poniedziałek, 22 czerwca 2015

Godzilla kontra... a nie, wróć. To tylko "Jurassic World"

Ponieważ chadzamy do kina średnio raz na pół roku, warto takie wyjście naprawdę w pełni wykorzystać. Tym bardziej, że ostatnie, zimowe wyjście nam nie wypaliło i na Hobbicie byłam w wersji bezUlvowej. Toteż skoro już zebraliśmy się, żeby zobaczyć na dużym ekranie Mad Max: Fury Road, postanowiliśmy od razu obejrzeć Jurassic World. W końcu to film o wielkich dinozaurach, nie? Gdybym go nie zobaczyła w kinie, żałowałabym jak dziesiątków innych niezobaczonych w kinie filmów.

Tak się złożyło, że trafiliśmy na seans 3D. I od tego może zacznę: sama nie wiem, może to problem kina (Cinema City Krewetka), a nie filmu. Ale wyglądało fatalnie. Raz, że w ogóle trójwymiar był moim zdaniem zbędny. Nakręcone z rozmachem sceny pokazujące wspaniałość parku potrafią przecież wyglądać porywająco w dwóch wymiarach. Dwa, że to 3D było jakieś kulawe. Ewidentnie widziałam kilka płaskich warstw, nałożonych na siebie. Jak gdzieś w początkach technologii 3D, gdzie film przypominał bardziej taką rozkładaną książeczkę dla dzieci. Pfuj.
Ale abstrahując od trzech wymiarów, w ogóle ze stroną wizualną coś nie grało. Przykładowo: scena, w której Gray (Ty Simpkins) otwiera drzwi na balkon i mamy widok na park: ten park był jakiś dziwacznie malutki. Szczególnie jezioro i most na samym przedzie, bo reszta ok., była daleko. Coś było schrzanione z perspektywą. I nie zgodzę się na postulat, że to ja mam schrzanione z oczami, bo nie ja jedna to zauważyłam. To wyglądało, jakby chłopiec z balkonu patrzył na makietę.

No ale powiedzmy, że to wina kina. Na pewno to była wina kina.

