piątek, 12 czerwca 2015

A gdyby tak pojechać na wakacje do Sektora Antian?

Właściwie nie mam bladego pojęcia, dlaczego jeszcze nie pisałam tutaj o planszówce Relic: Tajemnica Sektora Antian. To znaczy: ja byłam święcie przekonana, że pisałam, ale ostatnio sprawdziłam – nie, ani słowa. Nadrabiam to więc przy okazji niedawnego pojawienia się polskiej edycji dodatku do tejże, czyli Nemezis.
W najprostszych słowach można powiedzieć, że Relic to Talisman w skórce Warhammera 40000. Mechanika jest dość podobna i w gruncie rzeczy bardzo prosta. Poza jakimiś niuansami przy okazji używania konkretnych kart itp., można Relica ogarnąć szybko i bezboleśnie, a instrukcja – co cenne i warte odnotowania – skutecznie wyjaśnia ewentualne wątpliwości (czego nie można powiedzieć np. o instrukcji do Deadlands). Schemat planszy jest jak z Talismana. Nie ma, niestety, brzęczących monetek, ale jestem skłonna ten brak wybaczyć Relicowi. Bo z kolei daje coś od siebie.
Ale od początku.

Oto nieopodal Sektora Antian otworzyła się szczelina w Osnowie i w cholerę dużo różnorakiego, chaotycznego paskudztwa rozłazi się po samym Sektorze. Pojawiają się tam więc agenci Imperium, którzy będą próbowali spacyfikować Chaos i usunąć główne paskudztwo (karta misji leży pośrodku planszy i stanowi cel). Postacie nie walczą ze sobą, choć tu i ówdzie mogą na siebie nawzajem oddziaływać przy pomocy niektórych kart. Niemniej rozgrywka głównie polega na wyścigu do centralnej części planszy. Co generalnie ma sens, bo przecież wszyscy są obrońcami Imperium, a więc znajdują się w tym konflikcie po tej samej stronie barykady. Tak w każdym razie było w podstawce – i sprawdzało się całkiem dobrze, Relic nie nudził się – przynajmniej nie mi. Przypuszczam, że jeszcze bardziej może jarać kogoś, kto siedzi w uniwersum Warhammera 40000. Ja nie siedzę ani trochę (czego zresztą żałuję, bo z tych strzępów informacji, jakie czasem do mnie docierają, to jest bardzo fajne uniwersum, no ale cóż…).
Gra podobała mi się już od etapu wyboru postaci: losujemy dwie i spośród nich wybieramy sobie jedną. Dla mnie to idealne rozwiązanie, bo jednocześnie mam niespodziankę i mogę odłożyć na bok postać, którą ewentualnie hejtuję czy też po prostu jakoś spektakularnie nie czuję.
Ale to, co mnie kupiło najbardziej w Relicu, to Spaczenie (trochę tak „jest Spaczenie, jest zabawa”). Karty Spaczenia można ciągnąć przy różnych okazjach i często gra daje nam wybór: ciągniemy kartę i dostajemy np. ładny bonus do cechy, albo olewamy sprawę. Oczywiście, Fraa bierze Spaczenie, bo czemu nie? Otóż temu nie, że jeśli postać skompletuje sześć takich kart, zostaje spaczona i kończy się dla niej gra, a my musimy wylosować nową. Dodatkowo karty same w sobie dają różne ciekawe premie bądź wręcz przeciwnie, choć nie zawsze się aktywują. Właśnie cały ten pakiet niepewności związanej z kartami Spaczenia sprawia, że tak je lubię.

No i niezaprzeczalna zaleta gry z mojego punktu widzenia: w Relica można rżnąć od dwóch osób.

