środa, 20 sierpnia 2014

Fraa w czytelni (90) - "Sherwood"



Autor: Tomasz Pacyński
Tytuł: Sherwood
Miejsce i rok wydania: Warszawa 2001
Wydawca: Runa

Na fali zaprzyjaźniania się z wesołymi przygodami sherwoodzkich banitów oraz weekendu spędzonego w łóżku, a także, ma się rozumieć, wyzwania czytelniczego (z którym niniejszym udało mi się wyjść na prostą, choć miałam wiele miesięcy zaległości), zdołałam w dwa dni przemknąć przez Sherwood Pacyńskiego. I piszę „przemknąć”, mimo że z wielu powodów była to tak naprawdę dość mozolna wędrówka. Ale po kolei.
Nie ukrywam, że trochę się pomyliłam we wstępnym obstawianiu, o czym to w ogóle będzie. Myślałam, że to jakaś uwspółcześniona czy urealistyczniona wersja przygód Robin Hooda – tymczasem nic z tych rzeczy. Robin pojawia się jedynie w paru wspominkach, bohaterem powieści zaś jest Match, być może znany polskim czytelnikom raczej jako Muszka Młynarczyk. I prawda jest taka, że Match stanowi jedyną nić, która łączy Sherwood z legendami o Robin Hoodzie (nie licząc serialowej Marion, która gdzieś się pojawia, ale tak naprawdę nie ma żadnego znaczenia). Drugi z protagonistów, Jason, jest postacią zupełnie oderwaną od tego settingu.
I to dało mi tak naprawdę wiele do myślenia. Tytuł i – bardzo nieliczne – wzmianki o Robinie ewidentnie każą spodziewać się albo jakiejś „historii prawdziwej”, albo przynajmniej rozbudowanego fanfika, jak to miało miejsce w przypadku Ostatniego Władcy Pierścienia (no, inna sprawa, że tamto akurat był wyjątkowo słaby fanfick, ale nie o to chodzi). Tymczasem są to nawiązania, które można by z powieści usunąć bez żadnej szkody dla snutej historii (ot. Match byłby randomowym zbójem, a nie tym konkretnym Muszką). A skoro można je swobodnie wywalić w diabły, to… cóż, po prostu: po co one w ogóle się pojawiły? Nie rozumiem, dlaczego Pacyński uparł się na wtłoczenie swojej opowieści w setting Robin Hooda. No bo przecież nie po to, żeby wspomniany setting wzbogacić i rozwinąć – zaczerpnął z niego raptem cztery imiona. Męczyła mnie ta sprawa podczas czytania i męczy do tej pory, bo zalatuje mi to jakimś takim sztucznym i zbędnym podpinaniem się pod historię, którą wszyscy znają, żeby nie musieć samemu kombinować nad tłem dla bohatera.

Ale to nie wszystkie problemy Sherwoodu.
Kolejne zastrzeżenie: dialogi. Wspomniałam na początku, że przez książkę mozolnie brnęłam. Jakoś w połowie lektury nagle mnie olśniło, skąd to wrażenie ślamazarnego przedzierania się przez kloce tekstu, mimo że przecież bohaterowie w sumie dużo rozmawiają, coś się dzieje i czułam, że powinnam odbierać tę historię zupełnie inaczej.
Problem leży właśnie w rozmowach. Bo bohaterowie tak naprawdę nie rozmawiają. Nie prowadzą normalnych dialogów, oni wygłaszają monologi. Sadzą przemówienia wciąż i bez ustanku. Najgorsze chyba były te długaśne pierdolety o przeznaczeniu, którymi pociskał Match, ale w ogóle wszystkie postacie miały po prostu taki styl wypowiadania się. Monologami. Kiedy kończył się jeden monolog, ktoś zaczynał z kolei swoją wielką przemowę, zamiast prosto odpowiedzieć. Głupie przeprosiny za jakąś gafę urastały do egzystencjalnych monologów o przeszłości, przeznaczeniu, życiu i nie wiem czym jeszcze. To było cholernie męczące.
Może zresztą dlatego tak bardzo polubiłam Basile’a: jako jedyny wypowiadał się dość zwięźle, przez to był dla mnie dużo bardziej wiarygodny, mimo że chyba w zamierzeniu przerysowany.