Jeśli idzie o sam film, to miałam od początku mieszane uczucia. Z jednej strony: c’mon, to Park Jurajski! Przecież nie można mieć niskich wymagań od filmu czepiającego się korzeniami jednego z lepszych dzieł Spielberga. Z drugiej strony zaś: to jest głupie. Ten film jest głupi u najgłębszych podstaw. No bo jak to tak? Nagle udajemy, że poprzednie trzy filmy nie istniały? Nagle ktoś gdzieś mówi „Hej, trzy razy próbowaliśmy bawić się w bogów i odtwarzać dinozaury, co zawsze kończyło się licznymi zgonami i za każdym razem przekonywaliśmy się, że nie powinniśmy tego więcej robić, bo mały człowieczek z siłami natury nie wygra… ha! Zróbmy to więc po raz czwarty, tylko z większym parkiem i większym, bardziej krwiożerczym dinozaurem! Co może pójść źle?” – serio? To znaczy dobra, ja wiem, że ludzie są idiotami i taki scenariusz pewnie byłby możliwy. Ale na pewno nie w tak krótkim czasie, to raz. A tymczasem Claire (Bryce Dallas Howard) wyraźnie mówi o tym, że dwadzieścia lat temu były pierwsze próby ożywiania dinozaurów, wskutek czego ludzie żyją z wielkimi gadami na co dzień i teraz dinozaury są tak atrakcyjne jak żyrafa w ZOO. Czyli jakby… film próbuje nam pokazać, że zaraz po – raczej jednoznacznej – poincie pierwszego Parku Jurajskiego jednak postanowiono otworzyć tę placówkę i wpuścić do niej ludzi. Tak. Czemu nie.
kadr z filmu
Po drugie, nawet jeśli faktycznie by to zrobiono, to naprawdę mam nie załamać rąk nad tym, jak wygląda system zabezpieczeń w tym parku? I to przecież po tym, kiedy wszyscy mogliśmy się przekonać, że dinozaury mogą czasem się wydostać za ogrodzenie. Tymczasem po przekroczeniu przez takiego zwierzaka jednej pancernej furtki nagle okazuje się, że ludzie są tylko wielką stołówką. No serio: mamy otyłego ciecia, który nie zauważył, że z termowizją jest coś nie halo. I później paru komandosów z giwerami (ale bez śmigłowców - bo co tam, że gdyby mieli ze dwa-trzy śmigłowce, film można by skończyć po dwudziestu minutach. Na litość Jeżusia, przecież polowali na piętnastometrowego bydlaka! Naprawdę byłoby im łatwiej ustrzelić go z powietrza niż pchać w dżunglę ludzi. Ba, z powietrza mieliby nawet tyle swobody, że mogliby go faszerować środkami usypiającymi do upadłego. Czemu ludzie w tym filmie nie mają mózgów?). I panią z głośnika, która uprzejmie upominała turystów, żeby się schowali, jak stado głodnych pterodaktyli leciało w stronę deptaka. No ale serio: jak niby oni mieli się schować? Jak mogliśmy się przekonać, przeszklona restauracja nie była najlepszym schronieniem. Ach, no i te bańki, w których turyści jeździli między gadami – nie dało się ich jakoś zdalnie zawrócić? Zero automatyki, zwiedzający sam sobie wybiera, dokąd pojedzie? A cała wielka ewakuacja polega na tym, że miła pani poprosi ludzi, żeby oni się ewakuowali, a oni grzecznie pojadą do domu? WTF? Filmie, czy ty w ogóle znasz ludzi? Ja się dziwię, że koniec końców do lasu wjechali tylko nasi młodociani bohaterowie. Na moje oko, to połowa turystów by olała alarm. No wiecie: „Zapłaciłem, to będę zwiedzał, aż skisnę! Nie będą mi tu jakichś ewakuacji-sracji zarządzać!”.
A tak naprawdę zmierzam do tego, że film mógłby spróbować być odrobinę mniej głupi, biorąc pod uwagę, że ludzie pamiętają przecież poprzednie produkcje z tej serii. I skoro widz jest w stanie czegoś się nauczyć na błędach bohaterów, jest bardzo słabym motywem, że postaci w najnowszym filmie tego nie potrafią.

