czwartek, 12 lutego 2015

Pożegnanie ze Śródziemiem albo "Hobbit: Bitwa Pięciu Armii"


No dobra, chyba dobiłam do granicy cierpliwości. Tyle się już naczytałam o tym, jaki to Hobbit jest fuj, że odczuwam nieprzepartą ochotę otworzyć okno i wrzasnąć na całe gardło: „Podobała mi się Bitwa Pięciu Armii i chętnie poszłabym na nią do kina ponownie!”.
Żeby nie było niejasności: wciąż za najlepszą część uważam An Unexpected Journey. Dwa lata, które minęły od seansu(ów) w kinie ani trochę nie zmniejszyły ciepłych uczuć, jakimi darzę ten film – a może wręcz przeciwnie, podoba mi się coraz bardziej. Jednocześnie niezmiennie mam żal o część drugą – z powodów, o których pisałam. Na tym tle naprawdę bałam się o Bitwę Pięciu Armii. Z jednej strony widziałam, że Jackson umie w Tolkiena naprawdę fajnie. Z drugiej – że jak czasem coś schrzani, to po całości.
Ostatecznie trzecią część Hobbita uważam jednak za naprawdę udaną. Nie jest to Niezwykła podróż, ale zdecydowanie lepiej niż Pustkowie Smauga. W ogóle mam nieodparte wrażenie, że większość głupot wynikła z tego, że trzeba było coś zrobić z tym burdelem, jakiego narobili właśnie w poprzedniej części.
No bo ot – choćby nieszczęsny elfio-krasnoludzki romans. Trudno mi wyobrazić sobie bardziej zbędny wątek. Pamiętam, że ludzie narzekali na rozwinięty wątek Arweny we Władcy pierścieni. No, ale tam przynajmniej reżyser miał jakikolwiek punkt zaczepienia – istniał wątek do rozwijania. Tymczasem bardzo chciałabym napisać, skąd wzięty jest wątek z Tauriel i Kilim, ale tego nie napiszę, bo jestem damą i nie wypada. Na szczęście nie ma tego złego – bo nawet z tego idiotycznego tematu udało się filmowi wycisnąć coś pozytywnego: i jest to, o zgrozo, Legolas (jeśli pozytywnym aspektem wątku jest Legolas, to wiedz, że coś się dzieje). Tak, wspominałam już, że w Hobbicie ogólnie odpicowali elfa dużo fajniej niż we Władcy. Podtrzymuję. O ile związek Tauriel i Kilego był głupi i koszmarnie nudno poprowadzony, o tyle podobała mi się relacja Legolas – Tauriel. W tę właśnie stronę: czyli stosunek Legolasa do elfki. Jego bezradność wobec tego, że wybrała kraśka i jego ujmująca lojalność, choć mógłby być zazdrosnym sukinsynkiem. Jedno, co mi nie gra z Legolasem, to zakończenie, gdzie pada coś o kochaniu i o matce… i ja nie ogarniam, co to miało na celu. Pewnie chodziło o jakieś pokazanie… nie wiem: trudnego dzieciństwa Legolasa? Braku miłości w życiu? Trochę strzelam, bo to naprawdę było dokładnie z tego samego miejsca, z którego był wątek Tauriel i Kilego.
(kadr z filmu)
Niemniej nie mam pretensji – jak wspomniałam, to była kaszana rozgrzebana w Pustkowiu Smauga. Oczywistym było, że trzeba ją jeszcze zakończyć.
Trudno mi też mieć wąty o to, jak Legolas śmieje się w twarz grawitacji – zawsze to robił i nauczyłam się to akceptować. Głupawe, ale whatever. To Legolas.
Podobnie nie chcę się czepiać Alfrida – jest postacią irytującą, nieśmieszną i zbędną, ale poznaliśmy go w poprzedniej części, więc oczywiste było, że skoro film powiedział A, powie też B. Zresztą, odkąd widziałam Pustkowie Smauga z dubbingiem, jakoś tak cieplej myślę o Alfridzie (Boberek – jedyne światełko w tej dubbingowej kupie). No i może ja po prostu jestem pozbawiona poczucia humoru – bo w kinie ludzie obok mnie zaśmiewali się, kiedy Alfridowi złoto z cycków się posypało i takie tam…

