niedziela, 5 października 2014

Granie na Fraakranie (32) - Sherlock Holmes: Crimes and Punishments

Bałam się tego obrazka - na szczęście w grze
Sherlock nie wygląda, jakby urwał się z CSI.
Nie wiem, co powiedzieć. Naprawdę. Skończyłam wczoraj grę – jarałam się, byłam zachwycona i w ogóle, w dodatku było mi smutno, że to już i że teraz nie bardzo wiem, w co włożyć ręce. Potem przeczytałam dwie recenzje (na gram.pl i na gikzie, bo na grach-online to tylko przejrzałam pobieżnie przed chwilą – w gruncie rzeczy one wszystkie są bardzo zbliżone w treści) i zaczęłam się zastanawiać: skoro Sherlock Holmes: Crimes and Punishments to gra tak gówniana, dlaczego ja się tak doskonale bawiłam przez te paręnaście godzin rozwiązywania sześciu zagadek?

Po chwili zastanowienia chyba widzę dwie przyczyny: 1) nie jestem grową wyjadaczką i nie uważam, żeby gra była coś warta tylko wtedy, gdy zwycięstwo będzie okupione wieloma tygodniami pełnymi krwi, potu i łez; 2) jestem kobietą – i na grę patrzę po babsku: fajny którykolwiek bohater? Yay, gram! A, co tu dużo gadać, Sherlock jest fajny. Bardzo fajny. Zauroczył mnie zupełnie w Testamencie (śmieszna rzecz, swoją drogą: ostatni raz o jakiejkolwiek grze pisałam przeszło rok temu i była to właśnie poprzednia odsłona serii o Sherlocku), ugruntował swoją pozycję we Froowym serduszku w Zbrodni i Karze. Przede wszystkim chodzi o głos. Nie mam pojęcia tak naprawdę, czy w Testamencie głos detektywowi też podkładał Kerry Shale – nie udało mi się znaleźć takich informacji (wiem tylko tyle, że już nie Rick Simmonds). Nie zmienia to faktu, że uwielbiam głos Sherlocka Holmesa. Rzekłam. Natomiast cała Holmesowa stylówa, ta surowa, pociągła twarz i uważne spojrzenie ze wszech miar przypominają mi bohatera Przygód Sherlocka Holmesa z lat osiemdziesiątych, gdzie w główną rolę wcielił się Jeremy Brett. W grze kierujemy poczynaniami Bretta z lepszym głosem, no. Wewnętrzna fangirl piszczy z radości.
Natomiast nie ukrywam, że – chyba w ramach kontrastu do głównego bohatera – niemożebnie działał mi na nerwy Watson. To znaczy właściwie postać była w porządku, bardzo mi pasował, miał jednak dwa główne problemy: po pierwsze, tak naprawdę równie dobrze mogłoby go nie być, bo jego rola była znikoma. Po drugie… cóż, był. Był zawsze w najmniej odpowiednich miejscach w nieodpowiednim czasie. To znaczy: sterczał zawsze tam, gdzie właśnie chciałam przejść. I sterczał tak, ani go obejść, ani przeskoczyć, ani przesunąć. W dodatku nie było opcji, żeby go zastrzelić. Miałam cichą nadzieję, że jeśli rozwiążę wszystkie sześć spraw, w ramach bonusu odblokuje mi się zagadka tajemniczej śmierci doktora Johna Watsona, ale nic z tego. I tak całkiem fajna postać przeistoczyła się w grze w irytującą, bezużyteczną zawalidrogę. Szkoda.

Teraz wiem, że on wcale nie strzelał do waz.
Naprawdę próbował ustrzelić Watsona.
Tak bardzo rozumiem...
Ale czas napisać coś o samej grze, prawda? No więc tak: sześć oddzielnych, niepowiązanych ze sobą spraw – to ma swoje wady i zalety. Z jednej strony trudno się naprawdę wkręcić w daną historię, bo jak tylko zaczynamy się wczuwać, ona się kończy i startujemy znów od zera. Z drugiej jednak, to daje fajną możliwość zrobienia sobie growego serialu. Sprawa-dwie na wieczór i idziemy spać, jutro kolejny odcinek. Do takiego bezstresowego, casualowego grania mogłoby tych spraw być nawet więcej, wtedy naprawdę miałabym swój serial.
Dalej: poziom trudności. W recenzjach głównym zarzutem jest to, że gra jest za łatwa. Że twórcy prowadzą gracza za rączkę, dokładnie wiemy, w którym momencie trzeba uruchomić wyobraźnię, w którym trzeba się uważniej przyjrzeć, na co kiedy kliknąć i tak dalej. No cóż… to prawda, gracz jest prowadzony za rączkę. Nawet mi wydawało się trochę głupie, że gra nie pozwala mi samej obstawiać, czy w danej stodole muszę użyć uważniejszego patrzenia czy jednak nie i że nie mogę sama co jakiś czas klikać we wskazówki, żeby się przekonać, czy już mogę dojść do jakiejś konkluzji czy jednak nie. Natomiast same historie uważam za ciekawe i fajne. Nie nudziło mnie zaglądanie pod mankiety i za kołnierzyki każdemu napotkanemu człowiekowi – wciąż uważam to za fajną umiejkę. Tak, nie zawsze te obserwacje na coś się przydawały. Ale przecież zaczynając z kimś rozmowę, detektyw na wszelki wypadek wypatruje wszystkiego, co w ogóle może mu się przydać. Nie ma możliwości zgadnąć, które faktycznie się przydadzą, no nie? Fajnymi umiejkami zresztą było też wspomniane już uważniejsze patrzenie i przede wszystkim - wyobraźnia, dzięki której odtwarzaliśmy sekwencje wydarzeń. Aż szkoda, że nie dawało się tego używać częściej.
Jeśli idzie o łamigłówki, to ich problemem dla mnie nie było raczej to, że są za łatwe, ale to, że niemal wszystkie są takie same. Dopasowujemy wzorek na obracającym się cylindrze – i to tyle.
Tu muszę zaznaczyć, że opowiadania Doyle’a czytałam. Dawno, więc niewiele z nich pamiętam – a już na pewno nie tyle, żeby rozpoznać, które sprawy są wyciągnięte żywcem z prozy, a które wymyślili twórcy gry. Ale jeśli mam być szczera, to sięgnięcie do literackich oryginałów uważam za fajny akcent i liczę jako plus.

Tak, wiem: gra ma swoje wady. Zwłaszcza dotkliwe dla wprawionych graczy. Mnie one nie bolały. Ja miałam postać do lubienia i fajny klimat. Szczerze mówiąc, mi to zupełnie wystarczy. Bawiłam się świetnie i jest mi smutno, że gra się skończyła, nawet jeśli to nie kac. Chciałabym jeszcze. Nawet jeśli to Testament budził większe emocje, bo przecież tam na celowniku był sam detektyw. Crimes and Punishments to… cóż, taki zbiór ciekawych opowiadań. Myślę, że Doyle by bardzo approved. W każdym razie dla mnie to był zakup ze wszech miar udany.





Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...