Chciałabym powiedzieć, że bohaterowie bronią tej produkcji. Ale nie. Oni wszyscy są tak okropnie wkurzający. Najpierw dostajemy matkę chłopców – Karen (Judy Green), która kurna smarka i płacze siostrze przez telefon, że nie będzie rodzinnych wczasów. Mowa o matce, która – przypomnę – opchnęła siostrze dzieciaki na tydzień. O co jej w ogóle chodziło? Ja tego po prostu nie skumałam. Ta kobieta była jakaś dziwna i jeśli faktycznie rozwodziła się z mężem, to trzy razy „hura!” na cześć męża, który wreszcie będzie miał normalne życie.
Sama Claire była… no, była. Dość typowa, dość nieciekawa, zaczęła od oziębłej, eleganckiej karierowiczki (każda elegancka kobieta na odpowiedzialnym stanowisku to zimna suka, prawda), skończyła ratując świat i takie tam, upaprana w błocie. Ale w szpilkach. No dobra, nic ciekawego, nic nowego, whatever. To, co mi w jej przypadku przeszkadzało, to fakt, że miałam przez nią momentami wrażenie, że oglądam dwugodzinny spot „Nie zdążyłam zostać mamą”. Okropnie nachalne potępienie wyboru kobiety, która postawiła na karierę i rozwój osobisty, a nie na dzieci. Obrzydliwość.
Jak już zaczęłam o paskudnych i nachalnych wątkach umoralniających, to jeszcze dorzucę do tego chłopców – wspomnianego już Graya i Zacha (Nick Robinson). Ci z kolei dobijali mnie rzewliwymi momentami z cyklu „jesteśmy braćmi na dobre i na złe”. To znaczy dobra, ja rozumiem pokazanie więzi między rodzeństwem. Fajnie. Ale nie przesadzajmy, dobrze? Zwłaszcza że w ogóle nastolatek pociskający takimi mdłymi tekstami jest dość niewiarygodny, no ale mniejsza, powiedzmy, że w ekstremalnej sytuacji wyłuskał z siebie całe pokłady wrażliwości.
No, jest oczywiście Owen (Chris Pratt), który… no, dla mnie to w sumie Star Lord, tylko tym razem nie obija się po kosmosach, tylko tresuje raptory. Ale jako postać jest do bólu wtórny i nieciekawy, a jego jedyny atut to fakt, że generalnie jest facetem ze wszech miar estetycznym.
Mamy jeszcze, oczywiście, różnych tam głupich i złych. Głupim jest właściciel parku, Masrani (Irrfan Khan – aye, naprawdę nazywa się Khan) – nie ma w sumie pojęcia, o co w tym wszystkim chodzi, a ja nie mam pojęcia, o co jemu chodzi. Z jednej strony film pokazywał go jako idealistę, który chce dobra zwierząt i ludzi i chce nieść jakieś przesłanie. Z drugiej, kiedy pojawiła się opcja, że może trzeba strzelać do Godzilli Indominusa Rexa z ostrej amunicji, wyskoczył z kosztami. Więc ja nie wiem, czy to w końcu naiwny głupek, czy jednak wyrachowany materialista. Wszystko jedno, bo i tak jest tylko kolejną postacią do zjedzenia.
Prawdziwymi złymi byli Vic (Vincent D’Onofrio) oraz Wu (BD Wong) – źli, paskudni, babrali się w genach i… Jeżusiu, jakimi byli kretynami. Tworzą nowy gatunek dinozaura, tak? Łączą geny różnych zwierząt, tak? I pierwszy problem z brzegu: Wu sobie łączy co chce z czym chce, a jego przełożeni nie mają pojęcia, co z czym i dlaczego. Bo tajemnica. No brawo. Ale żeby było zabawniej, okazuje się, że sam Wu też nie ma pojęcia, co zrobił. Kiedy dowiaduje się o kolejnych umiejkach, jakie zapewnił Indominusowi, wygląda na szczerze zaskoczonego. Ejże, chłopie – czy to nie ty masz być tym mądrym?
Z taką bandą niekompetentnych ciućmoków, to nic dziwnego, że całe przedsięwzięcie było skazane na porażkę. Ale, żeby było zabawniej, koniec końców okazuje się, że Vic miał wcale niezły plan z tym, żeby raptory polowały na Indominusa. Przecież gdyby nie te maluchy, film skończyłby się zgoła inaczej. Owszem, nie wszystko poszło tak jak miało (bo antagoniści byli idiotami), ale pomysł był naprawdę dobry.

Ale żeby nie było, że tylko narzekam!
Po pierwsze, kiedy na początku filmu usłyszałam tę charakterystyczną muzykę z Jurassic Park, zrobiło mi się jakoś tak ciepło na serduszku. Za tę muzykę jestem w stanie tak naprawdę wiele wybaczyć filmowi.
Po drugie, rehabilitowali T-Rexa. Uwielbiam ich za to. Właściwie z filmu można by wyciąć ostatni kwadrans i zapętlić – byłoby ciekawsze i fajniejsze. Był T-Rex! T-Rex forever!
Po trzecie, Murzyn przeżył. Wow. Nie ukrywam, zaskoczyło mnie to.



– Can we stay with you?
– I am never leaving you again!