Z rzeczy, które w tym konkretnym filmie wywołały moją irytację, mogę wymienić: Thorina, desant Beorna, zgony i zakończenie.
Po kolei:

Thorin – nie chodzi mi o niego samego, a raczej o ten jego obłęd. Uważam, że został pokazany po prostu nieumiejętnie, źle. Przy okazji Black Sails wspominałam o złotych lejach i dziwnych efektach – no właśnie, tego badziewia było zdecydowanie za dużo. Wyszło sztucznie, tandetnie i nachalnie. Kiedy jeszcze wcisnęli Thorinowi „ssssssssskarba”, zrobiło się tak, jakby mi ktoś szpadlem przez ucho ładował wyryte w kamieniu „CHCIWOŚĆ JEST ZUA”. Złoty lej w ogóle staram się wyprzeć, ale ciągle nie mogę. A przecież tak naprawdę gdyby oczyścić z tego film, po samym zachowaniu Thorina można by się zorientować, o co się rozchodzi.
Desant Beorna – no tak, tutaj w zasadzie chodzi o drobiazg, ale nie mogę tego pominąć. Było głupie, bezsensowne i zbędne. I nie wynikało z tego, że Beorn taki po prostu był. To nie były antygrawitacyjne brykania Legolasa. Beorn przecież był postacią zrobioną bardzo na serio. A potem zrobili coś takiego z Orłami… No i ej: dlaczego właściwie zmienił się w czasie skoku? Rozchlapany na ziemi naleśnik z miśka miał być dużo lepszy od naleśnika z człowieka…?
(kadr z filmu)
Zgony – pojedyncze łzy, śmierć ciągnąca się w nieskończoność (bo przecież trzeba jeszcze malowniczo pospacerować po lodzie i rzucić dramatyczne spojrzenie na pole bitwy, mimo że się ma dziury w stopie i brzuchu), pożegnalne mowy… to nawet zabawne, bo te rozbudowane i wysokobudżetowe sceny zgonów mnie zupełnie znudziły, podczas gdy w książce – choć były opisane bardzo zwięźle, by nie rzec: lakonicznie – autentycznie mnie ruszają do tej pory. Jedynie Fili wypadł nieźle, choć tu z kolei mam żal, że ta jego śmierć została potraktowana właściwie jakby nie miała żadnego znaczenia. W sumie nie miałam nawet czasu się zasmucić, bo już lecieliśmy z dramą Kilego. Ale to jest, niestety, pochodną tego, co było już w Pustkowiu Smauga: z równoważnego duetu „Kili i Fili” zrobiło się „Kili… i ten tam drugi, co za nim łazi”. Szkoda.
Zakończenie – a właściwie jego brak. Zniosłabym desant, złotą trąbkę i pojedyncze łzy, ale no za to to miałabym ochotę wydłubać Jacksonowi gałki oczne za pomocą kredki Bambino. Przypomnę może, o czym jest Hobbit: to historia kompanii krasnoludów i jednego hobbita, którzy idą do Samotnej Góry odebrać swoje złoto i królestwo. Naturalnym by więc było, że skoro przez dziewięć godzin budujemy tę historię, w zakończeniu wypadałoby pokazać widzowi, czy bohaterowie odzyskali złoto i królestwo, prawda? Nie. Bo kurwa trzeba podkreślić super-bardzo-mocno, że to prequel Władcy pierścieni. Co tam, że przez cholerne dziewięć godzin czekałam, żeby na tronie Ereboru zasiadł prawowity król – ważniejsze jest, żeby Bilbo popatrzył znacząco na Pierścień, prawda? Wrr. Tak samo bez zakończenia został wątek Barda, którego też budowali przez ładnych parę godzin. No ale już dobra, mimo wszystko Bard nie był głównym tematem historii. To znaczy okej, słyszałam, że wersja reżyserska ma zakończenie. Ale poprawcie mnie, jeśli się mylę: wersja reżyserska chyba powinna mieć różne sceny dodatkowe, które nie są konieczne do ogarnięcia samej podstawowej historii, no nie? Z dwojga złego można było do wersji reżyserskiej wcisnąć licytowanie Bilbowej norki (swoją drogą – szacun i wielkie wow, że w ogóle to wrzucili do filmu! Widocznie jednak czegoś się nauczyli po Władcy), bo to nie należało do głównej osi fabularnej. Ale wywalać z wersji podstawowej element, który powinien być naturalnym zwieńczeniem dziewięciu godzin filmu?! Jackson, czy ty naprawdę się z pośladkiem na mózgi pozamieniałeś?!

