sobota, 12 lipca 2014

Chwila dla Wewnętrznego Grafomana

Z pewnym opóźnieniem, ale przyszedł czas, by wreszcie pojarać się kolejnym sukcesem w NaNoWriMo.
Część osób zapewne orientuje się, że pisałam i co pisałam – space operę A ono się pali!, osadzoną zasadniczo w settingu z poprzednich NaNoPowieści (które były czystym i nieskrępowanym fantasy), choć może zbyt wyraźnie tego nie widać… no, poza głównym bohaterem, którym był Złotousty (występujący tym razem jako Ehtiyat Lahn) – bohater z Który tchnieniem stworzył Lewiatany, rzeczy pisanej w 2011 r. i będącej moim pierwszym NaNoSukcesem.
Nie ukrywam, że z pewnym trudem rozstaję się w tym momencie z kapitanem Botree, bo polubiłam dziada. Jeśli idzie o Złotoustego, to mam na niego plan bodaj w 2017 r. czy coś takiego… TAK, pomysły na NaNo mam ogólnie chyba do 2018.
W tym roku: ennici (o których parę słów pojawiło się w Pogłoskach o mojej śmierci) z Enną Rudym na czele, a także – tak właśnie! – wampiry. Dużo wampirów. No i muszę troszkę sobie odświeżyć skandynawskie mity, bo kiedyś trochę dziabałam temat, ale już niewiele pamiętam. Tak czy owak – będzie mrocznie. Mwahaha!

Prywatnym celem w zeszłorocznym NaNoWriMo było napisanie nie pięćdziesięciu, a siedemdziesięciu tysięcy słów – cel ten zresztą osiągnęłam. Trudność polegała na tym, że koniec końców musiałam dwa rozdziały napisać od nowa, nim zdecydowałabym się pchnąć A ono się pali! do CreateSpace. Innym kłopotem był fakt, że kod do CreateSpace tym razem gwarantował jedynie dwa darmowe egzemplarze, a nie pięć, jak poprzednio. Ale dzięki uprzejmości Siem dostałam drugi kod, więc wszyscy chętni zostali obdarowani, a co! Trzeba utwardzać ten swój świeży beton. I dedykacje nawet były, hah!


Pakiet fotek, coby tradycji stało się zadość.

Tym razem zrobiłam dwie wersje okładki - z kapitanem Botree...
...i ze Złotoustym... znaczy z Lahnem.
Lahn bardziej.
I kapitan Botree.
Kapitan z innej strony. Bo lubię kapitana, no!
Zadnia strona okładki.
I obrazki nawet były!
Po każdym rozdziale, ot co. 
Mój cały dotychczasowy NaNoUrobek.
Wewnętrzny Grafoman puchnie z dumy.

piątek, 11 lipca 2014

ZaFraapowana filmami (101) - "Fargo"