Potrzebowaliśmy trzeciego do brydża
do Relica
I tu właśnie wchodzi dodatek Nemezis: na razie mieliśmy dopiero rozgrywkę próbną, ale pewne wnioski można już wyciągnąć.
Raz: nie można grać od dwóch osób… to znaczy można, ale nie będzie wtedy Nemezis – i to smuteczek, bo wszak obecność Nemezis na planszy jest główną atrakcją dodatku. Niestety, do włączenia jej w rozgrywkę potrzeba minimum trojga graczy – acz tutaj taki atut, że to rozszerzenie zwiększa maksymalną liczbę graczy z czterech do sześciu.
Oczywiście, graliśmy z Nemezis.
Nemezis jest świetne – sprawia, że rozgrywka przestaje być dość banalnym pchaniem się byle do środka planszy. Wprowadza możliwość walk postaci, a także takie urocze rzeczy, jak karty Imperium i karty Nemezis, które działają z grubsza jak znane już karty Zagrożeń, Mocy i Ekwipunku, ale dotyczą (wiecie, dość trudno mi dzisiaj uniknąć powtórzeń…) Nemezis.
Nemezis nie wykonuje misji ani nie zbiera wpływów, tylko podbija sobie punkty Niesławy. 25 punktów oznacza wygraną Nemezis. Toteż pozostałe postacie muszą – poza podążaniem do głównego celu – również uprzykrzać życie Nemezis, ewentualnie nie dać się zabić.
Taki detal tylko: wydaje mi się, że Nemezis nie może odzyskiwać życia, chyba że pociągnie jakąś kartę ze specjalnym warunkiem. Ja miałam w ciągu rozgrywki jedną taką, której zresztą nie zdołałam zagrać. Połowę gry przejechałam na jednym punkcie życia. Ale nie wykluczam, że czegoś nie doczytałam i tak naprawdę mogłam się uleczyć szesnaście razy.
Oprócz Nemezis, są jeszcze Apostaci, którzy pojawiają się i znikają (postać może się znienacka stać Apostatą i nic na to nie poradzi), ale też wprowadzają dodatkowy element konfliktu.

Jeśli idzie o wykonanie, Relic jest fantastyczny. Sztywna plansza, grube żetony, świetne figurki. Piękne grafiki. Klimatyczne teksty. Naprawdę, nie mogę się do niczego przyczepić (nope, wróć: w instrukcji gdzieś mi mignęło „Eladar” zamiast „Eldar”). I jeszcze instrukcja czytelna i komunikatywna. A ruchomych elementów, które mogą się zniszczyć, dorzucili parę sztuk na zapas. Pudełko zaś jest konkretnie wypchane zawartością (w przeciwieństwie np. do Muszkieterów Króla, gdzie – choć samą grę uwielbiam – wszystko w pudełku lata, bo naprawdę trudno jeden stosik kart ustabilizować w tak wielkim, niemal pustym pudle).


I jakkolwiek mam świadomość tego, że jakoś niezbyt treściwie piszę, to tak naprawdę inaczej nie mogę: gra jest ładna, porządnie wykonana, ma proste i czytelne zasady, jest wciągająca, klimatyczna, dość dynamiczna i przy tym wszystkim nawet w przystępnej cenie. Co może pójść źle?

wtorek, 9 czerwca 2015

Fraa próbuje w fanfiki

Zasadniczo tego nie robię - nie wrzucam na bloga swoich tekstów. W sensie opowiadań. W grafomańskim kąciku robię wrzutki z redakcji czy małe fajknięcia z pisania NaNo i to tyle. Ale popełnię wyjątek, bo tak. Bo potrzebę odczuwam czy coś takiego. 
Dawno, dawno temu, kiedy obejrzałam recenzję Nostalgia Critica The Final Frontier, obiecałam sobie, że napiszę opowiadanie pod tytułem Romulanin, Klingon i człowiek wchodzą do baru. Długo nie było okazji, pomysłu, weny i w ogóle. Zresztą, nigdy w życiu nie pisałam fanfików, więc nie bardzo wiedziałam, jak się za to zabrać. W końcu jednak nadarzyła się okazja: konkurs organizowany w ramach wrocławskich Dni Fantastyki. Napisałam. Bawiłam się wcale nieźle (szczególnie riserczowanie daje wiele frajdy). Trochę zrozumiałam ludzi, którzy piszą fanfiki. Nie przeszkadza to jednak temu, że tekst nie miał szczęścia w konkursie. Ponieważ jest fanfikiem, nie mogę wiązać z nim żadnych szerszych planów. Ponieważ go lubię, mam parcie na upublicznienie go.
Takie tam. Kto chce, może sobie indżojować.

***

Romulanin, Klingon i człowiek wchodzą do baru


USS Exeter (źródło)
Dziennik osobisty, data gwiezdna: 4616.1
Opuściliśmy orbitę Minos Korva i lecimy w stronę grupy Talos. Moja pierwsza misja zakończyła się sukcesem – planeta jest niezamieszkała. Mówi się, że urządzimy tam kolonię. Szkoda, że cię tu nie ma – moglibyśmy to opić.
Statek jest ogromny. Nawet nie widziałem jeszcze kapitana Tracey’a. Poznałem za to Saarei, Wolkankę. Po kilku rozmowach z nią, wierzę we wszystko, co opowiadali w Akademii o poruczniku Spocku.