A jednak, mimo tych zastrzeżeń (które traktuję jako trzy lajtowe i jedno poważne), powtarzam: film mi się podobał. Godzinna rozwałka była ładna, efektowna i dynamiczna. Nawet jeśli czerwie jakby trochę pomyliły setting – bardziej mnie rozbawiły niż tak naprawdę zdenerwowały. Podobnie jak dziwne nieodcięcie głowy Bardowemu synowi – ot, takie tam „ale WTF?”. Podobało mi się, że krasnoludy wreszcie trochę odzyskały osobowości. Podobały mi się zjebki, jakie strzelił Dwalin Thorinowi. I jak wyraźnie Balin widział, że to, co się dzieje z Dębową Tarczą, to on już widział dwa razy. I podobało mi się, że fajnie i konsekwentnie trzymali się tego, że Bofur opiekował się Bilbem. Spłakało mnie, kiedy wszyscy wystąpili w pełnej płycie, a jeden Bofur do zbroi wciąż nosił swoją nieśmiertelną uszankę. Podobało mi się, kiedy ludzie chcieli zlinczować Alfrida (szkoda, że tego nie zrobili, sniff…). Jak mówiłam, podobało mi się, co Hobbit zrobił z Legolasem.
A tak naprawdę krążę wokół tematu i krążę, ale w końcu muszę to z siebie wyrzucić:

DAIN!!!!!!11!!!1oneone!!11!!jeden!1!

(kadr z filmu)

Oh. Maj. Gad.
Dain.
Dain mnie ómarł bardzo. Po wielekroć. Mogłabym zapętlić tylko tę część filmu, w której jest Dain – i oglądać ją do upadłego. Dain Ironfoot. Dain Zabójca Trolli. Dain, którego gra Billy Connolly, czyli Il Duce z moich ulubionych Świętych z Bostonu.
To dla mnie naprawdę ważne, ponieważ tak naprawdę to właśnie Dain stanowił mój największy lęk, odkąd w ogóle dowiedziałam się, że powstaje ekranizacja Hobbita. Bo w książce Dain wywarł na mnie ogromne wrażenie. I równie ogromnie panikowałam, że film to zaprzepaści. Owszem, film zrobił to zupełnie inaczej. Ale w tym przypadku „inaczej” wcale nie oznacza „gorzej”.

Aha, przypomniał mi się jeszcze jeden zarzut, ale to już właściwie nie dotyczy samego filmu: piosenka z Bitwy Pięciu Armii ssie. Podobało mi się, kiedy we Władcy Pippin śpiewał dla Denethora, ale nie przesadzajmy. To nie ten klimat.