Jak już wspominałam, zawartość mojego dysku jest obecnie dla mnie zagadką. Włączam film i zastanawiam się, czemu właściwie chciałam go obejrzeć. W przypadku Fargo odpowiedź nadeszła dość szybko – a przynajmniej jej część: Steve Buscemi. Tak, jestem dziką fanką tego faceta, który niemal zawsze ginie, ale jego bohaterowie są właśnie tymi, którzy bardzo często kradną film (Con Air, Desperado i wiele innych, że o genialnym Reservoir Dogs nie wspomnę).
O dziwo, w Fargo co prawda jest rewelacyjny, ale wcale nie przesłania innych bohaterów. Głównie dlatego, że inni bohaterowie są fantastyczni.
Przede wszystkim doskonała jest Marge Gunderson (Frances McDormand, o której dopiero co wspominałam w kontekście Transformers 3) – jest to kobieta w średnim wieku i w zaawansowanej ciąży, a jednocześnie policjantka w jakiejś zapadłej mieścinie. To, co mnie w niej urzekło – oprócz faktu, że w świetny sposób odbiega od typowego modelu bohaterki filmu sensacyjno-kryminalnego – to że Marge jest… cóż, dobrym człowiekiem. Po prostu. Jednocześnie ma taką pracę, że natyka się na akty skrajnego okrucieństwa i barbarzyństwa, spotyka ludzi, którzy kłamią, krzywdzą i jeszcze mają z tego kasę – a ona się trzyma. Ma oddanego męża, spodziewa się dziecka. Jest jednocześnie urzekająco cyniczna, jakby okrwawione trupy były taką ot, codziennością między kawą a śniadaniem, ale jest też wrażliwa. I to wszystko wyszło bardzo naturalnie i przekonująco. Marge cała jest przekonująca i nie wyobrażam sobie, jak można jej nie polubić.
I mimo że Marge jest taka dobra, wciąż nie odwraca uwagi od reszty postaci.
Weźmy choćby takiego Grimsruda (Peter Stormare, czyli odtwórca najlepszej roli z Armageddonu: Rosjanina Lva Andropova) – przecież też był fantastycznie wyrazisty, trochę budzący trwogę, trochę jednak się go lubiło… ot, tak mimo wszystko. Mimo że ewidentnie psychol. Albo przyczyna wszystkich problemów: Jerry Lundegaard (William H. Macy, znany z gazyliona ról tak naprawdę) – z jednej strony widz wie, że to, co ten facet robi, jest moralnie naganne i właściwie nie powinno mu się kibicować… ale nawet jeśli się nie kibicuje, to wciąż jest przecież taki biedny facecik, który ma jakieś swoje problemy, o których zresztą nie dowiadujemy się zbyt wiele, no i robi co może, żeby się z nich wygramolić. Totalnie świetny jest jego teść, Wade Gustafson (Harve Presnell), czyli kochający ojciec, odważny facet i wymagający członek rodziny w jednym.
I tak jest ze wszystkimi: każda postać, która się pojawia w filmie, ma charakter, o każdej można coś powiedzieć, nawet o bohaterach epizodycznych, jak mąż Marge. Co przerażające, oni naprawdę wzbudzają sympatię. Nawet bohaterowie negatywni, czyli przede wszystkim właśnie Carl Showalter (Steve Buscemi). Kminię sobie, że rzecz może polegać na tym, iż są to postacie w sumie dość normalne, żadni tam superbohaterowie, superzbrodniarze i ścigający ich superdetektywi, ale ot: jakiś nadpobudliwy bandzior, zadłużony dealer samochodowy, ciężarna policjantka… oni wszyscy są trochę nie na swoim miejscu, sytuacja ewidentnie ich przerasta, ale oni próbują sobie z tym radzić. I chyba z tego wynika niesamowicie fajny klimat tego filmu.
Inna sprawa, że w ogóle podobała mi się sceneria, czyli te małe miasteczka, nieomal odizolowane od świata przez śnieg i mróz.
No i całości dopełnia jeszcze muzyka, która jest po prostu fajna.

Od któregoś momentu film bardzo przypominał mi To nie jest kraj dla starych ludzi, czyli produkcję, co do której po dziś dzień nie jestem pewna, czy bardziej mi się podobała, czy bardziej mnie przeraziła. I, żeby było zabawniej, dopiero przy napisach końcowych zorientowałam się, że za Fargo również są odpowiedzialni bracia Coen. To by właściwie wiele wyjaśniało. Tyle tylko, że – w przeciwieństwie do To nie jest kraj… – Fargo jest zasadniczo pozbawione tego najbardziej przerażającego elementu, tej okropnej nieuchronności Antona. Mimo że czuje się podobieństwa, wydźwięk filmu jest zupełnie inny, myślę, że bez porównania bardziej optymistyczny. I zdecydowanie mi się to podoba. Tutaj złym można się wymknąć. Tutaj wszyscy są tak samo zakręceni. Wybija się głównie ta nieszczęsna Marge, która robi swoje, kiedy powinna leżeć w łóżku i opychać się ogórkami… słodyczami… no, co tam jedzą ciężarne.

W gruncie rzeczy wiem, że pitolę trochę bez ładu i składu i pewnie się powtarzam. Ale to taki film, że przez niego się po prostu płynie, sympatyzuje ze wszystkimi bohaterami, a potem jakoś tak w człowieku pozostaje głównie refleksja, że to fajne. Szczególnie w głowie zostają ostatnie sceny, których naprawdę nie chcę tu spoilować. I to wrażenie pozostaje nawet mimo tego, że fabuła stopniowo zakręca się do tego stopnia, że to, co miało być prostym interesem, przeobraża się w narastającą masakrę z coraz fikuśniejszymi morderstwami. Prawdę mówiąc, w dużej mierze to chyba naprawdę zasługa Marge. Marge, która jest po prostu dobrym człowiekiem. A to rzadkie w filmach.


Bracia Coen w formie. Zdecydowanie warto.





And for what? For a little bit of money. There's more to life than a little money, you know. Don'tcha know that? And here ya are, and it's a beautiful day. Well. I just don't understand it.