No właśnie – Basile, a nie Match czy Jason. Bo, niestety, ci dwaj panowie mieli ze sobą więcej problemów, niż tylko skłonność do wygłaszania monologów. Ja w nich po prostu totalnie nie wierzyłam: zachowywali się jak dwie rozkapryszone panienki, a ich wzajemne relacje polegały na naprzemiennych fochach z przytupem i melodyjką. Praktycznie co drugą stronę. I to też było męczące.
I nudne. Momenty, w których mieliśmy na scenie Matcha i Jasona, zwyczajnie mnie nudziły. Przez pół powieści nasi bohaterowie siedzą na łące i przerzucają się natchnionymi monologami. Na szczęście te sceny były przeplatane z retrospekcjami, w których poznawaliśmy przeszłość Matcha – przeszłość przeładowaną co prawda użalaniem się nad sobą, ale pod pewnym względem ciekawą. Ładnie widać stopniową zamianę ról w konflikcie dobrych banitów z wyzyskującą chłopów władzą.
Niestety, ten jedyny ciekawy wątek jest właściwie poboczny, bo kiedy Match kończy monologować o sobie, dopiero tak naprawdę zaczyna się właściwa fabuła. Która ma to do siebie, że zupełnie, ale to zupełnie mnie nie wciągnęła. Nie po to sięgam do powieści teoretycznie nawiązującej do legendy o Robin Hoodzie, żeby czytać jakieś metafizyczne brednie o druidzkich spiskach. Choć nie przeczę, rozczuliła mnie bohaterska walka z t-rexem, ale cała ta fantastyka była po prostu jakaś taka tandetna. Zakapturzeni, tajemniczy panowie o niezwykłych oczach, magiczne portale, no i – a jakże! – Wybraniec. Miałam na to wszystko takie wewnętrzne „meh”. W szczególności chyba na Wybrańca, który jest tak oklepany w swoim byciu Wybrańcem, że aż trzeszczy. Szczególnie urzekło mnie zdanie, w którym czytelnik dowiaduje się, że Match dzięki dokarmianiu ziółkami stał się inteligentniejszy i szybciej się uczył niż zwykli ludzie, a jako skutek uboczny (!) dorzuciło mu ponadprzeciętną kondycję i siłę fizyczną. C’mon, panie Pacyński, to tak na poważnie?! W dodatku z tej dawnej traumy Matcha, której poświęcona jest pierwsza połowa książki, tak naprawdę nic nie wynika – w drugiej połowie nasz poczciwy Muszka Młynarczyk jest całkowicie pozytywny, cieszy się ogólnym respektem i nic nie wskazuje na to, jakoby miał jakieś wojenne flashbacki czy cokolwiek. Jason przynajmniej miał tyle przyzwoitości, żeby mieć koszmary.

Ostatnim irytującym elementem powieści były aluzje. A nawet Aluzje – do współczesnej historii i popkultury. Pamiętam, że coś w tym stylu drażniło mnie nieco u Sapkowskiego. Ale w Sherwoodzie było jeszcze gorzej. Te wszystkie nawiązania były najzupełniej zbędne i tylko wytrącały z jakiegokolwiek klimatu, w który z mozołem starałam się wniknąć. Kiedy już prawie-prawie wczułam się w dramatyczną sytuację Wybrańca i jego dzielnej drużyny, narrator nagle mi wyskakuje z chłopskim rewolucjonistą Le Perem. Albo z Jackiem Kaczmarskim. Bo o licznych nawiązaniach do Wiedźmina to nawet nie ma co wspominać. Wszystkie te wtręty nie są do niczego potrzebne, nie są zabawne, za to są nachalne i istnieją chyba tylko po to, żeby czytelnik mógł zagrać w „złap je wszystkie!”.

W dużym skrócie więc: Sherwood to dla mnie zdecydowanie za mało nawiązania do legendy Robin Hooda, za to za dużo nawiązań do wszystkiego innego, za dużo monologów, za dużo utyskiwania i przekonywania całego świata o doniosłości misji Wybrańca. Całość przeczytałam w dwa dni, bo mobilizowało mnie, że im szybciej to skończę, tym szybciej… cóż, będę to miała za sobą i będę mogła przeczytać coś przyjemniejszego. A po kolejne tomy Sherwoodu sięgnę może jak będę spojona. Spojona w trupa. Wtedy mogłabym spróbować.





– No, widzisz chyba, że nie możesz z nami zostać. Nie masz po co, nie zarobisz nic u nas. Nie ma tu dla ciebie żadnej przyszłości…
– Nie, panie – odparł Basile. Nie zostało śladu z niepewności, ton nie był już błagalny. – Ja z wami zostaję. Zobaczycie, przydam się…
– Chyba nie zrozumiałeś…
– Zrozumiałem, panie, tyle, ile trzeba. Idziecie walczyć ze złem, takim, przed którym nie można uciec, nie można się schować. To i ja się przydam. Nie jestem mądry, ale zawsze mogę pomóc, konie oporządzić, broń wyczyścić. Silny jestem. A jak się trafi, to może i ja jakie zło zduszę, takie mniejsze, z którym sobie poradzę. Albo pałą w łeb zdzielę. Bo to większe, to już wy musicie…
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...