– No, no, him. We mean him.

niedziela, 21 czerwca 2015

Szalejąc po pustyni

Serię Mad Max – jak pewnie każdy – zawsze całkiem nieźle znałam. To znaczy: wiedziałam, że młody i piękny Gibson, że pustynia i Tina Turner. Tyle tylko, że prawdę mówiąc nie miałam kompletnie pewności, czy ja te filmy naprawdę widziałam, czy może to było jak z Pulp Fiction: rozpoznawałam w ciemno soundtrack wiele lat przed tym, jak faktycznie obejrzałam film. Żeby nie żyć w niepewności, nim poszłam na Fury Road, obejrzałam cięgiem wszystkie poprzednie części.

Przede wszystkim, ogromnie zaskoczył mnie pierwszy z filmów. Niestety, było to zaskoczenie na minus. Nie chodzi nawet o to, że nie poginali po pustyni dziwnymi bolidami – wszak nie byłby to pierwszy z tytułów, gdzie ludzie kojarzą raczej klimat sequeli niż pierwowzoru (patrz: Rambo). Sęk w tym, że pierwszy Mad Max, z 1979 r., jest zwyczajnie nudny. I ma tytuł od czapy. Max przewija się gdzieś w tle i ani trochę nie przykuwa uwagi widza. Dla mnie przede wszystkim był tam Goose (Steve Bisley) – to o nim można prędzej powiedzieć, że był szalony. Tymczasem on chyba miał być tylko takim sidekickiem Maxa. Bo to Maxa nabudowali na samym początku, kiedy przez pierwszy kwadrans filmu widzieliśmy ciemne okulary Maxa, buty Maxa, rękawiczkę Maxa, tył głowy itp. No to widz się szykuje, że jak już zobaczy Maxa w całości, to będzie wrażenie jak przy kurde Godzilli. A tymczasem… lol nope. Tytułowy bohater najpierw jest na tak odległym planie, że ledwo go widać, a jak w końcu wychodzi na plan pierwszy, to jest jeszcze gorzej, bo śmiertelnie nudno. No wiecie: nie spodziewałam się cudów, ale żeby się nudzić na Mad Maksie? Równie dobrze można by się nudzić na filmie o ludziach zamkniętych w parku z wielkimi dinozaurami- oh wait. Ale o tym innym razem.
Nie potrafię w żaden sposób uzasadnić, jakim cudem Mel Gibson wypłynął na tej roli. Serio. Moim zdaniem równie dobrze Maxa mogłaby zagrać lampa.

A potem robi się coraz dziwniej, kiedy w 1981 r. dostajemy Mad Max: The Road Warrior. Chodzi mi tu o wciśnięcie między filmy zagłady nuklearnej. Gryzie mnie to. Niby George Miller zachował, a nawet podkręcił złomiastą, zdezelowaną estetykę z jedynki, niemniej czuję Wojownika Szos jako zupełnie oddzielny film, który zupełnie przypadkiem ma podobny tytuł. Max z dwójki nie ma właściwie nic wspólnego z policjantem z jedynki. Ot, jakieś niby wspomnienia, które po prawdzie nie są filmowi do niczego potrzebne, bo bohater w żaden sposób się z nimi nie mierzy, a ta przeszłość sprzed katastrofy nie ma nic wspólnego z bieżącymi wydarzeniami. A tak naprawdę do pociągnięcia pierwszej części nie trzeba było sięgać po atomówki. Mad Max pokazywał świat na krawędzi – świat, który przestał iść naprzód, a raczej padł na kolana i jeszcze jakoś niemrawo pełznie. Swobodnie można było kontynuować serię w tym samym stylu, coraz niżej i dalej, stopniowo. Bez tego nagłego skoku w pustynię.
A jednak, jeśli nie oceniam jej jako kontynuacji, a po prostu jako samodzielny film, dwójka wydaje mi się o niebo lepsza od jedynki (co, prawdę mówiąc, nie jest szczególnie dużym osiągnięciem). I nie chodzi o to, że yay, wreszcie mamy pustynię i wszystko jest jak należy. Pierwszy Mad Max mógł być naprawdę świetny, po prostu zabrakło chociażby bohaterów, którzy by go pociągnęli. Nie za bardzo wiadomo, o kim to jest. W The Road Warrior mamy już jakiś wyraźny konflikt i dużo bardziej wyraziste postaci. Owszem, jest nieco naiwny podział na dobrych i złych, który był bardziej zatarty w jedynce, ale to mi zupełnie nie przeszkadzało. Dostaliśmy dużo bardziej komiksową konwencję niż w pierwszej części, wszystko jest bardziej efekciarskie i przerysowane, więc i podziały kupuję z całym dobrodziejstwem inwentarza.
Oba filmy jednak mają przynajmniej jedną wspólną cechę: wizerunek złoczyńców. To są tak bardzo antagoniści lat osiemdziesiątych: tacy, których czas bezlitośnie pokonał. Antagoniści, którzy dziś wzbudzają tylko śmiech i facepalma, bo nie może być mowy o szokowaniu czy strachu. Czy to mowa o Obrzynaczu (Hugh Keays-Byrne) z jedynki, czy o Weza (Vernon Wells) z dwójki. Przepraszam, ale nie potrafię traktować poważnie antagonisty, który świeci gołymi pośladami, no. Taka ze mnie konserwa.