Koniec końców, choć film nie jest wolny od wad, naprawdę świetnie się bawiłam w kinie.
A może to kwestia tego nieszczęsnego oglądania Pustkowia Smauga z dubbingiem dzień wcześniej…? Po czymś takim każdy film wydałby się świetny…

środa, 11 lutego 2015

Moje własne pięć świeczek, czyli urodziny


(źródło)
Kawiarka ZaFraapowana kończy dziś dokładnie pięć lat. 11 lutego 2010 r. założyłam na blogowym serwisie Gazety.pl – o wdzięcznej nazwie Blox – swój kącik. Pięć lat i jedną przeprowadzkę później jestem tutaj. Chciałabym wierzyć, że w ciągu tego, nie aż tak spektakularnego po prawdzie, czasu coś się zmieniło: rozwinęłam się jako widz, czytelnik, grafoman czy cokolwiek innego; że nauczyłam się składniej wyrażać myśli. Faktem jest, że w ciągu tych pięciu lat żadne wydawnictwo nie groziło mi sądem ani żaden reżyser nie żądał usunięcia recenzji. Bah, nawet głupiej gównoburzy w komentarzach nie miałam – uważam to za osobistą porażkę i mam nadzieję, że w ciągu kolejnych pięciu lat uda mi się nadrobić te wszystkie zaległości. Bez tego nie ma fejmu.
Niemniej, skoro już są te blogowe urodziny, tak sobie myślałam od jakiegoś czasu, że wypadałoby coś dziś napisać – jakąś taką Specjalną Notkę. Na jakiś temat, którego zazwyczaj nie tykam.
I parę chwil później temat sam mi się narzucił.

Blogosfera. Ha! Nie wiem, czy użyłam tutaj kiedykolwiek tego słowa. Nie lubię go. Strasznie uogólnia, podczas gdy tak naprawdę chodzi o bardzo szeroki i niezwykle urozmaicony obszar internetów, na którym jedynym wspólnym mianownikiem jest… no… serio, ja nie widzę żadnego wspólnego mianownika – takiego, który by rzeczywiście dotyczył wszystkich blogów i stanowił podstawowy wyznacznik tego, czym jest blogosfera. Nawet sam fakt posiadania bloga nie do końca działa, ale nie o tym miałam. Bo mi dzisiaj tak konkretniej chodzi o blogi książkowe – i o przedziwny problem, który wykwitł nie tak dawno w mediach, a którego nie ogarniam tak bardzo.
Wbrew pozorom, do napisania tego posta nie skłonił mnie wcale epizod z pewnym niesławnym pisarzem, co to zbluzgał bogom ducha winną dziewuszkę, której nie spodobała się jego książka. O pisarzu tym mam opinię wyrobioną od dawna, toteż akcja dosyć po mnie spłynęła. Natomiast kiedy zobaczyłam zapis debaty „Fachowcy vs amatorzy, czyli jak nowe media zmieniły krytykę literacką”, strzelił mnie jasny piorun. Dopiero później, jak już wgryzłam się w temat, zauważyłam, że to się wszędzie powtarza: jakiś dziwaczny dylemat, czy blogi książkowe psują krytykę literacką, czy są lepsze czy gorsze i czy taki stan rzeczy należy zostawić, czy też może trzeba naprawiać świat.
Ale zacznę od tego, co mnie wkurzyło najbardziej, czyli od pierwszego (albo jednego z pierwszych) pytania, jakie padło we wspomnianej debacie:

„Jak się zyskuje prawo do publicznego mówienia na temat tego, co piszą twórcy, co piszą inni piszący o literaturze? W jaki sposób stajemy się kimś, z czyją opinią inni czytelnicy, zwykli czytelnicy muszą się zmierzyć? Kto nas uprawomocnia, w jaki sposób zdobywamy szlify uprawniające nas do występowania w przestrzeni publicznej?”