środa, 9 lipca 2014

ZaFraapowana filmami (100) - "Transformers: The Dark of the Moon"

Sporo ostatnio czytałam opinii o najnowszej części cyklu „Transformers”. Opinii zresztą niezbyt pochlebnych. Uświadomiłam sobie przy tej okazji, że właściwie to chyba wcale nie widziałam poprzedniej, trzeciej części. Pierwszą – owszem, podobała mi się. Drugą – owszem, choć w pamięci mam właściwie tylko refleksję koleżanki z kina: „hihihi, wielkie roboty chcą nam zjeść słońce!”. Ale trzeciej…? Nie, nie widziałam. Trzeba więc nadrobić. Dla pewności jeszcze zerknęłam w opis fabuły i w trailer, które były w zasadzie identyczne jak przy dwóch poprzednich filmach, więc – tak samo głupia jak przedtem – zasiadłam do seansu.

O. MÓJ. JEŻU.

Nie przypuszczałam, że film o wielkich robotach walczących z innymi wielkimi robotami może być tak fatalnie, śmiertelnie nudny.
 
Dobra. Ja rozumiem, że mamy tam tego naszego dziarskiego bohatera, Sama Witwicky (Shia LaBeouf) i jego oblubienicę i że trzeba się liczyć z tym, że pewna część filmu będzie przeznaczona na ich związek. Ale Transformers 3 mają z tym dwa problemy: po pierwsze, zmienia się lachon. Nie mówię, że byłam jakąś fanatyczką Megan Fox, w dodatku nie kupuję Wielkiej Nieskończonej Miłości opartej o jednorazowe ratowanie świata (chyba o tym pisałam), niemniej byłam już z tą panią oswojona, znałam wspólną historię jej i bohatera. A tutaj dostaję nagle jakąś blondynę (Carly – Rosie Huntington-Whiteley) i naprędce szytą historię ich związku. Bez sensu. Lepiej by zrobili, gdyby w ogóle wycięli samicę z życia bohatera. Lepiej w dwójnasób, gdyż – i tu mamy „po drugie” – ten romansowy wątek po prostu totalnie zdominował film. To nie był film o tłukących się robotach, tylko rozlazły obyczaj o problemach miłosnych LaBeoufa. Na to się nie pisałam!
Na co się pisałam? Na akcję i walki robotów. Jak chyba każdy, kto sięgnął kiedykolwiek po ten tytuł. I to nie tak, że Transformers 3 jest filmem zupełnie pozbawionym tych elementów. Nie no, gdzieś jakieś szczątkowe ilości akcji są. W. Zwolnionym. Tempie.
Całe.


Serio, ja rozumiem, że slow motion czasem się przydaje, nawet rozumiem, że ktoś mógłby to lubić i przez to nieco nadużywać. Ale o czym myśli człowiek, kiedy kręci cały film w slow motion?! W ciągu dwóch i pół godziny (!) spędzonych przed ekranem nie widziałam ani jednej dynamicznej sceny akcji. Nie ukrywam, że nieco mnie to zszokowało. Pamiętam, że w pierwszej części to był właśnie jeden z większych atutów filmu: dynamizm. Ciągle coś się działo, ciągle byliśmy w ruchu, roboty w locie stawały się samochodami, z samochodów strzelały nagle kończyny i w ogóle człowiek ledwo nadążał. Tutaj właściwie niektóre sceny też nie byłyby złe, gdyby tylko… Nie były… W zwolnionym… Tempie.
Ślimacząca się akcja i kompletnie nieinteresujący romans są poprzetykane czymś, co chyba w zamierzeniu miało być główną fabułą. Tak myślę. Autoboty rozmawiają, Decepticony rozmawiają, pojawiają się też rozmawiający wojskowi. Jakiś czarny przyjaciel LaBeoufa, który mówi coś o jakimś przyjacielu, o którym widz nie ma bladego pojęcia. Pojawia się pani z CIA, o której też widz nie ma bladego pojęcia, ale w związku z którą trzeba było dodziergać wątek jakiejś wspólnej przeszłości z udziałem Simmonsa, choć nikogo to nie interesuje. Wszyscy dużo ze sobą rozmawiają, a całość wypada okrutnie drętwo i, tak jak romans LaBeoufa, w większości jest niepotrzebne. Dramatyczne okrzyki Optimusa Prime’a „Why, Sentinel, whyyyy?!” przypominały mi tylko:

You are tearing me apart, Sentinel!