kadr z filmu: Mad Max: Beyond Thunderdome
(uśmiech tego kolesia w durszlaku był co najmniej
niepokojący)
Kiedy wchodzimy w temat części trzeciej, Beyond Thunderdome, to się zmienia. Entity (Tina Turner) jest inteligentna i niebezpieczna. Nie jest też taka do końca zła. Nie pasuje do wcześniejszych antagonistów i więcej ma wspólnego raczej z tymi z najnowszej części cyklu.
Tym razem widz nie dostaje żadnego przeskoku w świecie i czasie, wciąż tkwimy na tej samej pustyni co ostatnio – ale tutaj najsilniej narosły we mnie wątpliwości podczas oglądania. Bo tak na zdrowy rozum: seria zaczyna od pokazania nam dwudziesto-powiedzmy-pięcioletniego policjanta. Potem wielkie KABOOM!, dajmy na to, że w filmie mija więcej czasu niż za kamerą – powiedzmy, że z dziesięć lat. Bo przecież świat ma już za sobą fazę zimy nuklearnej. Dobra, niech będzie, że dziesięć lat. W trójce dorzućmy jeszcze parę lat, ale przecież nie za wiele, skoro tytułowy bohater wciąż jest piękny i młody. A co tam, niech będzie, że minęło piętnaście lat od pierwszej części. Zupełnie nie kupuję tego, jak głęboko siedzą już w tym nowym, pustynnym świecie wszyscy ludzie. Choćby Nix (Helen Buday) – ma ponad dwie dychy na karku, kiedy opowiada dzieciom o kapitanie Walkerze. Jakim cudem tak bardzo nie ogarnia choćby idei miast. Zakładam, że początek dzieciństwa spędziła w takim miejscu. I zupełnie bym się tego nie czepiała, bo przecież film nie mówi nam, ile lat dokładnie minęło, gdyby nie sam Max. Wyżej nerek nie podskoczymy, gościu po prostu jest za młody, żeby to wszystko miało sens. To kolejny powód, dla których z serii Mad Max należałoby wywalić pierwszą część, jako coś oddzielnego, jakąś próbkę, która do niczego nie jest potrzebna.