USS Exeter bezgłośnie mijał kolejne gwiazdy, wokół których wirowały martwe globy. Kosmos na pierwszy rzut oka nie wyglądał na przestrzeń pełną życia i skomplikowanych relacji międzygatunkowych. Mamił ciszą i ciemnością, kosmicznymi odległościami między poszczególnymi ciałami niebieskimi. Ale doświadczeni oficerowie Gwiezdnej Floty wiedzieli, że to wszystko ułuda – że na każdym kawałku skały może się kryć cywilizacja, a wraz z nią – eony historii.
Ettore Soldati nie był doświadczonym oficerem.
Kiedy wszedł do mesy, gwar uderzył go jak fala gorąca, rumieniąc policzki i pobudzając pragnienie. Wsunąwszy kartę do syntezatora, kadet rozejrzał się po sali, by po chwili raźnym krokiem przysiąść się do czytającej Saarei i postawić na stole dwie filiżanki kawy.
– Hej, co tam? – zagadnął Wolkankę. Ta odłożyła książkę i uniosła cienką brew w wyrazie umiarkowanego zdziwienia.
– Kończę Niekończącą się ofiarę – odparła wreszcie.
– Nie znam.
– Zdziwiłabym się, gdybyś znał.
– Powiedziałbym, że próbujesz mnie obrazić. Ale ty nie obrażasz, prawda? To byłoby nielogiczne.
– Owszem. – Saarei skinęła głową. – Zakładam, że literatura nie należy do twoich pasji. Byłbyś w sekcji naukowej, a nie operacyjnej.
– Nieprawda – obruszył się kadet. – Mógłbym mieć więcej niż jedną pasję, prawda? Mogę czytać w wolnym czasie, nie trzeba do tego być jajogłowym.
– A czytasz? – zapytała Wolkanka z nieprzeniknionym uśmiechem.
– Nie. Ale mógłbym! – Ettore siorbnął kawy. – Nie pijesz?
– Nie mam w zwyczaju stymulować się kawą, dziękuję.
– Jak było na Minos Korva? – zapytał po chwili. Sam nie odwiedził powierzchni planety – pełnił straż w hali transportera.
– To planeta klasy M. Atmosfera zaw-
– No tak, wiem. Ale czy było miło? – przerwał Wolkance Ettore.
– Miło? – Saarei ledwie dostrzegalnie uśmiechnęła się.
– Ech, nieważne. – Soldati machnął ręką. Dopił swoją kawę, wstał, ukłonił się pospiesznie i opuścił mesę.
Kobieta przez chwilę siedziała wpatrzona w drzwi. Następnie, przysunąwszy do siebie drugą filiżankę, upiła kilka łyków.

***

Dziennik osobisty, data gwiezdna 4619.4
Zboczyliśmy z kursu. Pytałem jednego porucznika – lecimy na Ronary Prime. Usłyszeliśmy wezwanie pomocy. Ciekawe… O ile pamiętam, Ronary Prime jest niezamieszkana. Cóż, niedługo się przekonamy. Mam nadzieję, że u ciebie na Korolevie wszystko gra.

Ettore przechodził koło mostka, gdy drzwi z cichym sykiem otworzyły się i wybiegł zza nich zaaferowany Tracey. Zmierzył kadeta surowym spojrzeniem i zawołał:
– Do transportowej. Weź fazer.
Następnie zaś pospiesznym krokiem oddalił się.
Przez chwilę Ettore walczył z odruchem rozejrzenia się, aby nabrać pewności, że kapitan nie mówił do kogoś, kto stał za młodzieńcem. Szybko jednak otrząsnął się z tej chęci i obciągnął bluzę.
Puścił się biegiem do turbowindy, pobrał fazer i w kilka chwil później stał gotowy w hali transportera. Oprócz niego, na powierzchnię Ronary Prime przenosił się jego kolega z Akademii, Rosaire, a także kapitan Tracey, doktor Carter i oficer naukowy, porucznik 
Ó Domhnaill.

Ettore zawsze odczuwał pewną nieufność wobec transporterów, niemniej stanął wraz z innymi w wyznaczonym polu i już wkrótce na mgnienie oka przestał czuć cokolwiek – jego ciało i umysł rozpadły się na czystą energię, która pomknęła wprost na powierzchnię planety, by tam odrodzić się na nowo jako Ettore Soldati.

