignie. Nie wiem, co zrobią z całą narracją Marka w filmie. Nie wyobrażam sobie wycięcia tego i zrobienia całości na poważnie. Byłoby to zniszczeniem cennej specyfiki tego tytułu. Zobaczymy.




[12:04] JPL: Sprowadzamy botaników, żeby zadali dodatkowe pytania i sprawdzili twoją pracę. Stawka toczy się o twoje życie, więc wolimy się upewnić. Sol 900. to wspaniałe wieści. Da to nam dużo więcej czasu na przygotowanie misji z zaopatrzeniem. Proszę, uważaj na swój język. Wszystko, co napiszesz, nadajemy na żywo na cały świat.

[12:15] WATNEY: Patrzcie! Cycki! ==» (.Y.)

piątek, 10 lipca 2015

"Błąd warunkowania", czyli jaki kraj, tacy X-Meni

Autor: Anna Nieznaj
Tytuł: Błąd warunkowania
Miejsce i rok wydania: Bydgoszcz 2014
Wydawca: Genius Creations

Mam ogromny kłopot z tym, żeby w ogóle zacząć mówić o Błędzie warunkowania. Obawiam się, że jakkolwiek nie spróbuję, komuś zrobię krzywdę: wydawnictwu bądź autorce. Zacznę więc od internetów – wtedy odpowiedzialność się rozmyje i będzie po sprawie. Taki ze mnie geniusz zła.
Na Błąd warunkowania skusiłam się po przeczytaniu paru opinii różnych ludzi, umieszczonych (opinii, nie ludzi) na stronie wydawnictwa. Że niedaleka przyszłość, genetycznie modyfikowani agenci, cyberpunk i jeszcze ponoć przekonujący, pełnokrwiści bohaterowie. Zaczęłam więc radośnie czytać, może nie od razu „pełna jak najlepszych przeczuć”, no ale przynajmniej spokojna o najbliższe kilka dni.
Bardzo szybko dotarło do mnie, że coś tu jest nie halo. I nie chodzi tylko o to, że miałam wrażenie, jakby bohaterowie byli głupimi gówniarzami bawiącymi się w wojnę, której jakoś tak jednak nigdy na oczy nie widzieli. Sęk w tym, że sposób prezentowania postaci i język narracji bardzo silnie kojarzyły mi się z opkami blogaskowymi.

To, co nasunęło się przede wszystkim, to permanentny costume porn. I ja rozumiem, że czasem to fajne, ale wiecie no: tam, gdzie są faktycznie kostiumy – w tekstach historycznych, fantasy, ewentualnie sci-fi tak odległym od naszej rzeczywistości, że ciuchy są jakkolwiek ciekawym elementem. Bohaterów Błędu warunkowania to nie dotyczy. Z jakiegoś jednak powodu czytelnik jest raczony bardzo, bardzo dokładnymi opisami tych ubrań. Opisami, które wybijają z rytmu i odwracają uwagę od tego, co jest naprawdę ważne w scenie. I mi się to kojarzy z blogaskowym „ubrała koszulkę na ramiączka i spodnie rurki, po czym zeszła na śniadanie” (w gruncie rzeczy mamy niemal kalkę tej sceny: „W sali śniadaniowej zjawiła się wypoczęta i świeżutka, przebrana w czarną koszulkę z nadrukiem swojego ulubionego zespołu i pseudowojskowe bojówki w maskującą panterkę”). W ogóle narrator ma wyraźną słabość do koszulek z nadrukami i bojówek, bo te pojawiają się najczęściej. Miałam wrażenie, że właściwie nie liczy się żadna tam akcja czy emocjonalne problemy postaci, a stylówa. Jeśli jakiś koleś miał długie włosy, to dowiedziałam się o tym cztery razy z podkreśleniem, że były związane w kucyk. Jeśli przypadkiem założył inną koszulkę – narrator również nie omieszkał mnie o tym powiadomić, bo, prawda, to jest super istotne, że wcześniej miał tańczącego kościotrupa, a potem pentagram. Jak żyć bez tej wiedzy, jak żyć?
Jeśli dołożyć do tego fakt, że bohaterka na przykład miała flashbacki i że pojawiła się fraza (w ten dokładnie sposób zapisana) dżizas faken krajst, czy bohaterowie na plaży spotkali „lasencję” – wszystko to dobre w rozmowie ze znajomymi, ale cokolwiek żenujące w moim odczuciu w narracji literackiej – doszłam do przekonania, że autorka po prostu ma jakoś pod dwudziestkę i koleżanki z bloga jej powiedziały, że świetnie pisze i niech się wyda. Tu wychodzi oczywiście moja ignorancja, bo nazwisko autorki nic mi nie mówiło – po sprawdzeniu faktów uświadomiłam sobie, że sytuacja wygląda zupełnie inaczej: powieść została po prostu źle stargetowana. Chciałam przeczytać sci-fi, a dostałam historyjkę young adult. I przypuszczam, że nastoletni czytelnik mógłby być dziko i szaleńczo zafascynowany. Bah, może nawet nie nastoletni, ale taki dwudziestolatek. Nie przeszkadzałby mu język ani ciągłe przypominanie, co kto miał na sobie. Nie raziłoby może, że bohaterowie podczas misji na Bliskim Wschodzie łoją colę, bo najwyraźniej bardzo lubią być odwodnieni czy coś, nie wiem. I może przy okazji by się doedukował, bo narrator na przykład zaraz po użyciu sformułowania „wypluwka sowy” nie omieszkał wyjaśnić, czym owa wypluwka jest. Bawiłoby cameo Tarji i nie miałby wrażenia, że jeśli Reade gapi się na Sanję i usiłuje ją wyrwać, to nie świadczy o tym, że ma klasę, a najwyżej że lubi dużo młodsze.
Jak o bawieniu mowa: rozbawiła mnie scena, kiedy po wielkiej akcji, mordobiciu, pościgu i tak dalej, dokładnie w chwili, w której wszystko się uspokoiło, rozległ się łoskot śmigłowców i nadleciało z odsieczą wojsko – tak bardzo amerykańskie filmy. Przy czym to nie jest ani zarzut, ani wręcz przeciwnie – ot, po prostu amerykańskie filmy. Też widziałam setki takich scen, więc po prostu sobie przy tym parsknęłam.

