czwartek, 7 maja 2015

"Wolsung: Antologia" (zawiera lokowanie produktu)

Autor: praca zbiorowa
Tytuł: Wolsung: Antologia, t. 1
Miejsce i rok wydania: Kraków 2015
Wydawca: Van Der Book

Normalnie wrzucam jakieś pitolenie na wstępie, ale ten etap odwaliłam w poprzednich wpisach, więc przechodzę od razu do rzeczy.

Myślę, że z biznesowego punktu widzenia ta książka to majstersztyk. Raz: są znani pisarze, więc antologię kupi grono ich fanów. Dwa: są pokonkursowi debiutanci, więc kupią ją ludzie nawet totalnie z innej bajki – rodziny i znajomi autorów (nawet jeśli nie zamierzają przeczytać, zawsze można się pochwalić w towarzystwie, no nie?). Trzy: Wolsung sam w sobie to znana marka, więc kupią gracze. No i cztery: antologia jest dwutomowa, więc ogromna część, która nabyła lub nabędzie tom pierwszy, tkwiąc w pułapce prawa serii, kupi też drugi. Dla mnie bomba – i mam nadzieję, że plan wypalił i że kolejne także wypalą, bo życzę wydawnictwu jak najlepiej. Dość już mam oficyn, które upadają po wydaniu od jednej do czterech książek i chciałabym, żeby coś się zmieniło i żeby któraś wreszcie przetrwała. I wcale nie myślę tak tylko dlatego, że szukam dla siebie przytulnej norki, w której ktoś by powiedział „Tak! Chcemy wydawać to, co piszesz, gdyż ocieka to zajebistością!”…
No ok, może trochę.

Ale biznes biznesem – a jak wypada Wolsung: Antologia z punktu widzenia czytelnika?
Muszę podkreślić, że jestem zupełnie zachwycona wykonaniem od strony technicznej. Zarówno redakcja nie budzi większych zastrzeżeń (ok, ok, przewinęły się z dwa zdania, które jak dla mnie trochę dawały po oczach, ale to naprawdę były detale), korekta takoż (tak – dojrzałam chyba do tego, by się nie jarać znalezieniem literówki w książce. Korektorzy też ludzie). Bardzo podoba mi się okładka, no i zupełnie świetny wydaje mi się pomysł ze stroną tytułową, na której przy każdym nazwisku jest miejsce na autograf – cóż, mam co prawda całe trzy zebrane (w tym jeden od autora z drugiego tomu), ale gdyby się spiąć, na pewno można by złapać je wszystkie. Fajne są też ilustracje, a także to, że wykonywało je kilka osób, więc są w różnych stylach. Podoba mi się takie urozmaicenie, bo przecież i opowiadania są utrzymane w różnych stylach. Choć tu muszę nadmienić, że nawet żałuję, iż Igor Myszkiewicz zilustrował jedynie swój tekst – bo lubię jego ilustracje i chętnie widziałabym ich więcej. Niezmiennie uwielbiam grafiki z Fantazji Zielonogórskich.