Ronara Prime na pierwszy rzut oka była piękna. Nie sprawiała wrażenie gościnnej – gęste chaszcze i ostre skały sugerowały raczej mnogość jadowitych zwierząt, dokuczliwych owadów i trujących roślin – niemniej podobała się Soldatiemu. Wędrował wraz z innymi pośród soczystej zieleni, w niemal doskonałej ciszy, od czasu do czasu przerywanej tylko szumem ogromnych liści. Ettore nawet trochę się rozluźnił i, choć wciąż kurczowo ściskał fazer, zaczął wyciągać drugą dłoń, by chociaż musnąć te nieznane, szeleszczące w obcym języku kwiaty i pnącza.
Ó Dohmnaill rozpoczął marsz wedle odczytów tricordera. Kapitan Tracey, pełen jak najgorszych przeczuć, przestawił fazer na zabijanie. Carter rzucił dowódcy zdziwione spojrzenie, tamten jednak niczego nie zauważył. Dla nich las sprawiał wrażenie przyczajonego, jakby w każdej chwili planował rzucić się na intruzów i ich pochłonąć.
– Soldati, Rosaire, sprawdzicie wzgórze – wyszeptał Tracey, wskazując porośnięty pagórek, który wznosił się przed nimi.
Dwaj mężczyźni skinęli głowami i puścili się truchtem ku nieznanemu.

Przesadziwszy niskie, kolczaste krzewy, Ettore rozchylił gałęzie kolejnych zarośli. Usłyszał świst i nieprzyjemne mlaśnięcie, zaraz potem głuchy łoskot, równocześnie z którym ciepłe, lepkie krople chlapnęły na jego policzek i ramię. Soldati otworzył szeroko oczy, przez krótki moment sparaliżowany atakiem paniki. Zaraz jednak otrząsnął się – zerknął w bok, by ujrzeć Rosaire’a z dziurą ziejącą z trzewi, po czym rzucił się w krzaki, nie mając nawet czasu obetrzeć twarzy z krwi i wnętrzności tamtego.
Gdzieś na dnie podświadomości tliło mu się złe przeczucie, wyniesione z Akademii. „Dołącz do operacyjnych, a gwałtowna śmierć murowana”, mówili. „Nie dożyjemy emerytury”, mówili. Nie wierzył, oczywiście, w te wszystkie brednie. Rosaire nie zginął przez kolor bluzy, tylko przez własną nieostrożność. Było nie wystawiać głowy z zarośli. Przecież wylądowali na nieznanym terenie.
Soldati wysunął się z gąszczu.
Przed nim rozciągała się polana. W trawie tkwił, zaryty głęboko w ziemię, klingoński Bird of Prey. Jedno skrzydło werżnęło się w pobliskie drzewa, drugie zaś wbijało się oskarżycielsko w niebo. Kadłub tu i ówdzie był rozorany, jakby okręt po drodze przedarł się przez pas meteorytów.
– Klingoni? Tutaj? – warknął za plecami Ettore kapitan, mocniej ściskając fazer. – Idziemy – dorzucił.
Podbiegli do Bird of Prey i przyczaili się pod sterczącym ku górze skrzydłem. Na skinienie dowódcy, Soldati przesunął się wzdłuż kadłuba do włazu – drzwi rozsunęły się. Ettore głośno wypuścił powietrze, po czym skoczył do wnętrza klingońskiego okrętu.
Ciemność od czasu do czasu rozjaśniały iskrzące przewody, zwisające z sufitu. W czerwonej poświacie dochodzącej z mostka bluza Soldatiego stawała się niemal purpurowa. Ettore przełknął ślinę i skierował się w tamtą stronę, potykając się o oderwane fragmenty poszycia i kable rozciągnięte po całym korytarzu.
Drzwi zacięły się w połowie drogi między zamkniętymi a otwartymi. Kadet spróbował się przecisnąć, ale kiedy stwierdził, że to daremne, chwycił jakiś kawałek rury i z jego pomocą rozepchnął je na odpowiednią szerokość.
Przemykając na mostek, po raz kolejny usłyszał znajomy świst. Odruchowo rzucił się w bok. Klingońskie przekleństwo dało znać, że znów umknął śmierci. Wkrótce rozległ się za nim odgłos pospiesznych kroków, padł kolejny strzał z dezruptora, potem Ettore kątem oka dostrzegł blask z fazera i już było po wszystkim.
– Co ty sobie wyobrażasz?! – zawołał gniewnie kapitan, którego doktor odepchnął w ostatniej chwili i sam oddał strzał w stronę przeciwnika.
– Nie mamy wojny z Klingonami – odparł dobitnie Carter. – Nie możemy ich tak po prostu zabijać.
– On zabił naszego!
– Mógł nie wiedzieć, do kogo strzela. Jest ranny. Zabieram go do ambulatorium.
– To Klingon!
– To ranny – powiedział doktor, a Tracey już nie protestował.
Wkrótce Ettore doczłapał do grupy i znów przeobraził się w czystą energię.