Jest też, ma się rozumieć, rozdzierające „NooooOOOOOO!” i wszelkie inne sztampowe zagrywki, które mają być dramatycznymi akcentami, a są kalkami z miliona innych filmów, przez co w najlepszym przypadku cudownie spływają po widzu, w nieco gorszym zaś – budzą śmiech.
Jedna z nikogo nieinteresujących postaci.
Transformers 3 cierpi też na szereg pomniejszych głupot, na przykład: czy oni w którymś momencie teleportowali połowę Cybertronu i zatrzymali? Czy to nie powinno… czy ja wiem… być tożsame ze zniszczeniem autobotowego domu? W ogóle nie wiem, może się mylę, ale plan był taki, że autoboty ściągną swój ojczysty glob do Układu Słonecznego, tak? A jak konkretnie zamierzały przekonać grawitację, żeby się w to nie angażowała? W sytuacji, w której nawet minimalne przesunięcie planety może zdecydować o istnieniu całego układu, oni tak po prostu walnęli jeszcze jeden glob gdzieś między Ziemią a Marsem? Ja bawiłam się w Universe Sandbox, biczyz! Wiem, co to manipulowanie planetami! I naprawdę trudno mi uwierzyć w poczytalność Optimusa Prime’a, który z jednej strony przecież wciąż stoi na stanowisku „nie krzywdzimy ludzi”, z drugiej zaś pozwolił na śmierć tysięcy, a pewnie i milionów, tylko po to, żeby ich ostrzec, że jeśli nie będą walczyć z Decepticonami, to źle się skończy. Z drugiej strony mamy tych złych, którzy wyraźnie użyli frazy „The needs of the many outweigh the needs of the few” – a chyba postępują wbrew temu, bo o ile zauważyłam, robotów ogólnie było mniej niż ludzi. Sentinel Prime z kolei jest w stanie – zaraz po przebudzeniu się na planecie, na której nigdy przedtem nie był – stwierdzić, że ma technologię, która stoi w sprzeczności z ziemskimi prawami fizyki… ale co on wie o ziemskich prawach fizyki? Nie miał nawet kiedy wygóglać, przecież dopiero otworzył oczy po tym, jak go ściągnęli z kosmosów! Albo ten okropny, postępujący debilizm zasadniczo wszystkich postaci: ot, choćby ten moment, kiedy LaBeouf miał ten szpiegulcowy robozegarek. Serio?! Żyły na wierzchu, miota się jakby zaraz miał urodzić Obcego i nikt nic nie zauważył? Ale to zupełnie nic? Jeżu, nic dziwnego, że Sentinel Prime nie chce się zrównywać z takimi matołami. Już pomijam fakt, że wiedząc, z kim mają do czynienia, ludzie powinni totalnie wszędzie mieć poustawiane czujniki tego energonu, bo przecież wróg może być nie tylko w robozegarku, ale nawet kurde w blaszanym kubku.
Uciekaj, Malkovich! Uciekaj z tego filmu!
Przy czym jeśli mam być całkiem szczera, to na te ostatnie bzdury w ogóle bym nie zwróciła uwagi, gdyby nie to, że nie byłam w stanie zaczepić jej na niczym innym. Jeśli ani fajne walki, ani ciekawe losy bohaterów nie angażują widza, uwaga błąka się po detalach, przykro mi. Gdyby całość ratowała chociaż muzyka – ale nie! Muzycznie ta część też jest jakaś upośledzona, albo są smętne kawałki do romansowych scen, albo smętne do walki, albo jakieś coś, co pobrzmiewało jak popłuczyny po dawnym soundtracku, ale mocno szczątkowe. W ogóle większość zwolnionych rozwałek jest totalnie bez muzyki, co nawet mnie zaintrygowało. To znaczy właściwie nie wiem, czy to miało coś konkretnego na celu, czy po prostu oszczędzali.

