niedziela, 31 sierpnia 2014

Fraa w czytelni (91) - "Księżniczka Marsa"

Autor: Edgar Rice Burroughs
Tytuł: Księżniczka Marsa
Tytuł oryginału: A Princess of Mars
Tłumaczenie: Darosław J. Toruń
Miejsce i rok wydania: Poznań 1990
Wydawca: SAWW

Księżniczka Marsa to jedna z tych pozycji, o których bardzo trudno mi się pisze. Nie dlatego, że mam jakiś szczególnie ambiwalentny stosunek, to by było pół biedy. Po prostu o ile narzekać na coś można przez wiele stron bez zająknięcia, o tyle nie do końca radzę sobie z zachwytami. A kiedy myślę o powieści Burroughsa, nasuwa mi się tylko radosny pisk i machanie rękami. I dwa słowa:
John. Carter.

Jeśli ktoś pokusiłby się o pomyślenie, jak wyobrażali sobie Marsa ludzie przed stu laty, z dość dużą dozą prawdopodobieństwa uzyskałby wizję zbliżoną do tego, co przedstawił Borroughs w powieści. Jego koncepcja jest całkowicie anachroniczna i nie ma krztyny szansy, że cokolwiek z niej może przetrwać próbę czasu. Począwszy od słynnych kanałów, a na mieszkańcach Czerwonej Planety kończąc. Z drugiej strony, jeśli się zastanowić i wziąć jednak pod uwagę, kiedy powstawała Księżniczka Marsa, trudno nie docenić, jak to jednak jest przemyślane. No, może za wyjątkiem końcowego epizodu z jajkiem. Mam niejasne wrażenie, że w tamtym punkcie autor już popłynął.
Tyle tylko, że to nie jest książka, którą by się czytało, żeby dowiedzieć się czegoś o Marsie.
To się czyta dla Johna Cartera, bądźmy poważni. John Carter od początku do końca. Jest to bohater ze wszech miar cudowny, trochę jak Ijon Tichy, tylko może nieco bardziej na serio. W jakiś sposób kiedy Carter mówi o swojej wrodzonej skromności, trochę bardziej w to wierzę, niż kiedy Ijon Tichy podkreśla, że jest odważny, błyskotliwy, silny, a nade wszystko skromny. Niemniej są to dla mnie podobne typy postaci – typy, które sprawiają, że lektura jest tak przyjemna, a czytelnik radośnie mknie wraz z bohaterami od przygody do przygody. John Carter kopie tyłki, rozkochuje w sobie kobiety, łączy rodziny, obłaskawia bestie i… cóż, czego nie jest w stanie zrobić John Carter, hah!
John Carter ma – z mojego punktu widzenia – jeszcze jedną, zasadniczą zaletę: jest konfederatem. Nie mogę go nie uwielbiać.
Jasne, są w powieści i inne postacie. Jak o tym myślę, to nawet kilka pamiętam – ot, choćby tytułową księżniczkę. Albo marsjańską opiekunkę Cartera. I choć są to wszystko sympatyczne charaktery, to jednak bledną w obliczu najważniejszej osoby. Tak naprawdę wiadomo, że istnieją tylko po to, by John Carter mógł im pomóc albo je pokonać. A pytania towarzyszące lekturze nie brzmią „czy mu się uda?”, ale „jak tego dokona?”.

Sam zaprezentowany świat, choć może razić ze względu na nieadekwatność do współczesnej wiedzy o Marsie, jest po prostu ciekawy. Ma interesującą przyrodę, przemierzają go fascynujące stworzenia, a niesamowite miasta po dawno wymarłych cywilizacjach intrygują jak diabli i sprawiają, że czytelnik chciałby zagłębić się bardziej w historię planety.
No i chyba najważniejszy element na powieściowym Marsie: rasy inteligentne. Fajne jest w ogóle to, że mamy ich więcej niż jedną. Bah!, nawet w obrębie jednego narodu są poszczególne plemiona czy miasta, które prowadzą swoją politykę, nie zawsze zgodną z jakimś ogólnym nurtem. Jasne, można to czytać jako przeniesienie historii Dzikiego Zachodu na Marsa, gdzie są pokojowo nastawieni, rdzenni Indianie i „ci drudzy”, agresywni wojownicy, którzy zajmują cudze terytoria. Można Księżniczkę Marsa w ten sposób czytać, ale – moim zdaniem – nie trzeba. Nie mogę powiedzieć, żeby dopatrywanie się tego typu paraleli w jakikolwiek sposób wpływało na satysfakcję płynącą z lektury. Bo ja po prostu nie miałam zupełnie ochoty zagłębiać się w to, czy powieść jest wyrazem głębokiej tęsknoty za czasami Dzikiego Zachodu, czy jest krytyką Indian czy kolonistów – czytałam tę książkę jako przygodówkę o Johnie Carterze i w tej roli sprawdziła się wybornie.
I wspominałam, że John Carter?
Aha, no i mają tam GPS. Z jakiegoś dziwnego powodu nazywany kompasem.


Wpis powstał w ramach czytelniczego wyzwania „Eksplorując nieznane”.



Trzymałem co prawda maczugę, ale co mogłem nią zdziałać przeciwko jego czterem mocnym i długim rękom? Nawet gdybym złamał jedną z nich pierwszym uderzeniem, gdyż prawdopodobnie starałby się zasłonić przed ciosem, schwyciłby mnie i zgniótł pozostałymi, zanim bym zdążył zamierzyć się po raz drugi. Takie myśli przemknęły mi przez głowę, kiedy zwracałem się w stronę okna, ale zanim to uczyniłem, zahaczyłem spojrzeniem o ciało mojego dzielnego obrońcy. Ciężko dysząc leżał na podłodze, a z utkwionych we mnie ślepiów wyzierała żałosna prośba o pomoc i ochronę… Nie mogłem się oprzeć temu spojrzeniu, nie mogłem opuścić mego zbawcy nie walcząc o niego przynajmniej tak, jak on walczył o mnie.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...