***

Dziennik osobisty, data gwiezdna: 4623.8
Na statku poruszenie. Doktor Carter usiłuje poskładać Klingona. Ja mam na razie dość mocnych wrażeń. Rosaire nie żyje. Myślisz, że to prawda, co nam gadali, kiedy się zaciągaliśmy…?

Ettore nie potrafił uspokoić nerwowego kołatania serca. Miał przeczucie, że w najlepszym razie każda ekspedycja będzie w ten sposób wyglądała. W nieco gorszym – to on znajdzie się na miejscu Rosaire’a. Idąc korytarzami USS Exeter, w myślach układał własny nekrolog.
– Ależ uspokój się, przecież skończyłeś Akademię – karcił się w myślach raz po raz. Czuł jednak, że sam nie podoła. Potrzebował kubła lodowatej wody.
Takim kubłem mogła być tylko jedna osoba: Saarei.
Odnalazłszy jej kajutę, Ettore odetchnął głęboko i podszedł do drzwi. W chwili, w której się odsuwały, usłyszał głośne przekleństwo i łoskot. W pierwszym odruchu myślał, że Wolkance coś się stało – wpadł więc do pomieszczenia i potoczył spojrzeniem wokół.
Jego oczom ukazała się dysząca jeszcze ciężko Saarei, przewrócone krzesło i roztrzaskana szachownica, z pionkami rozsypanymi po całej podłodze. Ettore nie mógł pozbyć się wrażenia, że wygląda to dokładnie tak, jakby kobieta wściekła się, bo przegrała z komputerem w szachy.
– Co się… – zaczął niepewnie Soldati, ale Wolkanka prychnęła tylko i wyprostowała się.
– Awaria. Wyjdź – odparła.
– Ale ja-
– Wyjdź! – przerwała mu Saarei, a wyraz jej twarzy sugerował, że nie należy się sprzeczać. Soldati wycofał się. I jeśli przedtem był podenerwowany, to teraz już ledwo potrafił ogarnąć wyobraźnią, co się dzieje wokół niego.

– Ty jesteś tym Klingonem! – zawołał entuzjastycznie, wchodząc do mesy.
K’krag G’gevak podniósł ponure spojrzenie na kadeta i mruknął pogardliwie.
Siedział przy stole sam i wcale nie wyglądał, jakby brakowało mu towarzystwa. Od czasu do czasu ktoś z załogi rzucał nań nieufne spojrzenie, ale nikt głośno nie wyrażał swoich obaw. Przecież nie było wojny.
Soldati, wsunąwszy odpowiednią kartę do syntezatora, chwycił dwa kielichy z krwawym winem i zaniósł do Klingona. Ten łypnął ponuro na człowieka, ale w końcu przyjął napitek i wychylił duszkiem.
– Myślałem, że jesteście bardziej… no… niepodobni – zaczął zafascynowany Ettore. Teraz, kiedy wokół kłębiło się od członków Federacji, a K’krag nie miał broni, nie wydawał się aż tak przerażający.
– A ja myślałem, że jesteście mniej głupi – prychnął Klingon, ocierając wąsy z trunku.
Soldati fuknął, ale nie zamierzał rezygnować z nawiązania kontaktu z niezwykłym gościem.
– Nie powinieneś mieć… w Akademii nas uczyli, że macie karby… – Niepewnym gestem wskazał na czoło. K’krag poderwał się i huknął pięściami w stół.
– Jeśli zamierzasz mnie obrażać, lepiej weź broń! – zawołał.
Aż dziwne, jak w tym momencie zdołali usłyszeć syk rozsuwanych drzwi – niemniej dali radę, toteż uważnie obserwowali, jak Saarei wchodzi do mesy, rozgląda się, po czym podchodzi do nich, wbijając surowe spojrzenie w Klingona. Ettore miał wrażenie, że wciąż jest wściekła po szachach.
Niewyraźne przeczucie, to samo, które towarzyszyło mu, gdy Rosaire zyskał dodatkowy otwór w ciele, odezwało się i teraz – i kazało Ettore zmykać czym prędzej. Kadet jednak nie zamierzał go słuchać.
– Klingon! – zawołała z widocznym obrzydzeniem Saarei.
– O proszę, kogóż ja widzę! – parsknął K’krag, zaciskając pięści.
– Na Żywioły! Masz czelność tu jadać?! – żachnęła się tamta.
– Ej, ale uspokójcie się… – zaczął nieśmiało Ettore, choć widział, że to daremne. Klingon i Wolkanka… Wolkanka? Czy to możliwe, żeby Wolkanka do tego stopnia wpadła we wściekłość?
Ataehkh Khe’lloann – syknęła Saarei, a oblicze Ettore rozjaśniło się: teraz w końcu wszystko rozumiał! Romulanka!
Minęła chwila, nim Soldati uświadomił sobie, co właśnie ustalił. Co tu robiła Romulanka? Cofnął się o krok, ale było już za późno. Klingon i kobieta jednocześnie spojrzeli na niego, a K’krag warknął:
– Ktoś tu prosi się o szybką śmierć.
– Od dawna – zawtórowała mu Saarei, czy jakkolwiek się naprawdę nazywała.