Całkiem szczerze: Transformers: Dark of the Moon nie ma kompletnie niczego, co mogłoby skłonić kogoś do seansu. Wszyscy zachowują się jak idioci, całość jest do bólu powolna, statyczna i rozmemłana, wątek, który powinien być pobocznym, dominuje nad resztą, dialogi są drętwe, Elementy Komiczne wymuszone i nachalne, a muzyka do bani. Naprawdę nie rozumiem, jak można było wyprodukować coś takiego – tym bardziej, że przecież podobno Bay jest dobry w kinie akcji.
Podobno.

wtorek, 8 lipca 2014

ZaFraapowana filmami (99) - "300: Rise of an Empire"

Jestem fanką 300. Nigdy tego nie ukrywałam, a wręcz przeciwnie, podkreślam to przy każdej możliwej okazji. 300 w fajny, oryginalny sposób pokazał antyk, wbrew pozorom jednak nie będąc aż tak niehistoryczną brednią, był dynamiczny, widowiskowy, miał kapitalną muzykę i zwyczajnie potężną dawkę zajebistości. Jakaż więc była moja radość, kiedy dotarły do mnie pierwsze informacje o powstawaniu kontynuacji, czyli 300: Rise of an Empire!
Mój entuzjazm spadł gwałtownie, kiedy zobaczyłam pierwszy raz zwiastun – był długi i… cóż, nudny. Niemniej film dostał szansę, bo w końcu to 300, prawda?
Nie wiem do końca, czy problemem była zmiana reżysera, czy własny scenariusz, czy jeszcze coś innego. Noam Murro w jakiś sposób sprawił, że jego dzieło jest doskonale pozbawione zalet pierwszej części, gdzie za kamerą stał Snyder.

Przede wszystkim: fabuła.
Jedynka koncentrowała się na bardzo konkretnym, jednym wydarzeniu: bitwie pod Termopilami. Nie ma tam wiele wątków pobocznych ani wnikania w historię pobocznych bohaterów. Z jakiegoś jednak powodu w Rise of an Empire uraczono widza całą potężną kampanią, w dodatku z dwiema perspektywami i iście szkatułkową konstrukcją, bo w opowieści Gorgo (Lena Headey) są jeszcze minihistorie z dzieciństwa niektórych postaci. Co nasuwa mi pytanie: skąd ona tyle wiedziała o dzieciństwie Artemizji (Eva Green)? Ale mniejsza…
Film trwa po prostu za krótko, żeby porządnie zrealizować tak obszerny temat. A tam jest wszystko: od Maratonu po Salaminę. Miałam wrażenie, jakby scenarzyści sami do końca nie wiedzieli, o czym chcą opowiedzieć. No i wciska się widzowi magiczne kwiatki w stylu Kserksesa, który wchodzi do wanienki jako zwykły koleś, a wychodzi jako wielki łysy Murzyn z Betazed. To nie buduje klimatu, tylko wzbudza śmiech – jest zbyt naciągane i zbyt skrótowe. I zwalam to na fakt, że nie mieli gotowego scenariusza Millera, bo komiks „Xerxes”, na podstawie którego miał być film, chyba do tej pory się nie ukazał.

Jestem taka mroczna, że posiedzę tutaj
i po-nic-nie-robię
Wiem, że ciągle odnoszę się do pierwszej części, ale trudno. Całkiem subiektywnie przeszkadzało mi, że Rise of an Empire ma kompletnie w pupce to, czego widz dowiedział się o Grekach z 300 z 2006 roku. A dowiedział się między innymi tego,  że Spartanie byli wojownikami, podczas gdy takie np. Ateny czy Teby to rzeźbiarze i poeci. Tutaj nagle mamy zupełne zaprzeczenie tamtej gadki, robimy z tych rzeźbiarzy wielkich herosów i ja już się gubię w settingu.
Nie powiem, nawet w całej tej fabule był taki jeden moment, który mógłby być ciekawy, gdyby go rozwinąć: chodzi mi o tę drugą perspektywę. W momencie, kiedy perski poseł (czy Persowie mieli tylko jednego posła?) znalazł sponiewieraną przez Greków dziewuszkę i ją przygarnął. To tworzy zupełnie inny obraz tych społeczeństw: wyraźnie pokazuje, że wśród Greków też była swołocz, a Persowie nie byli bezinteresownie krwiożerczymi potworami. Tyle tylko, że to był tylko jakiś taki akcent, z którego zamiast zrobić spójną historię, to zrobili coś, co wygląda jak naprędce dorzucone uzasadnienie „ona jest taka zła, bo w dzieciństwie rozjechali jej kotka”. W obliczu całej historii dużo lepiej by było, gdyby już zostawić Artemizję złą „bo tak”. Próby wykrzesania z niej głębi były skazane na porażkę, bo nie było na to czasu. Jej konfrontacja (khem, khem, powiedzmy, że tak to będę nazywać) z Temistoklesem (Sullivan Stapleton) była jeszcze bardziej idiotyczna i, nomen omen, z dupy wzięta. W 300 przynajmniej były próby udawania, że jesteśmy subtelni z pokazywaniem cycków (choć nie mam większych wątpliwości co do tego, jaki był cel sceny z Wyrocznią).
Skoro już jestem przy Artemizji, to się przy niej zatrzymam, bo to tak naprawdę największy problem tego filmu. Ona go po prostu popsuła. Po pierwsze, wygląda jak niewydarzona gotka i zdecydowanie nie potrafię jej kupić. Wiem, wiem, Persowie wyglądali jak gobliny Jacksona, a sam Kserkses nie poprawia sytuacji. Niemniej tamci przynajmniej byli w jakiś sposób nowatorscy, a ona jest po prostu tandetna. I nic ponadto. Najpierw film usiłuje mi wmówić, że to taka uber szefowa floty, nie przegrała żadnej bitwy, świetny strateg i tak dalej. A potem dostajemy kilka walk na morzu, podczas których ta doskonała strateg… cóż, stoi i łypie groźnie spod tony eyelinera. No i, ma się rozumieć, zarządza atak:
– Ty! Masz wygrać.
– Tak, pani. Jaką taktykę mam zastosować?
– Masz wygrać bardzo!
– Tak jest!
O dziwo, ta metoda dowodzenia się nie sprawdza za pierwszym razem, więc co robi nasz prawdziwy strateg? Ponawia procedurę, wysyłając na śmierć innego przydupasa. I jest tak bardzo zawiedziona, że się nie udaje.
Kiedy z kolei nie zachowuje się jak idiotka, po prostu nie robi niczego, czego nie mógłby zrobić ktokolwiek inny. Stoi i nie patrzy na eksplozje. Yay.