Okej. Spróbuję napisać to powoli i spokojnie:
Nikt nikomu nie daje prawa do pisania o książkach. Tak samo jak nikt nie może tego prawa odebrać. Jeśli tak mi się spodoba, mogę wystawić na podwórko krzesło, stanąć na nim i wykrzykiwać, które nagrodzone Nebulą powieści uważam za słabe. Ktoś może uznać, że pierdolę głupoty, ale nie może mi odmówić prawa do zrobienia tego (chyba że będę w znaczący sposób zakłócać ciszę nocną czy coś). Podobnie jest z pisaniem. Oczywiście, gdybym chciała swoje pisanie o literaturze wcisnąć do jakiegoś czasopisma, redaktor może uznać, że chyba mnie zdrowo pogięło i odrzucić mój tekst – niemniej dopóki nie usiłuję wciągnąć w to osób postronnych, mogę publicznie pisać co chcę i o czym chcę. Dlatego pytanie, jak się zyskuje prawo do publicznego mówienia na temat czegokolwiek, uważam za głupie i w sumie nieco szkodliwe. Bo mi to cuchnie cenzurą. I wiem, że pewnie przesadzam, ale nic na to nie poradzę.
Takie moje prawo.

A jednak kwestia „prawa do wypowiadania się” została podchwycona.

„(…) sposobem na weryfikację tego, kto ma prawo się wypowiadać, jest sam Internet – to, że ktoś nasze opinie czyta albo nie. Można mówić o różnych patologiach tego systemu, o „kółkach wzajemnej adoracji”, a z drugiej strony o hejterstwie, ale jednak mimo wszystko w sieci dobra treść broni się po prostu sama.”

Nie rozumiem. Naprawdę nie rozumiem. To, że ktoś moją opinię czyta albo nie w żaden sposób nie świadczy o tym, czy mam prawo tę opinię publikować. Świadczy tylko o tym, że nie umiem ciekawie pisać. Ale nawet jeśli piszę zupełnie do bani, wciąż mam prawo wrzucać sobie te swoje wypociny na blogaska, choćby komuś się to straszliwie nie podobało.
Osobną sprawą są te „patologie” w postaci kółek wzajemnej adoracji – bo moim zdaniem ani to nie jest coś znamiennego tylko dla internetów, ani – szczególnie w tym kontekście – nie jest to żadną patologią, ale w sumie o tym za chwilę trochę więcej wspomnę, jeszcze tylko nieco popluję jadem w stronę tego, komu wolno a komu nie wolno pisać o literaturze:

„Czy trzeba być polonistą, żeby pisać o książkach?”

Nie. Mogę być wykwalifikowanym kierowcą wózka widłowego (chciałabym, tak nawiasem mówiąc…) i wciąż mogę pisać zarówno o książkach, jak i o historii odtwarzania tarpana leśnego.

W debacie jednak w końcu odczepili się od tego, kto może łaskawie pozwolić mi publicznie wypowiadać się o książkach – pojawił się temat właściwy: czy blogerska krytyka literacka jest do dupy i dlaczego tak.

Okej: abstrahuję tutaj zupełnie od tego, jak bardzo różnorodny jest poziom blogów okołoliterackich – bo wtedy można by się zagrzebać w przykładach, a nie o to chodzi. Załóżmy, że faktycznie mowa wyłącznie o tej części blogów, gdzie autorzy po prostu czytają bo lubią, a potem piszą w paru zdaniach, czy im się książka podobała czy nie. I dostają równie zwięzłe komentarze, bez głębokiej dyskusji nad środkami stylistycznymi zastosowanymi w omawianej książce.
A więc:

„(...) Recenzje w sieci odtwarzają pewne elementy tekstów krytycznoliterackich, tylko przyjmują nieco inną formę – są skrócone, bardziej dynamiczne, ich język jest nieco inny. (...) Każdy bloger książkowy, który chce w jakiś sposób się liczyć, musi udowodnić, że zna się na tym, co robi, że wie, o czym pisze. Musi udowodnić, że posiada wiedzę literaturoznawczą, że przeczytał w swoim życiu kilkaset czy nawet kilka tysięcy książek. (...) Blogerzy skupiają się raczej na konkretnych książkach, może nawet na własnych preferencjach czytelniczych, niż biorą pod uwagę kontekst krytycznoliteracki.”