Ettore Soldati cofnął się, ale nieznacznie: zaraz poczuł kolejny stół za plecami. Wodził wzrokiem od G’gevaka do Romulanki i z powrotem, a w międzyczasie serce podeszło mu do gardła i stanowczo domagało się wolności. Kadet po raz kolejny przeklął kolor własnego munduru, po czym wykonał długi skok przez stół, nim dosięgła go klingońska pięść.

niedziela, 7 czerwca 2015

"Ród" albo: nie jestem targetem Lyncha

Wciąż nie wiem, kim jest
babeczka na okładce.
Autor: Emil Strzeszewski
Tytuł: Ród
Miejsce i rok wydania: Bydgoszcz 2014
Wydawca: Genius Creations

Jakiś czas temu Siemomysła poleciła mi twórczość Emila Strzeszewskiego – głównie z naciskiem na Ektenię. Ja Siemowemu gustowi ufam, więc jak najbardziej wciągnęłam autora na listę „Do przeczytania”. Wisiał na niej jakiś czas, a wreszcie nadarzyła się okazja, że faktycznie sięgnęłam po jego twórczość – choć akurat nie po Ektenię, a po Ród.
Startowałam z czystą kartą – nie miałam bladego pojęcia, czego się spodziewać. Nie czytałam blurba ani nic. Tym, co mnie uderzyło na samym starcie, był styl: potoczysty, miejscami poetyzujący i pełen emocji. Narracja toczyła się powoli i niekoniecznie do przodu, czytelnik zaś kluczył między wspomnieniami a wręcz przeciwnie: zapowiedziami tego, co będzie. I zaskakująco łatwo dało się wskoczyć w ten rytm. To chyba temu zawdzięczam fakt, że płynnie i bez zastrzeżeń przeszłam chociażby przez coś w rodzaju notki biograficznej jednej z bohaterek na samym początku – choć zdaję sobie sprawę, że u kogoś innego i przy innym sposobie pisania to by było kliszowate, łzawe i po prostu słabe. Trącające okropnym banałem. Ale nie w Rodzie – tutaj wszystko zagrało i pasowało do całości.
W ogóle muszę przyznać, że pierwsza część – Matka – jest chyba moją ulubioną. Po pierwsze, jestem pozytywnie zaskoczona kobiecą pierwszoosobówką. Nie  mówię, że polubiłam główną bohaterkę – nie jest to typ kobiety, którą mogłabym polubić. W niczym to jednak nie przeszkadza temu, bym w nią uwierzyła i z zaciekawieniem śledziła jej losy. Choć fakt – chyba bardziej niż ona sama, zainteresowali mnie Adam i Zajęcza Warga. W szczególności ten drugi. No i to w Matce czytelnik poznaje niezwykły lokal, jakim jest Stoik. I tu muszę na chwilę odbiec od samego Rodu, Stoik bowiem spodobał mi się w dwojaki sposób – raz: po prostu jako świetnie pomyślane, fascynujące miejsce z tej właśnie powieści. Ale dwa: przez skojarzenie. Przywiódł mi na myśl Bibliotekarza Jelizarowa – a każdy, kto pi razy drzwi zna moje czytelnicze zamiłowania, wie, że Bibliotekarz mnie porwał, przemielił i wypluł, a potem przez jakiś czas nadal pozostawałam pod jego wpływem. W Stoiku dostrzegam podobne ujęcie magii jak w Bibliotekarzu. Owszem, u Jelizarowa chodziło o książki wywołujące coś w rodzaju transu, tutaj to wygląda zupełnie inaczej – w obu jednak przypadkach czytelnik ma do czynienia z czymś, do czego lgną zwykli, w ten czy inny sposób nieszczęśliwi ludzie; co sprawia, że zapominają o niespełnionych pragnieniach, planach i samotności. Nie wiadomo, co to jest i jak działa – ale uzależnia i daje jakiś ochłap szczęścia. Tak, Stoik zdecydowanie przypadł mi do gustu – no i dodatkowe plusy oczywiście lecą za sam fakt, że to właśnie „Stoik”, że ma agorę i stoa poikile, a pija się tam apateję. Jasne, przebijają tu autorskie zainteresowania, ale z tych zainteresowań zostało stworzone coś fajnego, a autor uniknął wykładów i wciskania czytelnikowi, co to nie on – rzecz trudna do przecenienia.