Kserkses w całej okazałości
swoich złotych gaci
W ogóle jak na kontynuację filmu, którego najmocniejszą stroną była dynamika i widowiskowość, Rise of an Empire jest okropnie rozmemłany. Długo zbierają się do ataku, długo umierają, walczą w zwolnionym tempie, a pierdoletów o wolności jest więcej niż w Braveheart. A jak już przychodzi co do czego, to największe rozwałki dobijają widza głupotami typu galop wierzchem z okrętu na okręt albo sceny z kategorii „w środku walki jeden przeciwnik zastyga bez ruchu, a drugi patrzy groźnie w kamerę i dramatycznie przeciera sobie krew z facjaty”. Blaaah. Za stara jestem na to czy ki czort, ale ja w takim momencie mogę tylko siedzieć i wołać do ekranu „DOBIJ!”. No i ciągle nie wiem, dlaczego tak uparcie film usiłował mi wmówić, że Calisto (Jack O’Connell) to jakiś zupełnie nieopierzony dzieciuch. Ej. Ten gościu ma 23 lata – czyli żaden z niego „chłopiec”, tylko pełnoprawny obywatel, przysposobiony wojskowo i wykształcony. Jego psim obowiązkiem było w razie potrzeby ruszyć do walki, więc w ogóle nie ogarniam, o co tyle szumu.
Jedna scena mi się podobała – kiedy Gorgo wreszcie przestała pitolić i rozwinęli żagle. To było zwyczajnie ładne i chyba najbardziej żwawe z całości. Szkoda, że to była mniej-więcej ostatnia minuta filmu.

No i muzyka. Niestety, za diabła nie trzymała klimatu tamtej z 2006 roku – a szkoda, bo to była w 300 jedna z najbardziej charakterystycznych rzeczy.


Nie wiem, co jeszcze mogę powiedzieć. Ten film to wielkie rozczarowanie – tym większe, że przecież pierwsza część była tak bardzo świetna. Tutaj chyba twórcy za bardzo się przejęli swoją dziejową rolą czy coś, postanowili w niewiele ponad półtoragodzinnym filmiku wcisnąć historię wojen perskich w pigułce, pokazując tyle historii jednostek i tyle perspektyw, ile to możliwe, a nawet nieco więcej. Co gorsza, usiłowali wzruszać i trącać jakieś patriotyczno-poważne nutki, co przy tej komiksowej stylistyce, całej tej sztuczności i przesadzie, po prostu nie miało szansy się sprawdzić. Bo przecież widz doskonale ma świadomość tego, że ci wszyscy ludzie na ekranie nie są prawdziwi. Że nic tam nie jest prawdziwe. To nie jest film do wywoływania u widza katharsis. To rozrywka i powinna nią pozostać.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...