sobota, 24 stycznia 2015

Vikingdom. Po prostu Vikingdom.

Zapewne będą spoilery, bo mi się nie chce robić tak, żeby ich nie było.

Za dzisiejszy wpis dziękuję Kassandrze, która – choć w sumie chyba nie do końca miała takie intencje – podsunęła mi ten film. Vikingdom: Krwawe Zaćmienie to dość świeżutka produkcja, bo z 2013 r., w reżyserii Yusry Abd Halima… Yusry’ego Abd… Abda… Kuźwa. Reżyserem jest Yusry Abd Halim. Jeśli przyjrzeć się liście płac na końcu, okaże się, że nazwisko to przewija się tam dość często, co w jakimś stopniu wyjaśnia dla mnie całkiem sporo. Nie jest to poziom The Room, gdzie Tommy Wiseau gdyby tylko mógł, to pewnie zagrałby również wszystkich bohaterów, niemniej widać dość wyraźnie, że to był rodzinny interes.
Sama nie wiem, od czego zacząć… Ten film jest naprawdę niezwykły. Nakręcony przed dwoma laty, a wygląda, jakby atakował widza wprost z lat osiemdziesiątych. Nasi dzielni i napakowani Wikingowie popitalają po scenie w perukach z mopa i wygłaszają drętwe gadki o tym, że są Wikingami. I że umrą jak Wiking. I będą walczyć jak Wiking. I żyć jak Wiking. Spodziewam się, że siedząc w sławojce, wznoszą bojowe okrzyki i machają toporami. Wiecie – jak Wiking, nie? Wiking ani na sekundę nie może zapomnieć, że przecież jest Wikingiem!
Oczywiście, w drużynie nie może zabraknąć podstawowego pakietu: Azjata-Łotrzyk, dupa głównego bohatera piękna Cycolina-Łuczniczka (biegająca po śnieżnych  pustkowiach w obcisłej kamizeleczce, bo czemu nie), Czarna Owca /Źle Oceniany Towarzysz z Mroczną Tajemnicą, no i nie wolno zapominać o Najlepszym Przyjacielu. Bohaterowie ani na sekundę nie wychodzą z przypisanych im ról, bo i po co. Z postaci drugoplanowych mamy też na przykład dwóch braci, którzy za dużo się naoglądali Władcy Pierścieni, ale ci na szczęście szybko giną. Wszyscy – no, może poza Cycoliną i Azjatą – gry uczyli się w tej samej szkole, co nasi aktorzy dubbingu, a więc nie mówią, tylko deklamują, a ich głosy są mroczne i charkotliwe, jakby panowie mieli nimi co najmniej kruszyć skały.
kadr z filmu - Frey
Celem bohaterów, ma się rozumieć, jest uśmiercenie Wielkiego Złego, czyli – w tym przypadku – Thora. Thor ma głos jeszcze mroczniejszy od pozostałych i za każdym razem, kiedy się odzywał, nie mogłam powstrzymać spazmów śmiechu. Ale powiedzmy sobie szczerze: jeśli aktor grający Thora nazywa się Conan, to chyba należy się przygotować na ostrą jazdę.
Thor jest zły bo jest, bo chce śmierci i zniszczenia, chaosu i wogle. Ma piękną, czerwoną perukę i wąsy, które w każdej chwili mogą mu odfrunąć. Ale żeby nie było, że się czepiam: młot tego Thora podobał mi się o wiele bardziej od tego marvelowskiego. Tutaj faktycznie to było coś, co miało swoje gabaryty i, chciałoby się rzec, wagę. O tej wadze jednak przemilczę, bo w jednej scenie młot ślicznie odbijał się od schodów, więc ten tego… Ale u Marvela oręż Thora wygląda jak zabawka wyciągnięta z płatków śniadaniowych, podczas gdy tutaj faktycznie bóg nosi kawał ustrojstwa.
Dla odmiany Thor naoglądał się za dużo Gwiezdnych Wojen, więc należy się przygotować na „Eirick, ajm jor fader”. Łotewer.
Przy okazji: nawiązanie do The Room nie jest tak całkiem bezzasadne – główny bohater, Eirick, naprawdę wygląda jak Tommy Wiseau. Znaczy no – podpakowany Wiseau. Z facjaty, fryzury i aktorstwa nie mogłam się opędzić od skojarzeń.

kadr z filmu
Oprócz bohaterów, ogromnym problemem filmu są efekty. Wiem, że zdarzało mi się narzekać na CGI w Hobbicie. Ślubuję już nigdy przez jakiś czas tego nie robić. Bo to, co pokazało Vikingdom, to komputerowa orgia dla oczu. Sztuczne było wszystko: niebo, góry, trawa, drzewa… Swoją drogą, rozkoszna była walka głównego bohatera z niedźwiedziem. Momentami niedźwiedź wyglądał prawie jak pacynka. Inna sprawa, że walka była śmiertelnie nudna i nie bardzo ogarniam, dlaczego Eirick w strategicznym momencie odrzucił broń… pewnie był tak wikiński, że użycie noża czy toporka by mu uwłaczało. Prawdziwy Wiking nokautuje niedźwiedzia bez koszuli i za pomocą piąchy.