A co do samych opowiadań: moim zdaniem ta – biznesowo zrozumiała – decyzja połączeniu tekstów pokonkursowych z tekstami profesjonalnymi jest trochę krzywdząca. W przypadku większości tekstów konkursowych widać nazbyt wyraźnie, że był limit znaków, który nie pozwolił uczestnikom rozwinąć skrzydeł. Intrygi są ściśnięte, opisy lakoniczne i tak dalej. Oczywiście, można stwierdzić, że jeśli autor ma napisać tekst na – załóżmy – dwadzieścia tysięcy znaków, to niech sobie w głowie znajdzie jakąś małą fabułkę, którą da się w tym limicie zgrabnie ująć. Jeśli wybiera wielowątkową sagę jako swój temat, to już jego problem i nic dziwnego, że będzie później ściśnięte. Nic jednak nie poradzę na tę zupełnie osobistą irytację, że autorzy wymienieni na okładce mogli się rozpisać, a taka na ten przykład ja musiałam się gnieździć w konkursowym limicie. Chętnie zobaczyłabym wolsungowe opowiadania autorów z okładki, ale takiej długości jak opowiadania konkursowe. Jestem bardzo ciekawa, kto jak by wypadł, bo jednak zupełnie inaczej czyta się i zapamiętuje takiego nieomal szorta, a inaczej pełnowymiarowe opowiadanie.
Z drugiej strony – czy fakt, że profesjonalni autorzy mogli się rozpisać, jest jednoznaczne z tym, że ich teksty są najlepsze? Ha! No właśnie ani trochę.
To, co mnie niezmiernie zaskoczyło, to fakt, że największe wrażenie na mnie zrobiło i najlepiej zapadło w pamięć opowiadanie  wspomnianego już Igora Myszkiewicza, Królowa Atlantydy. A zaskoczyło mnie to dlatego, że poprzedni tekst tego autora, z jakim miałam do czynienia, Korowód z drugiego tomu Fantazji Zielonogórskich, był w moim odczuciu taki nieco meh. Tutaj Myszkiewicz idealnie wykorzystał możliwości, jakie daje mocne ograniczenie objętościowe tekstu: zredukował fabułę do minimum i maksymalnie rozbuchał klimat. I właśnie ten klimat, jak dla mnie, zmiótł wszystkie inne opowiadania w tej antologii. Prawdę mówiąc, kiedy teraz zajrzałam do spisu treści, żeby sprawdzić, czy dobrze pamiętam tytuł, z pewnym zaskoczeniem zobaczyłam, że przedtem jeszcze jest opowiadanie Krzysztofa Piskorskiego (a więc autora okładkowego!) Archibald Compton i zaginione miasto Enli-La. Żeby było zabawniej, nawet jak już przeczytałam, że było, wciąż nie miałam pojęcia, co to za tekst – musiałam go przekartkować i dopiero coś mi się zaczęło przypominać. Dla mnie ta antologia zaczyna się od Królowej Atlantydy. Nawet jeśli to nieco krzywdzące dla Piskorskiego, którego tekst w gruncie rzeczy jest przyjemny i zabawny, humorem takim trochę w stylu Chmielewskiej.
Ostatnia praca Perfoklesa Durronta Pawła Majki jest dla mnie na drugim miejscu. Polubiłam Sherlocka Perfoklesa i szalenie podobała mi się relacja między nim a Herstingsem. Czy raczej głównie: to, jak Herstings postrzegał swojego genialnego przyjaciela. Brakowało mi właśnie trochę klimatu, ale to też mogło wynikać z tego, że raz – opowiadanie następowało zaraz po czymś, co było kwintesencją atmosfery; dwa – to kryminałek, a kryminałki w ogóle nie są moją ulubioną formą.
Na trzecim miejscu w moim prywatnym Wolsungowym podium ustawiam sobie Tajemnicę Kwadratu Hamiltońskiego Sylwii Finklińskiej – ciekawy pomysł i zgrabne wykonanie, do tego sympatyczni, wyraziści bohaterowie. Tylko może trochę niepotrzebnie rozdmuchana tajemnica i wielkie wyjaśnienie w końcówce. [SPOILER ALERT] No bo średnio inteligentny odbiorca – a za takiego się uważam – ogarnia, że jeśli w wodzie są bąbelki, bo się zmniejsza wyporność. Dlatego jak człowiek tonie i się zaczyna szamotać i pienić wodę, to tonie jeszcze bardziej. Skoro dla mnie to było od razu oczywiste, nie rozumiem, dlaczego bohaterowie postanowili być idiotami i dlaczego zaserwowano to czytelnikowi na końcu jako wielkie odkrycie. A myślę, że gdyby od razu wiedzieli, co jest na rzeczy, to by ani trochę nie popsuło tekstu, bo wciąż mogliby się zastanawiać, jak ogarnąć ten problem.[KONIEC SPOILERA]

A teraz poza podium:
Colossus Mateusza Bielskiego to jak dla mnie idealny przykład naprawdę świetnego pomysłu, zjedzonego niestety przez pośpiech. Podobne odczucia mam względem Głodu Huberta Sosnowskiego – ciekawi bohaterowie i interesujące relacje między nimi, ale całość pokazana pospiesznie, poszatkowana. Te dwa opowiadania powinny być po prostu dłuższe.
Jeździec wiwern Michała Studniarka, Dobre zakończenie Zbigniewa Szatkowskiego i Czarne Jaskółki Macieja Guzka były dla mnie po prostu ok. Czytało się gładko i przyjemnie,  po prostu nie do końca moje klimaty – ale ufam, że mogą się spodobać.
Barona Nuchternkopfa Tryumf Potrójny Simona Zacka to z kolei opowiadanie, co do którego mam mieszane uczucia. Cameo goni cameo i czytając czuje się, że autor świetnie się bawił, kiedy to pisał. Bah, nie wątpię, że bohaterowie poszczególnych cameo również świetnie się bawili podczas czytania. Dla czytelnika z zewnątrz jest to jednak nieco mniej zabawne, a tekst robi się trochę hermetyczny. Jest, oczywiście, przygoda i jest całkiem fajny baron, po prostu nie trafia do mnie ten humor. Ale znów: zapewne może się to podobać, po prostu nie mi.