W ogóle jeśli chodzi o bohaterów, to mam mieszane uczucia. Po pierwsze, sam pomysł na ludzi-kotów: nie jest zły. To znaczy nie jest (bardzo subiektywnie i de gustibusowo dla mnie) specjalnie porywający, ale w porządku. Bardzo mi się spodobała wzmianka o tym, że mutacja ma lepsze i gorsze strony, a do tych drugich należy zwiększona potrzeba snu. To miało potencjał. Ale mam wrażenie, że w którymś momencie autorka w sumie o tej senności zapomniała, bo o ile na początku ten problem jest obecny w tekście, o tyle z czasem to się gdzieś rozmywa, bohaterowie są na nogach wiele, wiele godzin i nic im się z tego powodu nie dzieje. Szkoda. Zresztą to nie jedyny zmarnowany potencjał, bo kolejna rzecz dotyczy pozycji Kotów w społeczeństwie – raz czy dwa przewija się kwestia jakichś zamieszek czy czegoś, ale tak naprawdę nie ma w powieści solidnie postawionego problemu akceptacji mutantów przez ludzi. Wiem, wiem, na co to komu, X-Meni eksploatują ten temat chyba dostatecznie mocno. Ale po prostu w Błędzie… znajduję sugestie tego, że gdzieś w tle ten problem jest i mógłby być ciekawy, gdyby go trochę mocniej wyeksponować.
Po drugie zaś, ta ich „pełnokrwistość”: no cóż. Widać, że oni wszyscy mają być jacyś. Rzeczywiście mają pewne wyróżniające cechy: wiarę, sposób bycia i tak dalej. Szkoda tylko, że te cechy nie mają większego znaczenia w ostatecznym rozrachunku. Majka jest katoliczką, ale w sumie nic z tego nie wynika, bo i tak bez szemrania wykonuje polecenia, które stoją w sprzeczności z jej religią. Szkoda, bo mogłoby być fajne wskazanie na to, że nie jest jej łatwo godzić jedno z drugim. No i nie widzę żadnej różnicy między bohaterami z początku i końca powieści, mimo że ponoć minęło dziesięć lat. W ogóle nie czuję tego upływu czasu. Ogólnie ci bohaterowie po mnie spłynęli. Nie są gadającymi głowami, ale też nie zdołali mnie do siebie przekonać. Nie tak, że ich nie lubię – nie mam za co ich nie lubić – po prostu ich los był mi totalnie obojętny.
A to ciągnie za sobą kolejną konsekwencję: wobec braku bohaterów, którymi mogłabym się przejmować, spływała po mnie również cała fabuła. Kompletnie nie chciało mi się śledzić intrygi, a książka w gruncie rzeczy mnie znudziła. Za wyjątkiem końcówki, która mnie szczerze i serdecznie zirytowała. Bo nigdzie, ale to nigdzie nie miałam wcześniej informacji, że to jest pierwszy tom i szczerze liczyłam na to, że jednak dwa wątki w końcu się ze sobą jakoś połączą. A facet Majki, do którego co jakiś czas wracaliśmy jak do cholernej wiszącej strzelby, będzie miał jakiekolwiek znaczenie. Tymczasem zostałam z niczym i wiem już, jak czuli się ludzie, którzy betowali moje ostatnie NaNo i się na mnie wściekali, że pod koniec pokazałam im wielkiego faka, budując jakąś historię przez dwieście stron, a potem jej nie pointując.
Na szczęście przez ogólny brak zaangażowania nerw nie był aż tak wielki, a potencjalny drugi tom nijak mnie nie kusi.

Na plus muszę policzyć, że jest tam jakaś wizja, która ogólnie może kogoś zainteresować, po prostu nie mnie – jest pomysł na bohaterów. I są fajne opisy, tu nie można złego słowa powiedzieć. Pod warunkiem, że nie dotyczą bohaterów, to sceny są odmalowane ładnie i plastycznie, a co ma być dynamiczne, takie właśnie jest. No i, choć książka nie jest wolna od błędów, to z tego, co do tej pory przeczytałam od Genius Creations jest to najlepiej opracowana rzecz pod względem redakcyjno-korektorskim. No, pod koniec już chyba korektorowi się nie chciało.

Aha, taka uwaga do tego, że bohater miał buty podobne do kowbojek, tylko „bardziej męskie” i „mniej kiczowate”. Ugryźcie się.


Dziękuję za uwagę.
To pisałam ja, siedząca przy kompie w czarnej koszulce z krótkim rękawem, czarnej spódnicy do kostek i różowych laczkach.



[Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję wydawnictwu Genius Creations.]


– Hej, Popović! – krzyknął z dołu Griffin. – Chodź tu na moment!

Sanja przechyliła się do tyłu, a potem – przytrzymując się poręczy – zrobiła przewrót w powietrzu i zeskoczyła lekko na posadzkę dwa piętra niżej. Najmłodszy z agentów aż ochnął, twarze pozostałych były niewzruszone, jednak Kotka złowiła ich zainteresowane spojrzenia. Zrobiło jej się głupio. Nie miała zamiaru się popisywać.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...