Owszem, teksty na blogach przyjmują inną formę niż profesjonalne teksty krytycznoliterackie. Tak, blogerzy czytają zwykle to, co ich interesuje, mając w zadku konteksty. Yup, nie poczuwam się do bycia blogerką książkową (zresztą nie sądzę nawet, żebym przeczytała w dotychczasowym życiu te kilka tysięcy książek, smuteczek…), ale całkowicie rozumiem to podejście.
A wiecie, z czego ono wynika?
Z tego, że bloger nie pisze tekstu krytycznoliterackiego, na litość Jeżusia!
Blog w swoim pierwotnym założeniu był po prostu dziennikiem prowadzonym w sieci. Niezależnie od tego, jak wyewoluowała obecnie ta forma istnienia w Internecie, gdzieś u podstaw to wciąż jest ten osobisty dzienniczek, w którym mogę sobie zapisywać na przykład, jaki film ostatnio widziałam albo jaką książkę przeczytałam. Jeśli mnie to bawi, mogę to robić w sposób rozbudowany i profesjonalny, ale nie jest to moim obowiązkiem. Jeśli piszę na blogu notkę o Robin Hoodzie Pyle’a, nie myślę o tym w kategoriach analizy krytycznoliterackiej. Myślę o tym jako o powiedzeniu znajomym, że przeczytałam taką a taką książkę, podobała mi się. Dokładnie tak samo, jak mogłabym powiedzieć z piwem w ręku, w kuchni akademika. Albo podczas spotkania w kawiarni. Tyle tylko, że dzięki Internetowi to „grono znajomych” przybiera postać grona czytelników – najczęściej zresztą są to inni blogowicze, u których z kolei ja jestem czytelnikiem.
Tak, tworzą się grupki wzajemnej adoracji – a dlaczego nie uważam tego za „patologię”? Bo to przecież zupełnie naturalne w każdych relacjach – czy to internetowych, czy osobistych: ludzie tworzą sobie grupki, do których przynależność sprawia im frajdę. Jest wąskie grono bliskich znajomych, nieco szersze takich, których się widuje tylko na imprezach parę razy w roku – i tak dalej. Dlaczego jeśli ja i parę innych osób będziemy wrzucać sobie serduszka i radosne piski w komentarzach pod notkami to mamy do czynienia z patologią, a gdybyśmy radośnie piszczały w kawiarni – byłoby ok? Przecież jedyna różnica polega na platformie, na której odbywa się dialog.
Tak naprawdę wyważam otwarte drzwi, ponieważ to, o co mi chodzi, zwięźle i udatnie napisał swego czasu Misiael:

„Czy ich opinie zawsze są profesjonalne, wybitnie inteligentne, spójne i wyważone? Nie. Czy to coś złego? W żadnym razie, i to niezależnie od tego, co twierdzi Lewandowski. Dla mnie działalność blogerek książkowych to nie tyle krytyka, co internetowy ekwiwalent opowiadania o przeczytanych przez siebie książkach znajomym.”

Dlatego zupełnie, ale to zupełnie nie rozumiem, dlaczego krytycy literaccy dyskutują o blogach, jakby istniało tu jakieś współzawodnictwo. Jakby blogerzy chcieli wygryźć krytyków z interesu. Oczywiście nie mogę ręczyć za wszystkich, ale na moje oko, to jednak nie ma tu żadnej konkurencji i nie chcą wygryzać. Chcą po prostu opowiedzieć ludziom, z którymi z różnych względów nie mogą się spotkać przy piwie/herbacie, że przeczytali fajną albo niefajną książkę. Nie mają obowiązku silić się na oryginalną czy kontrowersyjną opinię tylko po to, żeby wciągnąć do dyskusji krytyka literackiego.