W całej antologii tak naprawdę są dwa teksty, o których muszę powiedzieć, że mi się nie podobały. Przebudzenie Karola Woźniczaka i Krąg de Berville’a Marcina Rusnaka. W pierwszym z nich, choć zaczynało się w porządku, a fabuła znów zdawała się fajnie dostosowana do długości, to jednak rozczarował mnie banał, który zaatakował pod koniec. Wyświechtane moralizatorstwo i tłumaczenie po raz milionowy, że wojna jest fuj, a potem kiczowate zakończenie. Być może miało być zaskakującym zwrotem akcji. Ale wyszło wręcz przeciwnie. Drugie opowiadanie zaś cierpi na dwa problemy: raz – zupełny brak bohaterów. To znaczy są gadające głowy, które nawet mają imiona i nazwiska, ale to postacie straszliwie bezpłciowe. Ot, kukły, które są, no bo coś musi pchać akcję. Dwa – intryga. Tekst sprawia wrażenie kryminału, ale właśnie jako kryminał zalicza porażkę. Może wyjaśnię: dla mnie są dwa rodzaje kryminałów. Taki, gdzie czytelnik (lub widz) – że tak to ujmę – wie, kto zabił, ale śledzi losy detektywa (czy innego bohatera, który jest w miejscu detektywa), bo jest ciekaw, jak rzeczony detektyw rozkmini tę sprawę. Ten rodzaj kryminału wymaga naprawdę mocnego bohatera, którego poczynania będzie się chciało obserwować. Moim prywatnym przykładem jest tu serialowy Colombo. Widz był naocznym świadkiem zbrodni, ale i tak świetnie się oglądało Colombo w akcji. Drugi typ kryminału, to ten, którego nie czyta (lub ogląda) się dla postaci, a dla intrygi. Widz nie wie, co się stało i kmini razem z bohaterami. Przykład – Auguste Dupin. Ważna była zagadka, bo jednak sam detektyw nie był aż takim majstersztykiem jak Sherlock Holmes. A skoro już o nim wspomniałam – Conan Doyle jak dla mnie arcymistrzowsko połączył oba typy – ma fenomenalnego bohatera i zakręcone intrygi, które czytelnik próbuje rozwiązać wraz z bohaterem.
I tu wracam do Rusnaka. Jak wspomniałam, nie ma wyrazistego bohatera – czyli odpada pierwszy typ kryminału. Niestety, zagadki też nie ma, bo widz się orientuje, o co chodzi, bardzo wcześnie. A potem już tylko trzeba brnąć przez tekst, w którym nijakie kukły usiłują rozwiązać problem, którego rozwiązanie czytelnik już zna. I czytelnik się nudzi – ja się nudziłam.

Opowiadania są bardzo różne. Większość dobra, część nawet bardzo dobra. Myślę, że dwa słabe teksty jak na antologię trzynastu opowiadań to świetny wynik. Antologie to zawsze śliska sprawa, bo przy takim urozmaiceniu stylu i treści trudno oczekiwać, żeby jednemu czytelnikowi spodobało się wszystko. Książka daje też ciekawy obraz świata Wolsunga – choć łyknięcie go za jednym zamachem może być męczące. No ale skoro to zbiór opowiadań, to przecież nikt nie każe czytać go za jednym zamachem, prawda? Ja w każdym razie jestem zadowolona i owszem, teraz już z czystym sumieniem mogę polecić. Zwłaszcza jak ktoś lubi zagadki i intrygi, bo tych jest chyba najwięcej.




Dopiero na przedostatnim wagonie bicykl wywrócił się. Compton wyleciał z siodełka, przetoczył się po dachu i prawie spadł między łączenia wagonów. Odetchnął głęboko, wstał i ruszył pędem w kierunku dachu, na którego końcu czekali już Klara, Giles i profesor.
- Jedziemy do przepaści! Skaczcie! - krzyknął do nich.
- O co mu chodzi? - Giles spytał Klarę.
- Chyba: "idzie mi dobrze, patrzcie", czy coś takiego - wzruszyła ramionami półorczyca.
- Przepaść! Przed pociągiem! - krzyczał, podbiegając coraz bliżej nich Compton.
- Maść przed przeciągiem? - zgadywał Tonlay. - To bez sensu!
[Krzysztof Piskorski, Archibald Compton i zaginione...]
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...