W części Ojciec jest już mniej Stoika, dodatkowo zabrakło moich ulubionych bohaterów, niemniej opowieść nadal wciąga. Moje główne zastrzeżenie dotyczy szachów – ale to zdecydowanie kwestia gustu, a nie żadna prawda objawiona i zarzut nieznoszący sprzeciwu. Po prostu mnie szachy nie jarają. Znam zasady, wiem, jak się ruszają figury, znam słowo „roszada” i nazwisko Kasparowa. I to właściwie tyle. Za dzieciaka grałam z tatą, adekwatną liczbę lat później zdarzyło mi się raz czy dwa z Ulvem – ale nie czuję szachów. Są dla mnie zbyt wymagające. A to właśnie szachy zdominowały Ojca. Jeśli ktoś chociaż odrobinę się tym sportem interesuje, będzie się tu czuł jak w ryba w wodzie. Ja historię śledziłam z zainteresowaniem głównie ze względu na echa poprzedniej opowieści – na tym etapie to są jeszcze drobiazgi, ale stopniowo gromadzi się ich coraz więcej.
W ogóle podoba mi się konstrukcja powieści – czytelnik stopniowo składa sobie dzieje tytułowego rodu i tak naprawdę do samego końca musi zachować czujność, żeby zapełnić wszystkie luki w tej historii.

Nie sposób jeszcze nie wspomnieć o Mieście. Tak, mamy w Rodzie miasto Miasto. Na szczęście w tym akurat przypadku to bardzo trafiona nazwa. To dziwna przestrzeń, zawieszona nie do końca wiadomo gdzie. Nie wiadomo nawet, czy poza Miastem w ogóle coś istnieje. Miasto jest właściwie samo w sobie bohaterem. Nie do tego stopnia co posiadające własną świadomość terytoria w Pokoju światów, niemniej Miasto ma wyraźnie wyczuwalny charakter, serce i duszę. Wspominałam, że lubię, kiedy przestrzeń staje się bohaterem? No. Lubię i już. Dodatkowo przestrzeń, w której osadzona jest fabuła Rodu, bardzo mocno przypomina mi Sin City. Zarówno pod względem klimatu jak i kolorystyki. Uderzyło mnie to gdzieś na początku, kiedy była mowa o mężczyznach w czarnych garniturach i kobietach w czerwonych sukienkach. W ogóle kiedy teraz o tym myślę, nie wiem, czy w powieści pojawiają się inne kolory oprócz czerwieni i czerni przechodzącej we wszystkie odcienie szarości. Nie przypominam sobie wzmianek o błękitach czy zieleniach. I to też bardzo fajnie się komponuje z pointą, choć nie będę się nad tym rozwodzić, żeby nie spoilować ani nie narzucić interpretacji.