I tutaj wreszcie mogę przejść do ostatniego filmu z cyklu, czyli Fury Road.
Stwierdzam: to absolutnie najlepszy z Mad Maxów. Po prostu. Myślę, że reżyser wreszcie pokazał to, co chciał pokazać od samego początku: upadek ludzkości i szaleństwo. Wreszcie dostajemy obłęd, choć nie tkwi on w tytułowym bohaterze. Nie wiem: może przez te lata Miller sam poczynił jakieś postępy w sztuce, może to, czego mu brakowało, to budżet. A może to kwestia mojego punktu widzenia i faktu, że poprzednie części jednak mocno się postarzały (choćby wspomniani antagoniści).
Idąc do kina, przede wszystkim obawiałam się, że będzie mi przeszkadzał odtwórca głównej roli. Człowiek jest już tak przyzwyczajony, że Mad Max = Mel Gibson, że trudno mi było wyobrazić sobie inną opcję. Tutaj bohatera tytułowego gra Tom Hardy i… cóż, było mi wszystko jedno. Naprawdę. Okazuje się, że Max jest postacią tak szalenie bez wyrazu, że może go wciąż grać ta sama stara lampa, a można ją podmienić na doniczkę i wciąż będzie tak samo whatever. Hardy dał radę. Po prostu.
Ale tym razem George Miller wrócił trochę do tego, co było w jedynce: Max jest gdzieś obok. To nie jest film o nim, tylko o innych – w tym przypadku o Cesarzowej Furiosie (Charlize Theron). Żon nie liczę, bo bądźmy szczerzy: one są bagażem. Pakietem Dam w Opresji, które trzeba ocalić, nawet jeśli któraś czasem pokaże jakieś talenty. Istotnym bohaterem jest też Nux (Nicholas Hoult), zresztą to moja całkowicie ulubiona postać.
Swoją drogą, sporo czytałam w internetach opinii, jak to Fury Road wygrywa tym, że ma świetną postać kobiecą, że Furiosa to normalnie czysty feminizm i jaki to dobry film dzięki temu. Jakby to… nope, nie widzę tego. Tak, Furiosa jest dobra. To fajna bohaterka, choć spotykałam fajniejszych. Aye, przy okazji jest kobietą – to się czasem zdarza. Nie potrafię na nią spojrzeć w odwrotnej kolejności – czyli głównie jako na kobietę, potem jako na postać. Przepraszam, moim defektem jest to, że widząc człowieka, widzę człowieka – płeć idzie w następnej kolejności. Tym bardziej, że tutaj ta jej płeć nie miała większego znaczenia dla rozwoju fabuły.
Zresztą, to mi się akurat podoba we wszystkich Mad Maksach. Ten najnowszy nie jest mniej ani bardziej feministyczny od poprzednich. Kobiety w tej serii są przede wszystkim ludźmi i tak ich postrzegam: jako pełnoprawnych bohaterów, którzy nie są tworzeni wyłącznie pod płeć. Wspomniana już Entity – wspaniała kobieta, silna i niebezpieczna. A staruszka z jedynki? A wszystkie kobiety-obrończynie osady z dwójki? W moim odczuciu to jest najbardziej feministyczna rzecz, jaką można zrobić: sprawić, że postać kobieca jest… no, po prostu postacią, a nie nośnikiem manifestów, płciowości itp.

kadr z filmu: Mad Max: Fury Road
Wracając do Fury Road.
Podobają mi się ukłony w stronę części poprzednich. Mam tu na myśli pozytywkę (choć spodziewałam się, że będzie to jakoś rozwinięte, nie wiem – dziewczyna jest córką dzikiego dzieciaka czy coś?), ale też Wiecznego Joe (i tu znów Hugh Keays-Byrne). Właściwie nie poznaliśmy nigdy prawdziwego imienia Obrzynacza, więc kto go tam wie? Może to ponowne spotkanie (oj cicho, że niby jak po nim przejechała ciężarówka, to nie mógł tego przeżyć?). Lubię tak w każdym razie myśleć. To dodaje smaczku filmowi.
Uwielbiam Trepy. Pomijając już to, że ciągle mnie nurtuje, czy ich wygląd nie był odrobinę wzorowany na młodocianym szamanie z wioski dzieci z Pod Kopułą Gromu, to mam wrażenie, że w nich wreszcie Miller zdołał oddać to, co próbował od samego początku: szaleństwo. W końcu widz dostał prawdziwy obłęd, fanatyzm w wydaniu, który może zarówno niepokoić jak i wzruszać. Tak, bo mnie na przykład totalnie wzruszyła rozmowa Nuxa z Joem, kiedy Nux został Wybrańcem i otrzymał obietnicę wprowadzenia do Valhalli. Bo on w to wierzył tak bardzo. Był tak bardzo zaangażowany – oni wszyscy byli. Hasło „Podziw!” zupełnie mnie rozwaliło – i uświadomiłam sobie, że, biorąc pod uwagę realia, ja zupełnie rozumiem Trepów. I oni są po prostu wspaniali. Nux był pechowcem, próbował zginąć w chwale kilka razy i ciągle nie wychodziło – ale próbował nadal. Nie rezygnował. Dlatego jeszcze bardziej niż w przypadku innych Trepów zaangażowałam się emocjonalnie. Głupio mówić, ale uwielbiałam go i życzyłam mu śmierci z całego serca. W nosie właściwie miałam, czy koniec końców będzie tym złym czy dobrym. Chciałam, żeby wszedł do Valhalli.
To zresztą też – moim zdaniem – świadczy o wyższości Fury Road nad poprzednimi częściami: oto wreszcie ja – widz – angażuję się w losy bohaterów. Budzą emocje, a nie tylko pusty śmiech. Między mną a poprzednimi częściami był irytujący dystans, którego nie ma w najnowszym filmie z serii.