Natomiast bardzo mieszane uczucia mam do fabuły. Naprawdę abstrahuję tutaj od tego, jak wygląda Frey i Freya w podświetlanych złotych kieckach i że mieli Azjatę zupełnie zdupywziętego. Jak również od tego, jak bardzo mroczny był Thor. Po prostu muszę przyznać, że ten badziewny film miał gdzieś tam, głęboko pod warstwą głupoty, złego aktorstwa i niskiego budżetu, przebłyski. Dało mi do myślenia samo to, że główny bohater, wspomniany już Eirick, nim zanurkował w lodowatym morzu, został nasmarowany łojem. Wow. Pomyśleli o tym. Ja bym nie pomyślała. Oczywiście „nasmarowanie” w praktyce oznaczało tyle, że laska pomiziała go nieco po klacie, a przyjaciel klepnął po ramieniu, ale to już kwestia realizacji. Ja doceniam jednak sam pomysł.
kadr z filmu (Brynna, której mrozy niestraszne)
Podobali mi się też odwiedzani po drodze królowie – to znaczy podobało mi się, jacy mogliby być, gdyby nie zostali tak skaszanieni. Po pierwsze więc, mieliśmy króla Wikingów – młodszego brata Eiricka. Imienia nie pamiętam, nieważne. Chodzi o to, że został zaprezentowany jako zły, zawistny, zazdrośnie strzegący swojego miejsca na tronie i tak dalej. Okej, mogłabym to kupić. Wyobraźmy sobie sytuację: starszy brat, król, ginie na polu bitwy. To dla młodszego szansa, żeby wreszcie być kimś. A potem nagle ten starszy wraca, bo go Freya przywróciła do życia. Młodszy mógłby być wkurzony. Mógłby mieć manię prześladowczą i mógłby być przekonany, że starszy lada moment upomni się o tron, nawet jeśli starszy zapewnia go, że w ogóle go to nie interesuje. Tak, to wszystko można by fajnie zrealizować. Ale Vikingdom realizuje to badziewnie, zamykają całą tę kwestię jednym głupim dialogiem, w którym mam wrażenie, że rozmawia ze sobą dwóch idiotów. I było mi autentycznie żal, kiedy to widziałam.
Eirick na swojej drodze napotyka też drugiego króla, Karla Rudobrodego. Nie polubiłam go tylko dlatego, że był Rudobrody! Naprawdę! …no dobrze, to poważnie przemawiało na jego korzyść, ale nie w tym rzecz. Też był złym władcą, ale innym od tego poprzedniego. Ten był tchórzliwy i rozpustny. I też można go było fajnie pokazać – jego i jego rządy. Ale zamknęli to w jednej głupiej scenie i schrzanili motyw, który mógł ładnie zagrać.
kadr z filmu (Źle Oceniany Towarzysz z Mroczną Tajemnicą)
Dalej: wspominałam, że Eirick nurkował w morzu – tak, nurkował bowiem do bramy Helheimu, by przejść w zaświaty i wydobyć stamtąd róg. Mniejsza o róg i o całą misję. Podobał mi się sam patent odwiedzenia zaświatów – ot, przefajny akcent w typie Odysa, trochę taki ukłon ku starożytności. Odwiedzanie zaświatów zawsze dobre. Tym bardziej, że spotkał tam ojca. I to też mogło być fajne – bo oczekiwał, że ojciec chleje z innymi w Valhalli, a tymczasem się okazuje, że niekoniecznie. To mogła być świetna konfrontacja. Mogły być emocje. Ale znów: zamknęli to w jednym głupawym dialogu. W ogóle pobyt w Helheimie był idiotycznie banalny i w żaden sposób nie udowodniono tego, co było gadane: że to takie trudne, że są straszliwe niebezpieczeństwa i takie tam. Pies, który miał być okrutną, czujną bestią, okazał się… cóż. Najpierw myślałam, że wygląda trochę jak Falkor po chorobie, ale jak pokazali go całego, to odniosłam wrażenie, że jednak wyszła mi bestia z Monty Pythona. Na łeb chyba poszedł cały budżet tego filmu, toteż korpusik był mały i kretyński, a cały stwór nie zrobił tak naprawdę nic ponad to, że trochę poryczał. Ok., zeżarł ojca, co mnie zastanawia na wiele sposobów. No bo raz: zjadł martwego kolesia – smaczne toto? Dwa: gdyby ojciec dla odmiany spitolił, zamiast dać się zeżreć, czy to by naprawdę coś zmieniło? Trzy: nie głupio wystawiać nad jeziorem strażnika, który boi się wody? No on autentycznie miał problem, bo jak tylko Eirick zanurkował, był bezpieczny.
kadr z filmu (druid i Eirick)
Ach, no tak, po ucieczce Eiricka z Helheimu mieliśmy jeszcze głupawą sekwencję wizji pod wodą, które wyglądały trochę jak pokaz slajdów. Wspominałam, że efekty w tym filmie zasysają na potęgę?
Sam zwrot akcji pod koniec, ujawnienie się tych złych, nie było złe. To znaczy chodzi mi po raz kolejny o pomysł. Faktycznie, nie przyszło mi do głowy, że ten gościu, który naoglądał się za dużo Hobbita i uwierzył, że też może być Thranduilem, będzie współpracował z najgorszym ze złych, samym ubermrocznym Thorem.


To zły film. Bardzo, bardzo zły film, z fatalnym, drewnianym aktorstwem, idiotycznymi kostiumami, boleśnie sztampowymi bohaterami (och, ten druid, który łypał na boki, żeby wyraźniej dać do zrozumienia, że jest taaaaki magiczny! – choć sam fakt, że był druidem i czerpał moc z natury – znów liczę jako plus), zupełnie beznadziejnymi kostiumami i charakteryzacją. I w mojej opinii jest tym gorszy, że wydaje mi się, jakby scenarzysta tu i ówdzie miał fajne pomysły, tylko one są wykastrowane i sprowadzone do bzdury. I mi szkoda. Ewidentnie widać, że jak się nie ma ani pieniędzy, ani umiejętności, należy odpuścić sobie robienie filmu. Bo tutaj zabrakło jednego i drugiego. Przez co Vikingdom jest tak złe, że nawet nie jest śmieszne.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...