No właśnie – końcówka. Dolne Miasto robi ogromne wrażenie, temu nie mogę zaprzeczyć. Było w tym z jednej strony coś odświeżającego, bo czytelnik wreszcie zobaczył coś innego niż Miasto, z drugiej strony stanowiło to przecież dopełnienie tego, co poznaliśmy do tej pory. Niemniej odnośnie części Tron mam mieszane uczucia. Myślę, że po prostu na tym etapie już miałam za dużo metafizyki i kombinowania, kto z kim i dlaczego. W międzyczasie zdążyłam zapomnieć, kim w ogóle był Joseph K. (pomijam fakt, że ciągle kojarzył mi się z Kafką – i prawdę mówiąc, nadal nie wiem, czy to nawiązanie było celowe, czy wyszło przypadkiem). Zrobiło się gęsto od religii i wizji, z których nie bardzo wiedziałam, co się wydarzyło naprawdę, a co było halucynacją bohatera. I domyślam się zresztą, że ta niepewność to efekt zamierzony – i tu muszę nawiązać do tytułu notki: Ród jest dobry. I zakończenie też jest dobre, mocne, zostaje w głowie – zostają kości, zostaje Pan Pneuma, zdzieranie taśmy z lustra i tak dalej. Po prostu to chyba nie do końca moje klimaty. Czytało mi się dobrze, ale po wszystkim właściwie nie wiem, co o tym myśleć. Nie mam siły się zastanawiać – może to jak z szachami: komuś może się spodobać, ale dla mnie jest zbyt wymagające.
Aha, w ogóle to nie wspomniałam o Panu Pneumie – podoba mi się pomysł. Uwielbiam fakt, że nazywa się go właśnie Pneumą, a nie innymi, dobrze znanymi słowami, które czytelnika od razu nastawiają w pewien określony sposób. „Pneuma” ma nieco inne znaczenie i pozwala patrzeć na tekst w oderwaniu od chrześcijaństwa. I niby tylko imię, a jednak dużo robi.
Zresztą, to nie jedyny detal, który dużo robi – szalenie mi się na przykład spodobał motyw z trzymaniem papierosa w lewej ręce. Znów: niby nie ma to wielkiego znaczenia, ale czytelnik to pamięta.

Nie byłabym sobą, gdybym jeszcze nie posmęciła na nieistotne pierdoły: mam wrażenie, że pod koniec redakcja była nieco zmęczona – bo w którymś momencie pojawiło się sporo powtórzeń. Nie aż tyle, żeby przeszkadzało, po prostu mam wrażenie, że wcześniej ich nie ma, a pojawiły się dopiero po pewnym czasie. Ale tak naprawdę mam tylko jedną wątpliwość, która zresztą mnie naszła na samym początku: w pewnym momencie mamy dialog:
„– Widziałam, jak wchodzisz na podwyższenie…
– Na agorę.
– Na agorę. Mówiłeś coś, ale nic nie było słychać.”

…a niewiele później inny dialog, przeprowadzony przez te same osoby:
„– Idź na agorę.
– Gdzie?
– Na mównicę. Na podwyższenie.
– A, to tam, gdzie ty wtedy stałeś.
Zrobił zaskoczoną minę.
– Nie wiedziałem, że mnie widziałaś…”

Ale dobra, może bohater ma krótką pamięć czy coś. A może to ja coś pomieszałam.
No i jeden, ostatni czep: Doowyloh – czy ja wiem? Żart zaskakująco trywialny jak na tak nietrywialną książkę. Jakoś nie pasował.

Ród jest tak naprawdę świetny – wymagający myślenia, pełen emocji i sugestywnych obrazów. Rzeczywistość miesza się z urojeniami, a czytelnik sam do końca nie wie, czy porusza się po znanym mu świecie, czy po piekle, czy jeszcze gdzie indziej. Mnie zafascynowały Greka i Stoik (co w moim przypadku jest dość oczywiste). Jestem pewna, że wielu może zafascynować funkcja szachów w całej historii. Pozaznaczałam sobie całkiem sporo cytatów, które podobały mi się z różnych względów. Natomiast czuję, że nie jestem targetem dla tej książki. To jak z filmami Lyncha: nie mam powodów przypuszczać, że są złe – wręcz przypuszczam, że to bardzo wartościowe produkcje. Po prostu nie są przeznaczone dla mnie.
Niemniej Ród polecam. Komuś.
Aha – aluzja do American Beauty – cudność.


Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję wydawnictwu Genius Creations.



I wtedy na środek lokalu wyszedł Adam. Wyłonił się nagle, jakby był tu cały czas, tylko ukryty, rozwodniony w zupie obojętnie patrzących ludzi. Stanął na podwyższeniu i otworzył usta.
Z gardła jednak nie wydobył się żaden dźwięk.
Dopiero potem dotarło do mnie, że wsłuchiwałam się w uczucia, które z siebie wyrzucał.

Opuściłam Stoik nad ranem, pełna niczego, pusta we wszystkim.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...