kadr z filmu: Mad Max: Fury Road
(Nux)
A tu muszę przywołać internety.
Rusty napisała u siebie, że Wieczny Joe, Farmer Kul i Ludożerca, trzej przywódcy połączonych sojuszem miast, to symbole dawnego porządku i nie mają prawa bytu w obecnym świecie.
Nie – zupełnie tego nie widzę. Dla mnie oni byli właśnie ludźmi, którzy współtworzyli ten nowy świat. Oczywiście, mieli wyraźnie przypisane role – ojciec, bankier, sędzia. Ale to dla mnie właśnie stanowi jeden z elementów świata po zagładzie: każdy ma rolę do odegrania. Trepy, Żony, Matki, Ojciec, Bankier i Sędzia. To nie są czasy, gdzie można sobie zostać kim się chce, gdzie można po pięciu latach pracy w ubezpieczeniach przerzucić się na handel kaparami. Tu ludzie są symbolami. Przywódców to dotyczy jeszcze mocniej: podwładni potrzebują silnych, wyrazistych symboli. Muszą wiedzieć, czemu i komu służą.
Walka z trzema starcami jest moim zdaniem właśnie walką z nowym porządkiem świata, który oni uosabiają – tym, który nadszedł po wojnie nuklearnej i który zdecydowanie nie jest dobry.

Od strony czysto wizualnej: film jest piękny. Dziwaczny przejazd przez bagna pasował raczej do jakiegoś obrazu Dalego niż do Mad Maxa – i bardzo wyraźnie zostaje w pamięci. Tak samo jak burza – totalnie przepiękna burza, którą pokochałam od pierwszego wejrzenia.

Pewnie są jakieś dziury fabularne. Na pewno są. Chociażby: skoro Furiosa już wiele razy próbowała uciec, to czemu u licha jest tą Cesarzową i prowadzi Machinę? Skąd takie pokłady zaufania?
Niemniej film mi się zdecydowanie podobał. To w ogóle pewien ewenement, bo to seria, w której najsłabsza jest część pierwsza, za to mamy bardzo mocną dwójkę i super mocną czwórkę, dokręconą po trzydziestu latach. To się po prostu nie zdarza. Na chwilę obecną wiem, że będę Fury Road jeszcze oglądać. Pewnie nie raz. Jest dynamiczny, ładny i ma świetnych bohaterów. Tytuł jest bardzo adekwatny, bo rzeczywiście niemal cała akcja dzieje się na drodze. Gniewu też jest dużo. Dobra rzecz. Bardzo, bardzo dobra rzecz.

Ach! Miałam nadzieję na więcej Ruskich w jeżusiach. Smuteczek.




I live. I die. I live again!
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...