I dlatego też – tutaj jeszcze na momencik wrócę do pewnego niesławnego pisarza, co to bluzga ludzi – zupełnie nie rozumiem, jak można obrażać kogoś w imię tego, że ten ktoś na swoim własnym blogu za mało profesjonalnie napisał „nie podobała mi się ta książka”. Chciałoby się rzec: chcesz pan profesjonalnej krytyki? Idź pan do profesjonalnego krytyka, a nie do osoby, która po prostu dzieli się swoimi odczuciami z gronem internetowych znajomych.

Najgłupsze jest to, że tego typu debaty i ta dziwna, istniejąca również w mediach, chęć podciągnięcia blogów książkowych do poziomu czasopism krytycznoliterackich, chęć niemal odmówienia prawa do istnienia blogom, których autorzy po prostu piszą, że na przykład tego a tego bohatera polubili, mogą tylko narobić szkód. Bo – tu znów nawiążę do cytowanego już wpisu z Mistycyzmu Popkulturalnego – to fajne i cenne, że w dobie tak nagłaśnianego upadku czytelnictwa są ludzie, którym chce się czytać książki, namawiać innych do czytania książek i wymyślać coraz to nowe wyzwania, których celem ostatecznie przecież jest jak najszersza promocja czytania książek. I właśnie te nieprofesjonalne, niepełne i chaotyczne opinie często przekonują dużo lepiej, niż profesjonalne teksty krytycznoliterackie.
Znów muszę rzucić cytatem, bo mi się spodobało:
„Siłą blogera jest jego niedoskonałość. Odbiorcą książki czy każdego innego produktu są najczęściej osoby, które są niedoskonałe, nie mają kierunkowego wykształcenia itd. Nie trzeba być absolwentem polonistyki by czytać książkę, tak samo nie trzeba mieć dyplomu informatyka by korzystać z komputera. Jako przeciętny, niedoskonały nabywca ufam opinii innego niedoskonałego człeka, który powie mi co myśli o danym sprzęcie czy książce. I gwiżdżę na to czy profesjonalny recenzent bez dachu nad głową dostrzeże geniusz w "Mrocznej bohaterce" czy innym gniocie.”
Tak – to super, jeśli bloger ma chęci i umiejętności do popełniania głębszej analizy danego tekstu. Jeśli tylko umie o tym ciekawie napisać, mogę czytać, choćby wpis był długi jak diabli. Ale jeśli bloger nie ma chęci – to jego wybór i nikomu nic do tego. Jeśli chce pisać chaotycznie, bo w ten sposób biegną jego myśli – spoko, wolno mu. Jeśli olewa kontekst historyczno-kulturowy, a skupia się na tym, czy lubi czy nie lubi bohaterów – yup, też mu wolno, widocznie bohaterowie są dla niego ważni. Sama tak mam: dajcie mi ciekawych bohaterów, a dziabnę wszystko, choćby ci bohaterowie przez czterysta stron jedli bułkę. A jeśli jakiś krytyk literacki albo inny profesjonalista chce mi oznajmić, że wobec tego nie mam prawa pisać o książkach – to mam do powiedzenia w sumie tylko tyle:


Przypuszczam, że sporo zamieszania tak naprawdę wywołuje nadużywanie słowa „recenzja” – stosowanego wobec tekstów blogowych, które… no cóż, po prostu nie są recenzjami. Są opiniami, ale niekoniecznie recenzjami. Ja staram się unikać tego słowa w odniesieniu do tego, co piszę. Ale dość trudno o zgrabny zamiennik, no i ta „recenzja” jakoś się sama nasuwa, bo „opinia” jest z kolei zbyt ogólna i też nie wskazuje na to, czy mamy do czynienia z głębszą refleksją, czy ze stwierdzeniem „lubię placki”. „Dość Rozbudowana Opinia, Zawierająca Częściowy Opis Fabuły Omawianej Książki” też jakoś nie brzmi chwytliwie. No i potem pojawiają się pretensje do garbatego, że do ściany nie pasuje.

Do widzenia.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...